magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
KUBA (cz.1) @ 2011-05-30 07:03

Kuba to rewelacyjne miejsce do podróży, gdyż łączy w sobie wszystkie te cechy, które zazwyczaj są przez podróżników poszukiwane. Z jednej strony kraj ten jest na tyle oddmienny, że można uznać go za egzotyczny i zaskakujący, z drugiej jest na tyle cywilizowany, że z łatwością można znaleźć tu dobrej jakości usługi za stosunkową niską cenę. Ponadto Kuba oferuje coś bezcennego - bezpieczeństwo pod każdym względem. Wszystkie irytujące dla odwiedzających kwestie, związane głównie z istnieniem dwóch walut, wznagradzane są z nawiązką przez ciepłych i otwartych Kubańczyków, którzy, w przeciwieństwie do mieszkańców wielu innych krajów trzeciego świata, w turystach widzą coś więcej niż chodzące worki pieniędzy.

Zacznijmy od waluty, bo i od tego wiele rzeczy się zaczyna. W 1994 roku kubański rząd wprowadził w obieg drugą oficjalną walutę - peso convertible, czy inaczej CUC (czytane jako "se-u-se" albo "kuk", czasami nazywane także dolarem), która miała zastąpić powszechnie używanego amerykańskiego dolara. Jeden CUC jest w przybliżeniu warty właśnie tyle, co jeden dolar, co oznacza jednocześnie, że jeden peso convertible to dwadzieścia pięć peso nacional (CUP, moneda nacional). Ceny podawane są w dwóch odmiennych systemach, najczęściej bez zaznaczenia, który z nich jest używany. Trzeba się więc orientować (lub pytać), co i gdzie ile powinno kosztować, bo różnice w cenach są ogromne. Oczywiście wszystkie ceny usług skierowanych do turystów podane są w CUC i zdarza się, że jeśli z tej samej usługi korzystają i miejscowi, i przyjezdni, to cena dla tych pierwszych wynosi tyle samo, co i dla tych drugich, z tym, że jedna podana jest peso nacional, a druga w peso convertible, co oznacza ni mniej ni więcej tyle, że obcokrajowiec za to samo płaci dwadzieścia pięć razy więcej (!).

Powyższa informacja z pewnością nie brzmi zachęcająco, ale zanim oceni się ten stan rzeczy, należy zastanowić się, skąd aż taka różnica. Odpowiedź leży oczywiście w panującym na Kubie systemie. Pensja przeciętnego Kubańczyka waha się między dwunastoma a siedemnastoma dolarami miesięcznie. Brzmi jeszcze gorzej, ale w praktyce nie jest tak źle. Za takie pieniądze, rzecz jasna, wyżyć nie da rady, niemniej Kubańczyk wcale z takiej pensji wyżyć nie musi. Po pierwsze, czego można się spodziewać, większość podstawowych potrzeb jest zaspokajanych przez państwo. Wszyscy Kubańczycy mają dach nad głową, zapewnioną darmową opiekę medyczną, szkolnictwo, łącznie z podręcznikami, zeszytami i przyborami, które otrzymuje się w szkole. Za elektryczność i wodę, jak sami mówią, praktycznie nic nie płacą. Podstawowe produkty żywnościowe, w niewielkich wprawdzie ilościach, ale również dostają od państwa. Transport, i to bardzo dosłownie, kosztuje grosze. Większość naszych rozmówców była z tego systemu bardzo dumna.

Duma Kubańczyków wspierana jest przez powszechne przekonanie, że wszystko powyższe jest faktycznie darmowe oraz że we wszystkich innych państwach za szkołę i usługi medyczne trzeba słono płacić z własnej kieszeni. Nie bardzo chcą dopuścić do siebie myśl, że oni sami płacą za to wszystko swoją pracą, za którą praktycznie nie dostają wynagrodzenia. A jeśli o wynagrodzeniu mowa - nie spotkaliśmy ani jednego Kubańczyka, którego jedynym źródłem dochodów byłaby państwowa praca. Wszyscy mają jakiś mniej lub bardziej legalny interes na boku: sklepik, restaurację, taksówkę, salon fryzjerski czy cokolwiek innego. Ci pracujący w turystyce dostają napiwki, które miesięcznie kilka, kilkunastokrotnie, a czasami nawet kilkudziesięciokrotnie przekraczają ich oficjalne zarobki. Poza tym każdy, dosłownie każdy, ma kogoś za granicą, kto przysyła paczki lub pieniądze. I całe szczęście, bo jest wiele rzeczy, których państwo Kubańczykom nie zapewnia.

Wśród produktów, które na Kubie są na wagę złota, znajdują się przede wszystkim ubrania, obuwie i kosmetyki. Ceny tych rzeczy nie różnią się wiele od cen europejskich i wybór jest bardzo mocno ograniczony. Żeby kupić parę butów z pensji państwowej, Kubańczyk musiałby oszczędzać miesiącami. Dużym ułatwieniem w tej kwestii jest klimat Kuby. Przy panującej tu pogodzie, ludzie nie potrzebują ani ciepłych ubrań, ani zimowych butów, co bardzo obniża koszty. Wszyscy w ten czy inny sposób dają sobie radę ze zdobywaniem niezbędnych rzeczy.

Nieco innym tematem jest jedzenie. Kubańczycy nie głodują, nie mamy co do tego wątpliwości, ale jakość jedzenia pozostawia wiele do życzenia. Kubańskie jedzenie jest jadalne i na tym się kończy. W tym kraju nie używa się przypraw, poza solą oczywiście. Przy odrobinie szczęścia można znaleźć trochę białego pieprzu. Najpopularniejszym daniem, które można dostać niemal wszędzie, jest pizza. Grube, bułkowe ciasto, minimalna ilość sosu, a na górze ser, szynka lub ser i szynka. Na Kubie mają jeden rodzaj sera, jeden rodzaj bezsmakowej szynki i jeden rodzaj chorizo, czyli kiełbasy, która od szynki różni się jedynie kolorem. Oprócz pizzy, często można dostać też spagetti lub kanapkę. Dostępne wersje obu: z serem, z szynką, z serem i szynką. Kanapka może być jeszcze z jajkiem lub krokietem. O warzywach, maśle, ketchupie czy czymkolwiek w tym stylu można raczej zapomnieć.

Kubańczycy w ogóle jakoś nie jadają warzyw. Do obiadu w paladar, czyli domowej restauracji, dają wprawdzie coś nazywanego sałatką, ale wszędzie, gdzie byliśmy oznaczało to jedynie kilka plasterków ogórka lub odrobinę gotowanej fasolki. Kwestią honoru dla Kubańczyka jest postawienie codziennie na stole mięsa i głównie na tym się skupiają.

Najczęściej spożywanym mięsem na Kubie są wieprzowina i kurczak. Sprzedaż większości pozostałych rodzajów mięsa kontrolowana jest przez rząd, a to dlatego - a przynajmniej tak wynika z tego, czego się dowiedzieliśmy - że inne, droższe mięsa, takie jak na przykład baranina, homar czy mięso z krokodyla, są poważnym źródłem dochodów dla rządu, szczególnie, że gustują w nich turyści. Oficjalnie obcokrajowiec możne je zatem dostać tylko w rządowych restauracjach.

