magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
CALIFORNIA - LA @ 2011-06-28 22:28

California to oczywiście Los Angeles i Hollywood i od tego właśnie zaczęliśmy. Mieszkania użyczyli nam Dorota i Andy, przemiła polsko-angielska para, dla której byliśmy pierwszymi couchsurferami. Nasi gospodarze pobrali się zaledwie trzy miesiące temu w Polsce, ale zanim odbył się prawdziwy, tradycyjny ślub, ze względów formalnych wzięli ślub w Las Vegas. Obecnie mieszkają na przedmieściach Los Angeles w niewielkim, ale wygodnym mieszkaniu.

W Los Angeles zrobiliśmy to, co zazwyczaj robią tu przyjezdni: obejrzeliśmy miasto, najpierw z góry, z poziomu Griffith Observatory i Mulholland Drive, następnie zjechaliśmy do Alei Gwiazd, zrobiliśmy małą wycieczkę między studiami w Hollywood, a na koniec zostawiliśmy Santa Monica Beach.

Drugiego dnia wybraliśmy się do Disneylandu. Mieliśmy sporo wątpliwości, czy to aby odpowiednie miejsce dla dorosłych, ale ponieważ wszyscy zapytani zgodnie twierdzili, że tak, uznaliśmy, że jedziemy. Wniosek jest taki, że pierwszy park, czyli właściwy Disneyland, jest faktycznie bardziej dla dzieci. Domy postaci z bajek, sklepy, kilka mniejszych kolejek i innych atrakcji, do których się nie dostaliśmy, bo, pomimo poniedziałku, przed każdą stała wielka kolejka. Wszystko dla młodszych, oprócz może mega pokazu sztucznych ogni nad pałacem Śpiącej Królewny, który odbywa się każdego dnia o 21:30.

Druga część - Disney California Adventure Park - jest skierowana za to bardziej do starszych. Główne atrakcje to rzeczy typu kolejka górska, ogromne młyńskie koło czy - jeden z moich ulubionych - The Twilight Zone Tower of Terror. Zabawa w tym ostatnim polega na tym, że wsiada się do windy, przypina pasami, wjeżdża na samą górę, gdzie otwierają okno z panoramicznym widokiem na okolicę, po czym nagle winda spada. I tak kilka razy, z różnych wysokości. Całość zrobiona tematycznie na nawiedzony hotel.

Tak więc ostatecznie dobrze się stało, że zdecydowaliśmy się spełnić marzenie z dzieciństwa. A żeby je finansowo odrobić, następną noc (oraz kilka późniejszych) przespaliśmy w samochodzie.
Komentuj [0]


LAS VEGAS @ 2011-06-28 05:51

Zaskakujące w Las Vegas jest to, że hotele w tym mieście są niezwykle tanie. Za noc w Hiltonie wraz z bonusami typu bufetowe śniadanie, spa czy welcome drink zapłaciliśmy za dwie osoby nieco ponad czterdzieści dolarów, czyli praktycznie połowę tego, czego zazwyczaj życzą sobie za nocleg przydrożne motele. Cena była tak niska, ponieważ do Las Vegas wybraliśmy się w tygodniu, co też wszystkim bardzo polecamy. Atrakcje są te same, ludzi dużo tak czy inaczej, a ceny za to o wiele przyjaźniejsze. Trzygwiazdkowy nocleg można znaleźć nawet za dwadzieścia dolarów.

Światła Las Vegas widać już sześćdziesiąt kilometrów przed dojechaniem do celu. Widok rozświetlonego do granic możliwości miasta jest tym bardziej niesamowity, że tworzy ogromny kontrast ze wszystkim, co widzi się podczas jazdy prowadzącą przez pustynię drogą z Wielkiego Kanionu.

Do Hiltona dojechalimy późną nocą, ale Las Vegas nigdy nie śpi, wszędzie więc było pełno ludzi. Pozytywną stroną dużych hoteli, szczególnie tych w Las Vegas, jest to, że ponieważ przyjmują oni tylu najróżniejszych gości, obsługa pozbawiona jest kompletnie personalnego podejścia do klienta. Nawet z plecakiem i starym, dwukolorowym, pokrytym warstwą pyłu samochodem nie odczuwasz tak naprawdę, że trochę tam nie pasujesz.