Turystyka, ogólnie rzecz biorąc, wydaje się być jednym z głównych źródeł dochodu dla rządu. Za sam wjazd i wyjazd z kraju turysta każdorazowo musi zapłacić po dwadzieścia pięć dolarów. Pozwolenie na wjazd, nazywane także wizą lub kartą turystyczną, to kwestia tylko i wyłączenie tych dwudziestu pięciu dolarów. Ten świstek papieru, chociaż w wielu przypadkach można kupić go już po przyjeździe, lepiej na wszelki wypadek zorganizować sobie wcześniej. Można go dostać tak na lotnisku, w ambasadzie lub konsulacie, jak i na przykład w biurach Cubana de Aviación - jedynej kubańskiej linii lotniczej.

Aby upewnić się, że pieniądze turystów trafiają do skarbu państwa, rząd zakazał Kubańczykom goszczenia obcokrajowców w prywatnych domach i wożenia ich swoimi samochodami. Za złamanie tych zakazów grożą bardzo wysokie kary pieniężne. Za rozmowę z turystą na ulicy, Kubańczyk może zostać zatrzymany i odwiedziony na posterunek. Podobno w takim przypadku nie grozi mu nic wielkiego, to kwestia czasu straconego na pytania w stylu kto, z kim i dlaczego. Powyższymi zakazami Kubańczycy przejmują się w umiarkowanym stopniu.
Od kilku lat istnieje jeden legalny sposób, aby zatrzymać sie nie w hotelu, a u kubańskiej rodziny. Rząd pozwolił Kubańczykom na otworzenie swoich domów i wynajmowanie pokoi, także obcokrajowcom. Domy takie nazywane są "casas particulares", czyli po prostu prywatnymi domami i oznaczone są niebieskim znakiem, pod którym często znajduje się podpis "ariendador divisa". Taki sam znak w kolorze czerwonym oznacza, że właściciele domu są upoważnieni jedynie do wynajmowania pokoi obywatelom Kuby. Żeby nie było zbyt łatwo, i żeby ludzie nie mogli zbyt dużo na wynajmowaniu pokoi zarobić, system został stworzony tak, aby spora część zysku trafiała do państwa. Za przywilej posiadania casa particular właściciel, niezależnie od ilości klientów, musi płacić miesięcznie nawet 300 CUC.

Casas particulares, wbrew naszym obawom, to zakwaterowanie bardzo dobrej jakości. Prywatne, czyste pokoje, zawsze z prywatną i równie czystą łazienką. Cena pokoju w sezonie waha się między 20 a 30 CUC (najczęściej spotyka się z ceną 25), poza sezonem można spokojnie zejść do 15. Casas particulares oferują także posiłki, które, jak na Kubę, są bardzo dobre i podawane w ilościach nie do przejedzenia. Są też przy tym stosunkowo drogie. Drogie oznacza w tym przypadku ceny podobne do tych spotykanych w rządowych restauracjach: 3-4 CUC za śniadanie, 10 za obiad lub kolację. Dla większości turystów, szczególnie tych, którzy przyjeżdżają tu spędzić wakacje, taka cena nie jest zbyt wygórowana. Ale dajmy tu małe porównanie.

Oprócz rządowych restauracji i stołowania się casas particulares, istnieją jeszcze dwie inne opcje: prywatne restauracje, zwane inaczej paladares (jest też coś takiego jak paladar państwowy, ale o tym później) oraz coś w stylu budek z pizzą czy kanapkami, za które zazwyczaj służą okna prywatnych domów.

Jeśli chodzi o paladares - istnieją ich dwa główne typy: skierowane do turystów paladares za peso convertible oraz lokalne, przeznaczone dla Kubańczyków paladares z ceną w peso nacional. Te pierwsze cenami nie odbiegają od państwowych restauracji, maja też zazwyczaj nieco bardziej rozbudowane menu. Ich plusem jest to, że większa część dochodu trafia bezpośrednio do Kubańczyków niż jeśli byśmy korzystali z państwowej restauracji. W tych drugich natomiast menu składa się zazwyczaj z czterech, może pięciu pozycji, ale posiłek wraz z napojem kosztuje między 3 a 7 złotych, a podawane porcje są równie duże jak te w casas particulares, więc często braliśmy jedną rzecz na spółkę. Typowym przykładem zestawu może być: smażony kurczak, ziemniaki lub banany podawane zazwyczaj w formie chipsów (bananowe chipsy to najlepsza rzecz na Kubie), ryż, nierzadko z brązową fasolą i "sałatka" z gotowanej zielonej fasolki. Kolacja w takim miejscu może być zatem nawet dwadzieścia razy tańsza niż ta sama rzecz podana w casa particular czy w państwowej restauracji.

Państwowe paladares za peso nacional od tych niepaństwowych różnią się jedynie tym, gdzie trafiają pieniądze. Państwowe lokale można poznać po tym, że obsługująca osoba ubrana jest jak kelner/kelnerka, a w ofercie dostępne są papierosy i mocniejsze alkohole. Ceny pozostają takie same. Stołowanie się w paladarach za peso nacional prawdopodobnie nie jest dla nas nielegalne, bo nikt nigdy nie miał nic przeciwko.

Obok paladarów istnieją jeszcze wyżej wspomniane budki, w których można dostać pizzę za 5-15 peso nacional (ok 0,70-1,50 zł) oraz kilka innych przekąsek w podobnych cenach. Jeśli ma się ochotę poznać nieco Kubę i przy okazji zaoszczędzić, warto porozglądać się za miejscami za peso nacional.

O ile stołowanie się za walutę narodową jest jedynie kwestią dobrego rozejrzenia się po okolicy (no i znajomości hiszpańskiego), o tyle podróżowanie inaczej niż w oficjalnej taksówce, w autobusach Vía Azul - jedynej autoryzowanej do przewozu turystów firmy - i w pociągu za dwadzieścia pięć razy wyższą cenę niż miejscowi, jest dla nas nielegalne. Na nasze szczęście, większość Kubańczyków o tym nie wie, a jeśli nawet wie, niewiele sobie z tego robi. Ale o tym, jak przejechaliśmy setki kilometrów bez skorzystania z wyżej wymienionych usług i gdzie tym sposobem trafiliśmy, opowiem następnym razem.
c.d.n.
Komentuj [0]


BOGOTA PO RAZ PIERWSZY @ 2011-05-14 19:53

Dojechaliśmy do Bogoty – naszej Bogoty. Kosztowało nas to cztery dni i cztery noce w autobusie, czy raczej w wielu autobusach, bo przesiadek było kilka. Przejechaliśmy przez pustynie w Peru, niekończące się plantacje bananów w Ekwadorze, przez okno trolejbusa obejrzeliśmy Quito – piękne miasto, które wraz z Krakowem w 1978 roku jako pierwsze na świecie zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO – widzieliśmy niesamowite, porośnięte puszczą wzgórza i kaniony na południu Kolumbii. Do Bogoty dotarliśmy w takim stanie, że zamiast pojechać prosto do domu Andiego, znajomego Petera z czasów kursu w Oxfordzie, który zaprosił nas do siebie, zdecydowaliśmy się na jedną noc w hostelu, żeby doprowadzić się do porządku.