Po dwóch nocach w Hiltonie przenieśliśmy się do nieco tańszego Circus Circus. Circus Circus, oprócz noclegu i tradycyjnego kasyna, oferuje także niewielki park rozrywki z prawdziwą kolejką górską (wypróbowaliśmy) oraz darmowe pokazy sztuki cyrkowej. W Las Vegas w ogóle pełno jest tak darmowych jak i płatnych przedstawień, dinner-showów i koncertów, a wszędzie dodatkowe promocje i gratisy, więc i ci z ograniczonym budżetem mogą się tu dobrze bawić. Jednym z takich gratisów są darmowe drinki, jeśli korzysta się z kasyn. Po salach chodzą kelnerki, które zbierają zamówienia. Same napoje nic nie kosztują, zwyczajowo jednak daje się takiej kelnerce napiwek, najczęściej jednego dolara.

Na automatach w kasynach można zagrać już za jednego centa. Możliwości stracenia gotówki są tysiące. Nam udało się wygrać czternaście dolarów w ruletkę. Ile zeżarły nam automaty - to już inna historia. Chociaż nie jesteśmy wielkimi fanami hazardu, Las Vegas bardzo przypadło nam do gustu. Nie byliśmy zapewne najlepszymi klientami, nie zostawiliśmy w hotelach i kasychach zbyt dużo, niemniej i tak przekroczyliśmy nasz dzienny limit. Dla równowagi kolejną noc w drodze do Los Angeles przespaliśmy w samochodzie.
Komentuj [0]


ARIZONA @ 2011-06-23 19:29

Od awarii samochodu minęło już sporo czasu. Przejechaliśmy setki mil i wszystko działa jak najlepiej. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby zdążyć na samolot z Anchorage do Nowego Yorku, który odlatuje dziesiątego lipca.

Pierwszym naszym przystankiem w Arizonie było niewielkie miasto Tucson. Tucson znane jest z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego Kitt Peak, które, jak twierdzą jego pracownicy, pochwalić się może największym zbierem teleskopów na świecie. Obserwatorium można odwiedzić za dnia lub można wybrać się na nocny program połączony z obserwacją nieba. Zrobiliśmy to drugie.

Podobnie jak to było w przypadku odwiedzin w Centrum Kosmicznym NASA, do Obserwatorium pójść warto, pomimo że program nie zwala z nóg. Jest on skierowany tak do dzieci, jak i do dorosłych, więc stricte naukowych informacji nie ma aż tak wiele. Jest za to mnóstwo słabych amerykańskich żartów i równie amerykański bardzo długi wstęp dotyczący "safety procedures". Kluczem programu jest oglądanie księżyca, gwiazd i Saturna przez jeden z teleskopów.

W Tucson naszym gospodarzem był Brian - bardzo młodo wyglądający jak na swoje czterdzieści parę lat doktor nauk społecznych i były wykładowca uniwersytecki. Brian został wyrzucony z uczelni po tym, jak aresztowano go, gdyż w ramach politycznego protestu nagminnie medytował w jakimś miejscu publicznym. Obecnie Brian zajmuje się budowaniem społeczności bez pieniędzy i robieniem na ten temat otwartych wykładów. Jest to bardzo pozytywny człowiek i świetny host, chociaż ciężko zgodzić się z dużą częścią jego filozofii.

Na drugi przystanek w Arizonie wybraliśmy położone nieopodal Wielkiego Kanionu Flagstaff. Tu naszym hostem został Andy, zupełnie przypadkiem emerytowany astronom. Andy mieszka sam w pięknym, wielkim, drewnianym domu w samym środku lasu. Co poniedziałek jako ochotnik pracuje w miejscowym obserwatorium, gdzie odwiedzającym pokazuje nocne niebo przez swój prywatny teleskop. Tak się szczęśliwie złożyło, że trafiliśmy do niego w poniedziałek.

Obserwatorium we Flagstaff, mimo że mniejsze, pod względem oferty skierowanej do laików nie ustępuje w niczym Kitt Peak. Mnie wydało się nawet nieco sympatyczniejsze. Po zamknięciu Andy zabrał nas na piwo wraz z innymi astronomami, co oznaczało ni mniej ni więcej dwugodzinną wykłado-dyskusję na temat teorii względności.

Następnego dnia, jak zwykle niewyspani, bo podczas podróży sen to pierwsza rzecz, na której się oszczędza, pojechaliśmy pod legendarny Wieki Kanion. Trzeba przyznać, że nazwa tego miejsca jest usprawiedliwiona. Przez dziesiątki kilometrów przed Kanionem teren jest zupełnie płaski i nic nie zapowiada zmiany. Kanion pojawia się nagle i jest tak ogromny, że zaskakuje nawet ludzi, którzy widzieli go wielokrotnie za zdjęciach i filmach. Co ciekawe, powstanie długiego na 446, szerokiego na 29 i głębokiego niemal na dwa kilometry Kanionu jest wciąż przedmiotem sporu geologów. O ile sam Kanion przypomina pustynię, o tyle jego okolica porośnięta jest lasem, po którym biegają dziko żyjące zwierzęta.

Do Kanionu dobrze jest wybrać się wczesnym ranem lub późnym popołudniem, gdy światło pada pod sporym kątem. Cienie rzucane przez skały i pastelowe kolory wschodu lub zachodu słońca dodają Wielkiemu Kanionowi sporo uroku. Jeszcze lepiej przyjechać tu na kilka dni i zrobić mały treking. My, jak to już nieraz niestety bywało, musieliśmy zadowolić się jednym dniem.
Komentuj [0]


HOUSTON I OKOLICE @ 2011-06-11 20:24

Tak, kupiliśmy samochód. I tak, już się nam rozkraczył. Nasz plan dojechania nim do Alaski stoi pod małym znakiem zapytania, ale jest jeszcze nadzieja.

Obecnie jesteśmy około 450 km od Houston, gdzie spędzamy drugą nieplanowaną noc w motelu, na który nas nie stać, trzymając kciuki, żeby nasza srebrno-czarna Honda Civic, rocznik 98, która obecnie jest u libańskiego mechanika, jutro działała jak należy. Ale zacznijmy do początku.

Z Kuby wróciliśmy do Bogoty, gdzie załatwiliśmy kilka formalności typu wizyta w ambasadzie czy odwiedzenie nowego miejsca pracy Petera. Zostawiliśmy u Andiego kilka zbędnych rzeczy i po kilkudziesięciu godzinach byliśmy z powrotem na lotnisku.

Do Stanów przylecieliśmy wieczorem 31.05. Straż graniczna w Fort Lauderdale nie robiła nam żadnych problemów. Obyło się też bez pytań w stylu czy mamy zamiar brać udział w zamachach terrorystycznych, handlować narkotykami lub, w moim przypadku, prostytuować się, które to padły podczas wyrabiania wizy. Pierwszą noc w Stanach spędziliśmy na lotnisku, czekając na poranny lot do Houston.

Z lotniska w Houston odebrała nas Mary. Powodem, dla którego na początek wybraliśmy to właśnie miasto, był fakt, że to tu Peter spędził trzy z sześciu lat, jakie przemieszkał w Stanach. Peter po raz pierwszy trafił tu jako szesnastolatek w związku z programem wymiany studenckiej. Pierwszy rok spędził mieszkając kolejno u trzech rodzin biorących udział w programie: Pauli i Malcolma, Mary i Raula, Shirley i Stuarta. Wszystkie rodziny zaprosiły nas do siebie na te kilka dni, musieliśmy więc jakoś rozdzielić nasz czas. Udało nam się spotkać ze wszystkimi, z którymi chcieliśmy, obejrzeć okolicę, wybrać się na zakupy i znaleźć samochód.