Tym razem w Bogocie nie mamy wiele czasu. Zwiedzanie miasta zostawiamy na przyszłość. Chcieliśmy spędzić tu kilka dni tylko po to, aby rozeznać się w możliwościach i cenach. Wybraliśmy więc region i zaczęliśmy rozglądać się za mieszkaniem. Nie ma wątpliwości, że zostaniemy w okolicy szkoły Petera, czyli w północnej części miasta. Tak naprawdę istnieją dwie Bogoty: Południowa – biedniejsza i mniej zadbana, gdzie podobno lepiej nie wychodzić samemu po zmroku oraz Północna, która nie różni się niczym od jakiegokolwiek innej rozwiniętej stolicy na świecie. Poza tym przy korkach, które tworzą się w Bogocie w godzinach szczytu (jest o wiele gorzej niż w Warszawie), nie opłaca się mieszkać daleko od pracy, szczególnie, że (niestety!) w Bogocie nie ma metra. Mają system zastępczy – Transmilenio – czyli sieć autobusów, dla których wydzielono osobny pas, dzięki czemu nie stoją one w korkach. System działa całkiem sprawnie, ale wciąż jeszcze nie dojeżdża we wszystkie potrzebne miejsca, a w godzina szczytu jest konkretnie zapchany.

Andi, u którego spędziliśmy dwie noce, mieszka właśnie w tej okolicy, w której chcemy zamieszkać, dlatego mieliśmy dobrą okazję, żeby ją sobie obejrzeć. Co więcej, Andi pracuje w The British School, czyli filii tej samej szkoły, w której w Warszawie pracował Peter, a jego żona uczy w Colegio Anglo-Colombiano, czyli placówce, w której zaoferowano pracę Peterowi. W ten sposób dowiedzieliśmy się wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć przed ostatecznym przeprowadzeniem się do Bogoty i przy okazji poznaliśmy trochę ludzi, wśród których najbardziej zachwyciły nas córki Andiego i Lily. Dziewczynki są bliźniaczkami. Jedna, po ojcu Angliku, ma blond włosy, białą skórę i niebieskie oczy, druga, po mamie Kolumbijce, ma ciemną karnację, czarne włosy i ciemne oczy. Nikt im nigdy nie uwierzy, że są siostrami.

Przed dalszą podróżą zostawiliśmy u Andiego i Lily połowę naszych rzeczy. Lecimy na Kubę, nie będą nam potrzebne ani buty trekkingowe, ani ciepłe ubrania, ani tysiąc innych, pomniejszych rzeczy. Chociaż to, że lecimy, jeszcze kilkanaście godzin temu nie było takie pewne. Wczoraj rano (piątek trzynastego), czyli dzień przed wylotem, odkryliśmy, że nie ma nas na liście pasażerów, a pieniądze, które powinny trafić do Cubana de Aviación, są na koncie. Kiepsko. Problem polegał na tym, że aby kupić przez Internet bilety tej firmy, należy posłużyć się systemem weryfikacyjnym, którego nie oferują polskie banki. Chcąc to obejść, kupiliśmy bilety przez biuro turystyczne, po czym dostaliśmy maila z potwierdzeniem dokonania zakupu, a następnie kolejnego maila, w którym proszono nas o zweryfikowanie zapłaty poprzez ten właśnie system, do którego nie mamy dostępu. Peter jednak, po przeczytaniu pierwszej wiadomości, przeoczył drugą. Tym o to sposobem straciliśmy bilety.

Zadzwoniliśmy biura Cubana de Aviación w Bogocie. Mieli jeszcze wolne miejsca. Bilety, ku naszemu zaskoczeniu, w ogóle nie zdrożały, co więcej – za kupienie ich w biurze, a nie przez Internet, dostaliśmy zniżkę. Jesteśmy pięć stów do przodu i to dzięki naszemu własnemu błędowi. Wszystko wyszło więc lepiej niż moglibyśmy się tego spodziewać i właśnie siedzimy na lotnisku, już chyba z piątą godzinę i czekamy na nasz opóźniony samolot na Kubę. Następnym razem odezwiemy się być może dopiero za dwa tygodnie, bo z dostępem do sieci na Kubie może być różnie.
Komentuj [0]


Punta Arenas, Puerto Natales és El Chalten @ 2011-05-12 00:41

Horvát sírok a temetőben, stoppolás a pampán, foci az éjszaka közepén

Ezek meg hogy kerülnek ide? Ezt kérdeztük magunktól, mikor Punta Arenas temetőjében sétálva lépten-nyomon délszláv családnevekre akadtunk a sírfeliratok között. A bevándorlás Chilének ezt a részét sem hagyta érintetlenül, egy helyi állítása szerint a horvátok többsége az első világháború után érkezett. A fenyőkkel határolt kis sétányokat járva sok nagy és szép kriptát láttunk, a temető mindenképpen megér egy órás sétát. Két éjszakát töltöttünk a városban és végül úgy döntöttünk, hogy nem megyünk el megnézni a közelben lévő pingvinkolóniát (Magdalena-sziget), mert nagyon sokba kerül (több mint tízezer forint fejenként) és pingvineket már egyébként is láttunk a Valdez-félszigeten. Második esténket egy nagyon hangulatos szálláson töltöttük: egy régi, európai stílusban épült házban, amit mára szállóvá alakítottak át. Busszal mentünk Purto Natalesbe, ami a Torres del Paine nemzeti parkhoz legközelebb eső városka. Mi csupán egyet aludtunk itt és nem mentünk a parkba, mert a belépő itt is sokba került (több mint ötezer forint fejenként) és Ushuaia mellett már láttunk patagóniai tájat. Stoppal indultunk útnak és egy házaspár hamarosan el is vitt addig az elágazásig, ahonnan már egyenesen a határig vezetett az út – visszaindultunk ugyanis Argentínába, ahol majd a legendás 40-es úton terveztük, hogy dél felé haladunk. A határig is hamarosan elértünk, viszont át már gyalog jutottunk, mert a férfi akivel mentünk nem kapott engedélyt arra, hogy elhagyja Chilét – tankolni indult, mert Argentínában olcsóbb a benzin, de nem voltak meg a megfelelő kocsipapírjai. Egy úr vitt tovább minket, de csupán az argentin hatóságokig, ahol gond nélkül átkeltünk és hamarosan fogtunk egy kocsit a legközelebbi kisvárosig. Innen újabb pár kilométert utaztunk egy hölggyel egészen a 40-es útig, ahol kevés várakozás után egy fiatal gyerek vett fel minket. Miután láttuk, hogy nem nagyon akar 150-nél kevesebbel menni ráadásul eközben a telefonján üzeneteket is ír, hamarosan kiszálltunk, ezúttal valóban a semmi közepén. Ameddig a szemünk ellátott pampa terült el és – valamennyire érthető módon – az arra járó autósok nem sok bizalommal tekintettek ránk. Végül egy kamionos vett fel minket és a következő elágazásig vitt, ahonnan ő keletre, mi pedig északnyugatra mentünk tovább. A párszáz lakosú apró településen haraptunk valamit, majd fél perc próbálkozás után az első autó fel is vett minket. A vezetőt Enriquének hívták és az El Chalten nevű kis faluba tartott amely néhány száz kilométerrel arrébb fekszik. Útközben sokat beszélgettünk – ő is örült, hogy nem kell ezt a több órás utat egyedül megtennie – és végül úgy döntöttünk, hogy egészen El Chaltenig utazunk vele. A mára nagyjából ezer lakossal büszkélkedő falut a nyolcvanas években alapította az argentin kormány azzal a céllal, hogy pontot tegyen a Chilével kirobbant határviták végére (ekkor egyébként majdnem háború kezdődött a két ország között). Két éjszakát aludtunk itt egy család házában, ahol egy szép macska és sok kisgyerek is lakott. Sajnos az idő ekkor már elég esős és szeles volt (hiába itt ilyenkor már javában tart az ősz) így nem mentünk hosszabb kirándulásra, viszont a város közelében fekvő dombot azért megmásztuk. Ezen kívül is volt alkalmam sportolni, mivel Enriquével való beszélgetésünk során kiderült, hogy hetente háromszor fociznak a helyi tornacsarnokban. Este tizenegy után kezdődött a meccs ami jó másfél órán át tartott, egész jó színvonalon. Azt hiszem a végén egy góllal kikaptunk, de csak azért mert nem volt megfelelő cipőm és egyfolytában csúszkáltam. Másnap persze mindenem fájt, de gyógyírként megálltunk Enrique boltjában és több finomságot is megkóstoltunk. Délelőtt szálltunk buszra és néhány óra utazást követően az El Calafate nevű városba értünk, ahonnan már csak egy ugrásra voltunk Argentína egyik legnevezetesebb látványosságától, a Perito Moreno gleccsertől.
Komentuj [0]