Dostanie samochodu okazało się nieco bardziej skomplikowane niż byśmy tego chcieli. Ceny, których spodziewał się Peter, okazały się być dawno nieaktualne. Długo zastanawialiśmy się, co byłoby lepszym rozwiązaniem: kupno czy wynajem. Oba miały swoje pozytywne i negatywne strony. Kupienie wiąże się z papierami, przerejestrowaniem, wykupieniem ubezpieczenia etc. Poza tym, jeśli coś się stanie z samochodem po drodze, to nasze zmartwienie. No i na końcu trzeba samochód jeszcze sprzedać. Wynajem likwiduje powyższe problemy, ale nikt nie wynajmuje samochodu do przejazdu w jedną stronę z Teksasu do Alaski. Musielibyśmy dojechać do Seatle i tam kombinować, co dalej. Oznaczałoby to prawdopodobnie wynajmowanie kolejnych samochodów na krótsze dystanse lub skorzystanie z samolotu i ominięcie tym samym Kanady. Takie rozwiązanie byłoby też droższe. Ostatecznie więc samochód kupiliśmy. Najtańszy, jaki mieli w Houston.

Ktoś mógłby zapytać, czemu tak bardzo chcieliśmy poruszać się po Stanach samochodem. Odpowiedź jest prosta: bo w ogromnej części tego kraju praktycznie nie ma transportu publicznego. Wybierając autobusy musielibyśmy ograniczyć się do największych miast. Odpadł by nam też couch surfing, bo większość ludzi mieszka na obrzeżach miasta, gdzie dojechać można jedynie samochodem. Jeżdżenie stopem jest tu, powiedzmy, półlegalne i sytuacja zmienia się w zależności od prawa danego stanu. Poza tym kupienie samochodu jest najtańszym sposobem, żeby z południa dojechać na północ kraju. Dzięki temu możemy spać z CS, omijając w ten sposób konieczność płacenia ogromnych sum za noclegi, możemy robić zakupy i wozić je ze sobą, co oznacza duże oszczędności na stołowaniu się po lokalach, możemy też w razie potrzeby spać w samochodzie, co jest ogromnym ułatwieniem samym w sobie. Tak więc zdobycie samochodu było najlogiczniejszym z możliwych wyjść.

Naszą Hondę kupiliśmy w środę, po tygodniu siedzienia w Houston. Następnego dnia pożegnaliśmy się ze wszystkimi i ruszyliśmy w trasę. Pierwszy postój: Centrum Kosmiczne NASA.

Samo Centrum Kosmiczne warte jest odwiedzienia, choć specjalnego zachwytu nie budzi. Organizatorzy dbają o to, żeby nie przeciążać umysłów odwiedzających informacją. I do tego ten amerykański humor. Ale bawiliśmy się dobrze.

Jako że plany zmieniły nam się nieco w ostatniej chwili, noc przespaliśmy w motelu pod San Antonio. Pierwszą osobę z CS mieliśmy ustawioną w El Paso na następny dzień. Następnego dnia jednak nie udało nam się dojechać dalej niż na drugi kraniec miasta. Zmuszeni zostaliśmy do zatrzymania się na jeszcze jedną noc, żeby nastepnego dnia odkryć, że aby naprawić samochód, potrzeba kolejnej doby. Oznaczało to dwa kolejne dni opóźnienia w i tak napiętym nieco planie dojechania do Anchorage na Alasce, ale policzyliśmy i jeśli samochód będzie jutro działał, jeszcze damy radę. Siedzimy zatem uwięzieni w naszym za drogim motelu, bo bez auta nie mamy jak się stąd ruszyć, i czekamy na wieści od naszego libańskiego mechanika.
Komentuj [0]


KUBA (cz.2) @ 2011-06-11 01:37

Jak większość odwiedzających Kubę, wylądowaliśmy w Hawanie. Nasz samolot był opóźniony, w związku z czym spóźniliśmy się na ostatni autobus do centrum miasta. Czyli została nam taksówka. Dwadzieścia pięć CUC (około dwadzieścia pięć dolarów) to o wiele więcej niż mieliśmy zamiar wydać na tę przyjemność. Było już mocno po zmroku, próby obejścia tej ceny w postaci dojechania taksówką jedynie do najbliższego przystanku autobusu lub miejca, gdzie moglibyśmy złapać stopa, nie miały większego sensu. Ostatecznie znaleźliśmy trzy inne osoby - parę z Niemiec i Holendra - i zabraliśmy się większym samochodem, dzieląc koszty na pięć. Tym samym do centrum miasta dojechaliśmy sporą grupą i w takim samym składzie poszliśmy szukać noclegu. Nie wyszło nam to na zdrowie.