A Tűzföldön @ 2011-05-12 00:39

A világ legdélebbi városa, ősz Patagóniában és stoppolás Chile felé

Puerto Madryn és Rio Gallegos között nagyjából 18 óra alatt tettük meg az utat, majd másfél óra várakozás után újra buszra szálltunk, immár Ushuaia felé. Utunk továbbra is a pampán keresztül vezetett, mint Bahía Blanca óta folyamatosan, ennek ellenére nem unatkoztunk, mert guanacokat, nyandukat, tatukat és rókákat is láttunk az ablakból – sőt, utóbbiak a határon még enni is kértek az utasoktól. Kora délután értük el a Magellán-szorost, azt a keskeny tengercsíkot amely a Tűzföldet – ami egy sziget – elválasztja a szárazföldtől. A rövid kompút alatt Commodore-delfineket – más néven, színük és foltjaik miatt pandadelfineknek is hívják őket – is láttunk, akik néhány másodpercre a hajónk mellé szegődtek. Ushuaiába késő este érkeztünk és egy éjszakát a Haush diákszállóban aludtunk, majd másnap Orlando úr házába mentünk át, aki már több mint harminc éve ad ki szobákat a házában. Ushuaia – mint Patagónia általában – jóval drágább mint Argentína és Chile északabbra fekvő részei, ami a szállásokra is igaz.
Öt éjszakát töltöttünk el Orlando úr házában és megismertük Juan Carlost is, aki rendőrként dologzik Ushuaia repülőterén és hosszabb ideig lakik Orlando úrnál. Itt tartózkodásunk legemlékezetesebb napja az volt, amikor elmentünk kirándulni a Tierra de Fuego nemzeti parkba. Délelőtt indultunk, szerencsére napos időben és elég hamar felvett egy autós minket aki egészen a bejáratig vitt minket. Itt kifizettük a – sajnos – drága belépőt, majd elindultunk az egyik kirándulóút mentén. Utunk erdőkön keresztül vitt, majd egy kis öbölhöz értünk, ahol egy nagyon barátságos rókával, illetve egy osztrák házaspárral és a kislányukkal találkoztunk. Jó példa arra, hogy gyerekkel is lehet utazni, csak persze egy kicsit másképpen mint mi. Egész nap gyalogoltunk, hol erdőben, hol patak mentén, a gyönyörű, őszi időben és tájon át. Késő délután értünk el a Pánamerikai autóút végét jelző táblához (az út Alaszkában kezdődik és észak-déli irányban szeli át az amerikai kontinenst és csak Panama és Kolumbia határán szakad meg a Darien Gap miatt) ahol csak keveset időztünk, mert az utolsó busszal vissza szerettünk volna jutni a városba, ami sikerült is.
Mi is történt még itt, a világ legdélebben fekvő városában? Egyik nap elkirándultunk a Martial gleccserhez, ami a város közelében fekszik – nagyjából két óra a távolság ha gyalog megy az ember. Nem jutottunk el egészen a gleccserig, de a szép őszi tájat és a várost így is láttuk a közeli hegyről, ahol egy libegő is üzemel és télen síelni lehet. Persze a kultúra sem maradhatott ki, egyik délután múzeumba mentünk ahol a – mára már kihalt – Yamana indiánok életével ismerkedtünk meg, akik egész életüket a víz közelében töltötték és még télen sem hordtak ruhát. Egy színházi előadásra is eljutottunk, ami nem volt a legszínvonalasabb, de legalább láttuk, hogy miként játszik a helyi amatőrökből álló színészcsoport. A művészet mellett a helyi ételeket is illik kipróbálni. Mi a patagóniai báránysült mellett döntöttünk és persze megkóstoltunk néhány argentin bort is, főleg a vörös fajtákból.
A városról még annyit érdemes megjegyezni, hogy innen indul az antarktiszi kirándulások többsége (ez nem olcsó mulatság, egy kilenc-tíznapos út minimum 3500 dollár) és a város, főleg nyáron, tele van turistákkal – mi szerencsére már ősz elején érkeztünk, így nem voltak annyian. Az öt nap hamar eltelt és mi útnak indultunk a Tűzföld chilei része felé. Stoppal keltünk útra, ami jól működött. Alig szálltunk le a buszról Ushuaia határában, máris felvett minket egy hölgy aki több mit száz kilométert vitt, majd még aznap este eljutottunk a Rio Grande nevű városba. Itt egyet aludtunk és még egy rendezvényre is eljutottunk – annak ellenére, hogy azt nyugdíjasoknak szervezte a város vezetése. Történt, hogy az információs irodában azt mondták nekünk, hogy a kultúrházban lesz valamilyen koncert. Mikor megérkeztünk, csak hatvanöt év felettieket láttunk és először nem akartak beengedni azzal, hogy nem vagyunk rajta a vendéglistán. Már majdnem odébbálltunk mikor megjelent a főszervező aki, mikor kiderült, hogy külföldiek vagyunk, egyből beengedett, ráadásul még vacsorát is kaptunk. Az előadás során láttunk néptáncot és hallottunk népzenét, amelyek közül a legismertebb az Hermanos Ábalos zenekar volt – illetve annak egyedüli még élő tagja, egy több mint nyolcvan éves bácsi egy megfiatalított bandával. Remek buli volt. Reggel újra stoppal mentünk tovább és a város határában, séta közben fel is vett minket egy fickó akivel a határon és a Magellán-szoroson is átkeltünk (azt talán még nem írtam, hogy a Tűzföld argentin részére csak Chilén keresztül lehet eljutni). Chilében tett ki minket, kétszáz kilométerre Punta Arenastól, ahová mi mentünk. Már sötétedett és a levegő is lehűlt mire felvettek minket: két rendőr állt meg, akik végső úticélunkig vittek. Punta Arenasba értünk.
Komentuj [0]