Podróżowanie w większej grupie ma oczywiście pewne plusy, ale ma też sporo minusów. Im więcej osób, tym bardziej rzucasz się w oczy i tym mniej elastyczny jesteś przy dokonywaniu wyborów. Nie było możliwości, aby pięcioro białych chodzących w nocy z placakami po starej części Hawany nie zostało zauważonych przez jineteros - ludzi, którzy szukają klientów dla właścicieli casas particulares. Za każdorazowe przyprowadzenie klientów taka osoba dostaje prowizję, zazwyczaj około pięciu CUC za każdą spędzoną w casa particuar noc. Rzecz jasna te pięć CUC doliczane są do twojego rachunku, czyli cena podskakuje o pięć dolarów za noc. Nie warto dać się nigdzie zaprowadzać przez inną osobę niż właściciel casa particular. Właściciele mają zwykle przy sobie coś w rodzaju wizytówki, są w stanie opisać pokoje i podać od razu cenę. Jineteros nieraz będą twierdzić, że chcą zaprowadzić nas do swojego własnego domu, ale to, czy ktoś mówi prawdę, łatwo jest rozpoznać.

Pierwszego dnia nie wiedzieliśmy jeszcze, jak to dokładanie działa. Poszliśmy z pierwszą osobą, która zaproponowała nam nocleg, ale podziękowaliśmy jej po piętnastu minutach obchodzenia okolicy wielkim kołem, żeby nie natknąć się na policję i po zaprowadzeniu nas do jakiegoś nieoznaczonego i ewidentnie nieswojego domu. Podziękowanie nie wystarczyło. Nasz nowy przyjaciel szedł za nami jeszcze długi czas, a następnie śledził nas z ukrycia, po czym, kiedy sami znaleźliśmy odpowiednie miejsce, pojawił się za naszymi plecami i przekonał właściciela, że to on nas przyprowadził. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero następnego dnia, kiedy nie było już jak tego odkręcić. Udało mu się, bo oprócz niego wokół nas znalazło się jeszcze z pięciu innych tworzących chaos jineteros, którzy przekrzykiwali się, próbując przekonać wszystkich nas razem i każdego z osobna, żebyśmy poszli z nimi.

Jak wynika z powyższego, lepiej jest szukać zakwaterowania na własną rękę. Casas particulares są oznaczone niebieskim znakiem, który łatwo jest znaleźć, szczególnie w większych miastach, takich jak Hawana. W historycznym centrum stolicy Kuby niebieski znak wisi na co trzecim budynku. W mniejszych miejscowościach nie jest już tak łatwo, ale wystarczy zapytać w jakimś sklepie czy barze, czyli dostać informację od osoby, która na pewno zna okolicę i, jako że pracuje, nie może pójść z tobą i zażądać za to prowizji. Pukając do drzwi casa particular warto sprawdzić też czy nikt nie stoi nam za plecami. Na szczęście tego typu sytuacje zdarzają się jedynie w bardziej turystycznych rejonach, a Kubańczycy w porównaniu chociażby z mieszkańcami Południowo-Wschodniej Azji, są umiarkowanie nachalni.

Poza propozycjami noclegu, w Hawanie powtarzają się jeszcze dwie inne, równie typowe oferty: taxi i cygara. Po spacerze po historycznej części miasta człowiek może dojść do wniosku, że wszyscy Kubańczycy pracują w fabryce cygar. Jeśli ktoś zaczyna rozmowę od pytania, skąd jesteś, na 90% skończy ją czymś w rodzaju "A tak przy okazji, pracuję w fabryce, nie chcesz przypadkiem kupić cygara?".

Kupowanie cygar na ulicy jest nieco ryzykowne, choć zdarza się, że można dostać coś dobrego za niską cenę. Jeśli chce się mieć jednak pewność co do jakości, lepiej wybrać się na zakupy do autoryzowanego sklepu.

Po dwóch nocach w Hawanie postanowiliśmy, że kolejnym przystankiem będzie plaża. Potrzebowaliśmy odpoczynku po tej całej bieganinie ostatnich tygodni. I tu zaczyna się najciekawsza część podróży po Kubie - transport.

Kubańczycy do przewozu ludzi używają wszystkiego, co jeździ. Nie chodzi tylko o powszechnie znane i budzące zachwyt zabytkowe amerykańskie samochody, których pełno jest w każdym zakamarku wyspy. Oprócz nich używa się tu wozów konnych, otwartych ciężarówek, przerobionych na nowe potrzeby wozów wojskowych czy traktorów ciągnących przyczepki. Poza powyższymi do wyboru są jeszcze autobusy chińskiej (bo jakże by inaczej) produkcji i, na niektórych trasach, pociągi.

Na krańcach każdego miasta i większości wsi na Kubie można znaleźć miejsce nazywane "punto amarillo" czy inaczej "punto de recogida". W przypadku większych miejscowości punto amarillo, czyli dosłownie żółty punkt, to coś w stylu dworca z siedzeniami, łazienką, najczęściej jakimś małym barem oraz kasą, w której płaci się za uslugę. Przy mniejszych miejscowościach punkty te są odpowiednio skromniejsze. Wszystkie te dworce łączy postać pracownika w charakterystycznym kombinezonie, od którego żółtego koloru wzięła się ich popularna nazwa.

Zadaniem osoby w żółtym kombinezonie jest zatrzymywanie pojazdów i rozdzielanie po nich pasażerów. Z tego, co wiemy, samochody państwowe, czyli na przykład ciężarówki bez załadunku, mają obowiązek zatrzymania się na żądanie pracownika punto de recogida. Jeśli więc trafi ci się podróż na pace, jedynym kosztem, jaki ponosisz, jest kupienie w kasie numerka, za który płaci się 1,5-3 grosze. Jeśli natomiast zatrzyma się prywatny samochód (choć prywatny powinnam tu wziąć w cudzysłów, ale o tym później), cenę ustala się z kierowcą.

Przy punto de recogida zatrzymują się też autobusy i i inne rzeczy robiące za autobusy. Co ciekawe, ten sam autobus, na który biletów nie sprzedanoby nam na oficjalnym dworcu - przypominam, że jedyną linią, którą oficjalnie mogą jeździć turyści, jest droga Vía Azul - zabiera obcokrajowców bez szemrania i za lokalną cenę, jeśli złapie się go przy punto amarillo.

Dostanie się do punto de recogida zajmuje zazwyczaj trochę czasu. Nieraz trzeba się do niego przespacerować godzinkę z plecakiem w palącym słońcu, czasem można złapać robiący za miejski autobus powóz konny. Warto się jednak wysilić, bo skorzystanie z punto amarillo to nie tylko oszczędzone kilkadziesiąt dolarów i jedyna możliwość, żeby za transport na Kubie płacić lokalne ceny. To niesamowita sposobność, aby zobaczyć, jak na prawdę wygląda życie na Kubie i aby porozmawiać z Kubańczykami na innym poziomie niż turyta-usługodawca. Korzystając z punto amarillo, czyli oficjalnego stopa, lub łapiąc stopa na własną rękę, dociera się do miejsc, do których nie dojedzie się z Vía Azul. Tak więc po Kubie nie poruszaliśmy się inaczej niż wyżej wymienionymi sposobami.

Żeby podróżować po Kubie autostopem, trzeba dysponować czasem i być względnie elastycznym. Nie jest to najlepszy wybór, jeśli chce się zobaczyć konkretne miejsce i dotrzeć do niego o wybranej godzinie czy nawet w wybranym dniu. Dlatego też nasze wstępne plany, zakładające, że dojedziemy aż do Santiago i Baracoa na wschodnim krańcu wyspy, zostały stosunkowo szybko zmodyfikowane. Uznaliśmy, że zamiast biegać z miejsca na miejsce, zobaczymy, gdzie zabiorą nas kubańscy kierowcy.

Z Playa Larga, gdzie spędziliśmy kilka dni u miłej rodziny, chodząc na plażę, nurkując i oswajając się z miejscową kuchnią - spróbowaliśmy większości z krótkiej listy kubańskich dań, w tym także kotleta z krokodyla - pojechaliśmy do Santa Clara. Santa Clara znana jest głównie z pomnika Che Guevary, gdzie, jak twierdzi kubański rząd, zostały złożone jego szczątki przywiezione z Boliwii. Drugą atrakcją miasta jest piękna, kolonialna starówka. W ogóle cała Kuba wygląda jak jedno wielkie, kolonialne miasto. Nieco zaniedbane, ale wciąż, jeśli chodzi o architekturę, Kuba jest naszym numerem jeden jak do tej pory.