Bahía Blanca, Perto Madryn és a Valdez-félsziget @ 2011-05-12 00:39

Focimeccs egy kisvárosban és tengeri állatok a nemzeti parkban

A vonatút nem volt a legpihentetőbb, de legalább az állomás közelében találtunk szállást, a Hormigas (Hangya) Hostelben. Elindultunk felfedezni Bahía Blancát, ami nem tartott túl sokáig, ugyanis egy viszonylag kis argentin városkáról volt szó, tervezett, merőleges utcákkal, központjában a szokásos kis térrel, néhány kávézóval, bolttal és étteremmel. A tipikus turistalátványosságok hiánya minket ugyan egy cseppet sem zavart, sétáltunk, figyeltük a helyi lakosok életét és ittunk egy kávét, ami szinte mindenhol Argentínában finom.
A nap legnagyobb eseménye viszont este történt: egy első osztályú argentin bajnoki focimeccs. Magdus nem jött mert fáradt volt, így egyedül vágtam neki az alkonyodó városban a stadion felé vezető útnak. Nem volt nehéz megtalálni mivel már sokan tartottak ebbe az irányba és fél óra séta után el is értem a tett színhelyét. Jól jött az újságírói igazolvány amit még Lengyelországban kaptunk, mert nem kellett kifizetnem a közel 2500 forintos belépőt és még a második csapat meccséből is láttam egy keveset. Hamarosan kezdődött ez igazi profik találkozója, a Olympo de Bahía Blanca és az Old Boys csapatai között. A játékra nem érdemes sok szót vesztegetni – az Olympo egy nagyon unalmas meccsen nyert 1:0-ra – viszont a szurkolók teljesen megtöltötték a kisvárosi stadiont és szinte végig énekeltek. A végső hármas sípszó után még egy fél órát várnunk kellett, ugyanis a balhé elkerülése végett a vendégszurkolókat engedték ki először, amit mindenki türelmesen meg is várt.
Másnap reggel egy helyi busszal kimentünk a város végére, vettünk egy térképet és elkezdtünk stoppolni – nem sok sikerrel. Azalatt a két óra alatt míg vártunk egy kamionos ajánlotta fel, hogy elvisz minket, de sajnos nem arra ment amerre mi szerettünk volna. Maradt a busz, ami itt Argentínában egy külön fogalom. Általában semi-cama (nagyjából 140 fokig dönthető szék) vagy cama (160 fokos szög) járatok vannak, de akad teljesen ággyá alakítható ülésekkel közlekedő járat is. A jegy ára sokszor étkezést (vagy étkezéseket) is tartalmaz, előfordult, hogy egy teljes vacsorát szolgáltak fel nekünk, borral és a zárásnak whiskeyvel. Tudnak itt élni az emberek. A sikertelen stoppolás után tehát buszjegyeket vettünk és mivel a járat csak késő este indult, visszatértünk a városba. Csomagjainkat egy érdekes megőrzőben hagytuk – egy ápolónő lakásában aki az állomás mellett lakik és mellesleg csomagok megőrzésével is foglalkozik. Hétvége volt, így moziba mentünk és a Rango című animációs filmet néztük meg – mese, nem éppen gyerekeknek.
A következő állomás: Puerto Madryn. Az éjszakai buszút után újra Couchsurfing keretében szálltunk meg, méghozzá Beatriznál aki középiskolai irodalomtanárként dolgozik. Este a már jól bevált lecsónkat készítettük el, majd hosszasan beszélgettünk és sokat megtudtunk az argentin emberek életéről és a napi politikáról. Reggel viszonylag korán keltünk, mert indultunk a Valdez-félszigetre. Kocsit béreltünk egy francia pár (Nico és Emili) valamint egy svájci fiú (Roman) társaságában – így volt a legolcsóbb – majd az egész napot a parkban töltöttük. A nemzeti parkokról még annyit, hogy három árkategória van: egy a megye lakosai, egy argentin állampolgárok és egy külföldiek részére. A második nagyjából ötször annyi mint az első, a harmadik pedig a második háromszorosa, ami azért egy kicsit túlzás.
A természetvédelmi terület bejáratáig hamar eljutottunk, viszont a park legnagyobb részén földút van, így ott már lassabban tudtunk csak haladni. Az út mentén lépten-nyomon guanacokat (a láma itteni változata) láttunk illetve egyszer még nyandut is, ami egy strucchoz hasonló élőlény. Első állomásunk a még itt tanyázó pingvinekhez vezetett, akik közül már csak néhány tucatot találtunk, mert a többiek már elindultak délre. Délután értük el a sziget egyik legnagyobb fókacsoportját, amely több száz egyedből áll. A hely azért is érdekes, mert a gyilkos bálnák egyik kedvenc vadászterülete, még az is előfordul, hogy kicsapnak a partra és az éppen ott tartózkodó fókák közül ejtenek zsákmányt. Akkora szerencsénk persze nem volt, hogy ezt lássuk (még a távolban sem jelentek meg e bálnák) így sötétedéskor továbbálltunk és a Roman által javasolt helyen aludtunk, egy tengerparti kempingben. Itt megosztottuk a maradék pálinkát a franciákkal és a svájcival, majd aludni tértünk – természetesen a kocsiban. Másnap, miután a kocsit visszavittük és elbúcsúztunk Beatriztól, újra buszra szálltunk és ezúttal meg sem álltunk Rio Gallegosig, ahonnan pár óra várakozás után Ushuaia felé vettük az irányt
Komentuj [0]


Buenos Aires @ 2011-05-12 00:38

Egy tipikus nagyváros Dél-Amerikában, avagy gitár, színház és tangó Argentína szívében