Z Santa Clara chcieliśmy dojechać do Trinidad. Szło nie najgorzej, dopóki nie trafiliśmy do pewnej małej miejscowości. Zaczęło lać i nic, ale to kompletnie nic nie przejeżdżało drogą, którą chcieliśmy jechać dalej. Po godzinie czy dwóch trafiła się w końcu jakaś ciężarówka, na której było tylko trzech innych mężczyzn dzielących się rumem. Butelka rumu dosyć często krąży po pakach takich ciężarówko-autobusów, podejrzewam, że stąd wzięło się kolokwialne określenie na jeżdżenie autostopem "viajar en botella" - podróżować w butelce. Samochód, niestety, dojeżdżał tylko do jakiejś mnieszej wsi. Nasze wyobrażenie o tym, że prędzej czy później musi tamtędy coś jechać, bo przecież w okolicy jest tylko jedna droga, padło po jakimś czasie. Cali przemoczeni, bo deszcz wrócił jeszcze kilkakrotnie, zaczęliśmy pytać po ludziach, czy ktoś nie ma samochodu, którym, oczywiście za odpowiednią opłatą, nie mógłby podrzucić nas do najbliższej miejscowości z przystankiem autobusowym, punto do recogida czy chociażby noclegiem. Pech, w tej wsi nikt nie miał samochodu.

Na pomoc przyszedł nam traktor. Traktor z małą, drewnianą przyczepką, na której siedziało znów trzech mężczyzn, między którymi krążyła butelka rumu. Traktor wprawdzie dopiero co ruszył, ale panowie musieli dzielić się butelką od dłuższego czasu, bo w połowie drogi zaczęli nam śpiewać narodowe pieśni.

Traktor podrzucił nas kilka kilometrów i zostawił przy skręcie na inną wioskę. Zaczynało robić się ciemno. Kuba wprawdzie jest bardzo bezpiecznym miejscem, ale noc i tak milej spędzić jest pod dachem. Ruszyliśmy piechotą w stronę następnej wsi, w której podobno była szansa znaleźć jakiś transport. Doszliśmy do niej po kilku kilometrach spaceru, kiedy noc zapadła już na dobre i, przypadkowo, trafiliśmy w najlepszym z możliwych momentów. Przywitał nas niecodzienny widok: wesoły traktor wjeżdżający do wsi. Wesoły, bo ciągnący przyczepkę z całą populacją Tres Palmas wracającą z imprezy. Mieliśmy szczęście znaleźć się we wsi w noc jedynego dorocznego święta, którego nazwę można by przetłumaczyć jako "Dzień Wieśniaka".

Naszą sytuacją zainteresowała się miejscowa pani doktor - dwudziestoośmioletnia dziewczyna wyglądająca na czterdziestolatkę. Najpierw z jedynego we wsi telefonu zadzwoniła do sąsiedniego miasta sprawdzić, ile wyniosłaby nas taksówka, następnie próbowała przekonać kierowcę traktora, żeby nas zabrał, a kiedy okazało się, że obie możliwości są koszmarnie drogie, zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu nad kliniką. Tym oto sposobem zostaliśmy na drugiej części imprezy i "nielegalnie" przespaliśmy noc w domu nie będącym płatnym casa particular.

Rano ruszyliśmy dalej na piechotę. Po jakimś czasie ktoś zabrał nas na stopa. Podobnie jak właściciel traktora poprzedniego dnia, nie chciał za podwózkę żadnych pieniędzy. Powoli, z tysiącem przesiadek i dniem opóźnienia, dojechaliśmy do Trinidad, pięknego i, jak się okazało, mocno turystycznego miasta na południu wyspy.