Érdekes utazás után érkeztünk meg Argentína fővárosába. Aucklandből március másodikán este indultunk, Buenos Airesbe pedig március másodikán délután érkeztünk úgy, hogy közben egy éjszaka is eltelt. Akár egy találós kérdést is feltehetnék a történtekkel kapcsolatban, de inkább nem teszem, mert csupán annyi történt, hogy átrepültük a nemzetközi dátumválasztó vonalat és ennek eredményeképpen a március másodikáról harmadikára virradó éjszakát kétszer éltük át. Ez most már egész életünkre kihat, egy éjszakával mindig többünk lesz mint nappalunk, hacsak… no de még mielőtt a másik irányba is körbeutaznánk a Földet, rövid időre hazamegyünk.
Vissza Argentínába. A spanyoltudás előnyei egyből megmutatkoztak, mert a hivatalos reptérbusz 50 pesóba kerül (2500 forint), viszont mi addig kérdezősködtünk míg találtunk egy helyi járatot ami 2 pesóért (100 forint) bevitt a központba. Itt a Calambache Szállóban töltöttünk két éjszakát (ami nem volt túl igényes, de azért jobb szintű volt mint némely ázsiai hely), majd egyet a Mago Maurren nevű fazonnál aki couchsurfing keretében fogadott minket. Érdekes ember, érdekes lakással. Mago egy bűvész – és olyan vegetáriánus, aki csak növényi eredetű dolgokat fogyaszt és csak nyersen – aki ilyen témában üzemeltet iskolát. Szállásunk egy iskolai testnevelésórákról ismert matrac volt, rajtunk kívül még egy francia-szlovák pár egy brazil és néhány argentin aludt a szobában. Érdekes élmény, de mi egy kicsit túl fáradtak voltunk most ehhez és egy nap után továbbálltunk a Bolivar Szállóba, ami a Plaza de Mayohoz (Május Tér) van közel. Itt öt napot voltunk és főleg pihentünk, már persze amennyire az ablak alatt elrobogó buszoktól és autóktól lehetett.
Mint már említettem, Buenos Aires Dél-Amerika egyik kulturális központja. A San Telmo negyedben például egyik este egy kis kocsmában remek gitárkoncertet hallgattunk meg, egy másik alkalommal pedig a Chicago című musicalt néztük meg az egyik helyi színházban. Itt tartózkodásunk során a híres argentin sült marhaszeletet is megkóstoltuk patagóniai vörösbor kíséretében – nem rossz. A borok egyébként jó minőségűek és olcsók Argentínában, Ázsiához képest pedig főleg. Hatalmas a választék mind fehér, mind vörös fajtákból, a Malbecet – amiből, ha jól tudom, különösen sok készül itt – mindenképpen érdemes megkóstolni.
Buenos Aires egyébként tipikus nagyváros, annak minden áldásával és átkával. A nyüzsgő és gazdag éjszakai és kulturális élet mellett vannak olyan negyedek ahová sötétedés után nem ajánlatos ellátogatni; metró létezik, viszont a kocsik régiek (a fapados szerelvények mondjuk nekünk tetszettek); a buszhálózat kiterjedt és napi 24 órában üzemel, viszont már a megállókat is egy kicsit nehéz megtalálni, nem is beszélve arról, hogy a járatsűrűségről és az útvonalról semmi információ nincs. A közterületek tisztasága is hagy kívánnivalót maga után, azonban hajléktalant és kéregetőket nem sokat találtunk. Mielőtt dél felé vettük volna az irányt még ellátogattunk a La Boca nevű negyedbe (ahol a Boca Juniors) stadionja is van, de a hely nem hagyott túl mély nyomokat bennünk (két-három turistákra szakosodott utca egy viszonylag szegény városrész közepén) és az új kikötő mellett fekvő természetvédelmi parkot is megnéztük (emiatt sem kell Argentínáig utazni). Hogy a tangóról is essék néhány szó: ezt La Bocában és San Telmóban láttunk az utcán, de amolyan turistás változatban. Ha valaki eredeti élményben szeretne részesülni, akkor érdemesebb egy úgynevezett milongába – ”tangóklubba” – ellátogatnia, ahol a buli jóval éjfél után kezdődik.
A fővárosból éjszakai vonattal indultunk útnak Bahía Blancába. Sajnos az ötvenes években a vasúti vonalakat lényegében bezárták, így szinte semmi kultúrája nincs ennek a közlekedési formának Argentínában. Egy kis, eldugott irodában árulnak jegyeket arra a néhány vonalra ami létezik, a kocsik siralmas állapotban vannak és nincs az éjszakai vonalakon fekvőhelyes kocsi. Mondjuk legalább olcsó és nem utaznak sokan, így végül le is tudtunk feküdni az ülésekre. No, nem a legjobb éjszakánk volt, de legalább spóroltunk a szálláson és még követ sem dobtak be a szerelvény ablakán. Reggelre Bahía Blancába értünk.
Komentuj [0]


MACHU PICCHU @ 2011-05-11 23:42

Do Machu Picchu można dojść wieloma drogami. Do dawnego miasta Inków prowadzi najpopularniejszy szlak w Ameryce Południowej, czyli Inka Trail, którego przejście zajmuje cztery dni. Można wybrać także krótsze i mniej komercyjne szlaki lub zwyczajnie pod Machu Picchu dojechać. Na to również jest kilka sposobów. Niektórzy zatrzymują się już w Cuzco, skąd ze zorganizowaną grupą jadą autobusem pod samo "zaginione miasto". Inni jako bazę noclegową wybierają Aguas Calientes, które obecnie nazywane jest także Wioską Machu Picchu.

Z Cuzco do Aguas Calientes można dojechać bezpośrednim pociągiem, którego cena zwala z nóg. Za przejazd w jedną stronę przewoźnik życzy sobie w najlepszym wypadku siedemdziesiąt dolarów amerykańskich, a niektóre pociągi kosztują i ponad sto dolarów. Lokalny pociąg dla Peruwiańczyków, do którego nie wpuszcza się obcokrajowców, kosztuje za tę samą trasę około dziesięciu złotych. Aby obejść tę wygórowaną cenę, można dojechać do połowy trasy busikiem i tam przesiąść się na pociąg. Tym sposobem pierwsza połowa trasy kosztuje dziesięć złotych, a druga, znów w najlepszym wypadku, nieco ponad trzydzieści dolarów. Tę właśnie ostatnią opcję wybraliśmy.

Aguas Calientes, podobnie jak San Pedro de Atacama, żyje z turystyki. Przyjechanie tu poza sezonem było bardzo dobrą decyzją. Pogoda jest wciąż bardzo ładna, za to ludzi jest o połowę mniej, w związku z czym właściciele hostelów i restauracji biją się o klienta. Za dwuosobowy pokój z łazienką wynegocjowaliśmy dwadzieścia pięć soli za noc. Jeden sol odpowiada w przybliżeniu jednemu złotemu (wreszcie łatwy przelicznik!), a dwadzieścia pięć złotych za takie warunki to bardzo dobra cena. To samo w restauracjach. Najkorzystniej jest odejść nieco od centrum miasteczka. Tam za piętnaście złotych od osoby dostaliśmy zestaw składający się z przystawki (nadziewane avokado i pomidory w sosie czosnkowym), pierwszego dania (zupa krem z pomidorów, zupa krem ze szpinaku), drugiego dania (grillowa ryba z ryżem, ziemniakami i warzywami oraz spagetti z pesto) i deseru (sałatka owocowa, naleśnik z kajmakiem), do czego gratis dorzucono nam po koktajlu z pizco - typowego południowoamerykańskiego trunku.
Z Aguas Calientes do Machu Picchu można dotrzeć na dwa sposoby: można wsiąść w kolejny drogi autobus lub wybrać zajmujący nieco ponad półtorej godziny spacer kamiennymi schodkami pod górę. Żeby dotrzeć tam przed wschodem słońca, wstaliśmy o 4:00. Ciężka rzecz po ostatnich dniach, ale humor mi wrócił, kiedy najpierw zobaczyłam pierwszego kolibra, a następnie wschód słońca nad Machu Picchu. Wysiłek przy podróżowaniu zazwyczaj się opłaca.

Na temat biletów do samego Machu Picchu krąży mnóstwo legend. Niektórzy twierdzą, że każdego dnia wpuszczana jest ograniczona ilość osób, inni, że bilety można kupić tylko w Cuzco, jeszcze inni, że należy je zarezerwować przynajmniej na dwa tygodnie przed planowaną wizytą. Być może sytuacja wygląda nieco inaczej w sezonie, poza sezonem niemniej bilety można spokonie dostać w Aguas Calientes tego samego dnia. Kosztują one 126 soli za cały bilet i połowę, jeśli ma się ważną kartę ISIC. Jedynie ograniczenie ilości osób dotyczy nie samego miasta, ale wejścia na górę Wayna Picchu.

Wayana Picchu - Młoda Góra - sąsiaduje bezpośrednio z Machu Picchu - Starą Górą - i roztacza się z niej przepiękny widok na miasto. Na jej szczyt prowadzą wąskie i momentami bardzo strome kamienne schody. W miejscach, w których brakuje stopni lub które są z jakiś innych powodów bardziej niebezpieczne, zainstalowano barierki z liny, większość drogi jednak nie jest niczym zabezpieczona. Wejście na Wayna Picchu czasami bardziej przypomina wspinaczkę niż wchodzenie po schodach, mijanie się osób wchodzących i schodzących wymaga częstego przepuszczania się, dlatego liczba osób jednocześnie przebywających na Wayna Picchu nie może przekroczyć dwustu. Odwiedzający wpuszczani są dwa razy dziennie: o 8:00 i o 10:00. Prawo do wejścia na górę ma pierwsze czterysta osób, które danego dnia pojawi się przy bramie wejściowej do miasta. Oczywiście, nie wszyscy mają ochotę na wchodzenie na Wayna Picchu, dlatego nawet jeśli ktoś spóźnił się rano, zawsze może przyjść i sprawdzić, czy nie zostały jakieś wolne miejsca.

Machu Picchu składa się z dwóch głównych części: miejskiej i rolniczej. Podział ten bardzo dobrze widać ze szczytu Wayna Picchu. Miasto zostało wybudowane około 1430 roku i opuszczone sto lat później. Nikt nie wie dokładnie, jakim celom miało ono służyć. Istnieją teorie mówiące, że był to rodzaj resortu dla przedstawicieli elity pańtwa. Inni uważają, że było to sanktuarium Dziewic Słońca, o czym miałyby świadczyć liczne kobiece szkielety odnalezione na miejscu. Jedyne, co wiadomo na pewno, to to, że Machu Picchu było dobrze ukrytym i bardzo strzeżonym miejscem. Zbudowane w całości z granitu, przetrwało setki lat ukryte wśród gór, a obecnie znosi od tysiąca do dwóch i pół tysiąca turystów dziennie.

Machu Picchu chcieliśmy zobaczyć jeszcze w tym roku, ponieważ krążą plotki, że władze Peru chcą zamknąć pewne części miasta dla odwiedzających. Na chwilę obecną można wejść wszędzie i wszystkiego dotknąć. Oficjalnie do Machu Picchu nie wolno wnosić jedzenia ani napojów, zakazane jest użycie kijków do chodzenia oraz, rzecz jasna, wchodzenie na mury. W praktyce nikt tego nie sprawdza. Wszyscy chodzą między budynkami z butelkami wody i batonikami, co piąta osoba pomaga sobie kijkami, mnóstwo ludzi siedzi na murach.

Zapytaliśmy w informacji, co z tym zamykaniem. Powiedziano nam, że owszem, są takie pomysły, ale mało realne, żeby weszły one w życie. Właściciele pociągów i biur turystycznych mają zbyt dużo do powiedzenia i nie chcą dopuścić do ochrony dziedzictwa narodowego, aby nie stracić klientów. Dosyć to smutne.

Do Cuzco wróciliśmy tą samą drogą, którą z niego wyjchaliśmy. Jeśli chcemy dotrzeć na czas do Bogoty, czeka nas kolejnych kilka dni w autobusie. Podobnie jak o Machu Picchu, o autobusach w północnej części Ameryki Południowej krąży niesamowita ilość historii, które, niestety, częściowo są prawdziwe. Większość z nich związana z kradzieżami. Istnieją dwa najpopularniejsze rodzaje kradzieży. Pierwszy to napad na autobus z bronią w ręku. Złodzie zabierają wszystko, co mają ze sobą pasażerowie, nie krzywdzą jednak ludzi. Ten rodzaj kradzieży zdarza się naczęściej w tańszych autobusach, które zatrzymują się wielokrotnie pod drodze, aby zabierać kolejne osoby. Drugi rodzaj kradzieży polega na tym, że złodzieje śledzą pasażerów, celując w zagranicznych turystów, po czym kupują bilety na ten sam autobus i okradają ofary w nocy.

Oba powyższe wymagają, aby autobus zatrzymywał się co jakiś czas, dlatego lepiej jest jeździć autobusami znanych firm (np. Cruz del Sur, Flores, Tepsa), które oferują bezpośrednie połączenia. Z tego, co zauważyliśmy, miejscowe firmy bardzo biorą sobie do serca bezpieczeństwo klientów i stosują wszelkie możliwe środki ostrożności. Aby kupić bilet, trzeba mieć ważny paszport, który sprawdzany jest przy wejściu do autobusu. Bagażu nie daje się bezpośrednio do luku bagażowego, ale zdaje w specjalnym okienku. Pasażer oraz bagaż podręczny są skanowani przed wejściem do autobusu i każda firma ma obowiązek sporządzenia nagrania wideo, na którym widać wszystkich wsiadających do autobusu ludzi. W autobusie, który właśnie jedziemy, zdjęto nawet wszystkim odciski palców. W Polsce uznałabym to za lekką paranoję, ale tu w sumie takie środki ostrożności pomagają spokojnie spędzić podróż.
Komentuj [0]


ATAKAMA @ 2011-05-10 02:07

O ile do tej pory ciężko nam było wypatrzyć w Chile obcokrajowca, o tyle w San Pedro de Atacama - bazie wypadowej do wypraw na Atakamę - miejscowa ludność ginie w tłumie turystów. Cała mieścina składa się niemal wyłącznie z hosteli, hoteli, restauracji i biur turystycznych. A jest ku temu dobry powód. Atakama, jeden z najsuchszych obszarów świata, to nie tylko tony piasku. Miejsce to oferuje o wiele więcej i spokojnie możemy zaliczyć je do pierwszej piątki najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy podczas tej podróży.