Stamtąd wróciliśmy na północne wybrzeże: Caibarién, Coralillo, Santa Marta. Coralillo, jak twierdzą jego mieszkańcy, to prawdopodobnie jedyne miasto na Kubie, gdzie nie ma casa particular. Dowiedzieliśmy się o tym, kiedy dojechaliśmy tam około 21:00. Najbliższe zakwaterowanie: hotel położony siedem kilometrów droga gruntową od miasta. Gotowi byliśmy iść na piechotę, ale znalazło się łatwiejsze wyjście: chłopak z wynajętym rosyjkim kamazem. Tańsze niż taksówka. Tej nocy wypróbowaliśmy więc państowy hotel, który w sumie nie był jakoś specjalnie drogi i jakością dorównywał casas particulares.

Nasze dwa tygodnie na Kubie skończyliśmy tam, gdzie je zaczeliśmy, czyli w Hawanie. Miasto wydało nam się głośne i chaotyczne po mniejszych miejscowościach, które mieliśmy okazję odwiedzić. W ciągu tych dwóch tygodni poznaliśmy mnóstwo wspaniałych, otwartych i, trzeba przyznać, gadatliwych ludzi, jakimi są Kubańczycy. To jedna z ich charakterystycznych cech - uwielbiają rozmawiać, a jeszcze bardziej lubią mówić. Zapytaj o coś - dostaniesz cały wykład. Kubańczycy mówią o wszystkim i, wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać, chętnie mówią o polityce, choć powstrzymują się od ostrej personalnej krytyki. Trzy najczęściej pojawiające się zarzuty co do obecnej sytuacji w kraju dotyczyły braku możliwości swobodnego podróżowania poza granice państwa, niskich płac oraz systemu własności, jeśli tak to mogę nazwać.

Nic na Kubie nie należy tak do końca do Kubańczyka. Jego dom, samochód, wszystko co ma, jest tak na prawdę państwowe. Ludzie mają wprawdzie domy i samochody, ale mają je bardziej w użytek niż na własność. Nieruchomości ani pojazdu nie można sprzedać. Można po cichu dogadać się z sąsiadem i dać mu samochód w zamian za pieniądze, ale nie można go przerejestrować, samochód zawsze będzie przypisany do pierwotnego właściciela.

Na wyspie nie ma czegoś takiego jak salon sprzedający samochody, auto najczęściej dostaje się od rządu za zasługi. Ponieważ bardzo ciężko jest o samochód, po ulicach wciąż jeżdżą zabytkowe pojazdy. Rodziny dbają o nie z pokolenia na pokolenie, bo nowego tak łatwo nie dostaną. Dzięki temu kubańskie drogi są niesamowicie bezpieczne. Nikt nie chce zniszczyć samochodu, wszyscy jeżdżą wolno i ostrożnie. Osobiście podróżując na pace ciężarówki na Kubie czułam się bezpiecznej niż przypięta pasami w nowoczesnych autobusach w Ameryce Południowej i Azji. A, i ciekawostka. Na Kubie pełno jest naszych polskich maluchów. Podobno żeby takiego zdobyć, trzeba zapłacić pięć tysięcy dolarów. Wypatrzyłam też ze trzy duże fiaty.

Jak wynika z powyższego i jak można się spodziewać, wielu Kubańczykom nie brakuje pieniędzy jako takich. Brakuje im możliwości zrobienia z nich użytku. Dlatego ogromna część populacji ucieka w ten czy inny sposób za granicę. Inni, szczególnie ci biedniejsi, wydają pieniądze na ulubiony kubański gadżet - złoto, jak sami mówią, symbol biedy. Łańcuszki, kolczyki, wisiorki, krzyżyki, złote zegarki - ma je niemal każdy. Nie oznacza to oczywiście, że na Kubie panuje dobrobyt, ale ludzie nie są też tak biedni, jak zwykło się uważać.

Do największych zalet państwa, o których mówili nasi rozmówcy, należą wcześniej już wspominane darmowa służba zdrowia i edukacja oraz spokój i bezpieczeństo, jakie panują na Kubie. Z tymi dwoma ostatnimi trudno się nie zgodzić.

O Kubie można by jeszcze długo opowiadać, ale myślę, że na dziś czas już postawić kropkę. Kraj ten - ze wszystkimi swoimi plusami i minusami - to definitywnie jedno z naszych ulubionych miejsc na świecie. Mamy nadzieję, że dane nam będzie wrócić do niego jeszcze nie raz.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]