Dojechanie do San Pedro de Atacama z San Juan zajmuje sporo czasu. Zasiedzieliśmy się nieco w Chile i Argentynie, niedługo musimy być w Bogocie, dlatego czeka nas mały maraton, przerywany kilkoma tylko małymi postojami.

Tak więc z San Juan pojechaliśmy do La Serena. Zajęło nam to kilkanaście godzin. Po nocy spędzonej w autobusie wsiedliśmy w kolejny autobus, tym razem do Antofagasty, do której dojechaliśmy wieczorem. Antofagasta to zupełnie nieturystyczne miejsce, dlatego ciężko było nam znaleźć nocleg. Kilka istniejących hoteli oferowało ceny jak dla biznesmenów. Po dwóch godzinach chodzenia po mieście znaleźliśmy uliczkę z hotelami pracowniczymi, tańszymi, za to wypełnionymi po brzegi. Tylko w jednym mieli wolny pokój. Taki zrobiny z tektury, ale zawsze coś.

Następnego dnia rano wsiedliśmy w kolejny autobus i wieczorem dojechaliśmy do San Pedro de Atacama. W Chile mają obecnie niski sezon, spodziewaliśmy się więc, że będzie nam łatwo dostać dobrej jakości nocleg w niskiej cenie. Błąd. Ludzie przyjeżdżają tu cały rok i choć było ich nieco mniej niż w innych miesiącach, tańsze miejsca i tak nie miały problemu z zapełnianiem większości pokoi. Ponownie znalezienie czegoś sensownego zajęło nam dwie godziny.

Na Atakamę mieliśmy jeden pełny dzień. To bardzo mało. Pomimo zmęczenia musieliśmy ten czas maksymalnie wykorzystać. Wstaliśmy o piątej rano, żeby załapać się na busika, który miał nas zabrać w kilka wartych obejrzenia miejsc.

Tuż przed wschodem słońca byliśmy na Salar de Atacama, czyli solnisku, które powstało po wyschnięciu ogromnego, słonego jeziora. Obecnie jest tam kilka malutkich jezior, w których przesiadują typowe dla tej części świata ptaki - flamingi. Rewelacyjny widok, który potrafi wynagrodzić ból wstania w środku nocy oraz bardzo niską temperaturę, jaka panuje tu wczesnym rankiem.

Z salaru ruszyliśmy obejrzeć kanion, kilka wiosek wraz z tarasami uprawnymi oraz inne jeziora, nazywane tu lagunami. Laguny te położone są na wysokości 4 500 metrów nad poziomem morza, dlatego odwiedzającym zaleca się spędzenie pewnego czasu w San Pedro, aby organizm mógł się zaklimatyzować. Nie mielismy tego czasu, a poprzedniego dnia wieczorem przyjechaliśmy z Antofagasty, która położona jest nad samym morzem. Na szczęście, chorobę wysokościową odczuliśmy w niewielkim stopniu. W najwyżej położonych miejscach ciężej się nam oddychało i męczyliśmy się szybko, a po zjechaniu nieco niżej czuliśmy się jak na konkretnym kacu, ale nic poza tym. Mieliśmy jeszcze wystarczająco siły, aby po południu spróbować sandboardingu i obejrzeć zachód słońca nad Doliną Księżycową.

Po tym intensywnym dniu wsiedliśmy w nocny autobus do Arica, miasta położonego przy granicy chilijsko-peruwiańskiej. Tam przesiedliśmy się w mniejszy autobus, który zabrał nas do Tacna w Peru. Przekroczenie granicy było szybkie i bezproblemowe. W Tacna złapaliśmy autobus do Arequipa, gdzie byliśmy wieczorem i gdzie wsiedliśmy w kolejny autobus, którym natępnego dnia dojechaliśmy do Cuzco, dawnej stolicy Inków, gdzie po dziś dzień, jak w całym z resztą kraju, można zobaczyć wiele osób, które stylem życia kultywują dawne tradycje. Tu musieliśmy zorganizować sobie transport do oddalenej o około pięć godzin jazdy mieściny Agua Calientes, skąd można obejrzeć Machu Picchu. Ale to już zupełnie inna historia.
Komentuj [0]


MENDOZA I SAN JUAN, CZYLI WIELKANOC I WINNICE @ 2011-05-05 16:36

Na spędzienie Wielkanocy wybraliśmy Mendozę, ponieważ oferuje ona to, czego na tę okazję szukaliśmy. Jest wystarczająco duża, żeby móc znaleźć tu potrzebne nam produkty oraz mieszkanie do wynajęcia, a jednocześnie jest na tyle mała, że można ją uznać za małe, spokojne miasteczko.

Z Santiago do Mendozy jedzie się osiem godzin. Droga prowadzi przez Andy, jest kręta i malownicza, a przy samym przejściu granicznym leży nawet trochę śniegu. Na miejsce mieliśmy dojechać wczesnym wieczorem, dojechaliśmy ciemną nocą. Po argentyńskiej stronie zdarzył się wypadek i przez kilka godzin staliśmy w korku dziesiątki kilometrów od jakiegokolwiek miasta. O tak późnej porze o szukaniu mieszkania nie było już mowy, odłożyliśmy więc sprawę na kolejny dzień i poszliśmy szukać jakiegoś noclegu.

Tej nocy w mieście nie było ani jednego wolnego łóżka. Jak się okazało, przed Wielkanocą wszyscy korzystają z wolnego i podróżują. W piątek wieczorem wszędzie było pełno, a w sobotę rano wszystkie noclegownie nagle opustoszały. Piątkową noc, chcąc nie chcąc, musieliśmy spędzić wynajętym mieszkaniu, którego właściciela przypadkowo spotkaliśmy na ulicy. Lokal ten nie nadawał się na dłuższy pobyt, przede wszystkim ze względu na brak sensownej kuchni. Odpowiednie miejsce znaleźliśmy następnego dnia. Było to małe, ale czyste i dysponujące malutką kuchenką z mini piekarnikiem mieszkanko, które mieściło się w naszym budżecie. I o to chodziło.
Mendoza to ponad stutysięczne miasto, położone praktycznie na pustyni i żyjące dzięki wodzie sprowadzanej z Andów. Miejsce jest dosyć ładne i można powiedzieć, że ma hiszpański klimat, a uroku dodaje mu jeszcze ogromny park położony na północno-wschodnim krańcu miasta. Ale Mendoza znana jest oczywiście przede wszystkim ze swoich winnic.

Winnice znajdują się około 20 kilometrów od centrum miasta i rozrzucone po sporym terenie. Uznaliśmy, że najlepszym sposobem na ich obejrzenie będzie wynajęcie rowerów. Niestety, nie byliśmy pierwszymi, którzy wpadli na taki pomysł. Rowery to najpopularniejszy sposób zwiedzania okolicy. Działa to w ten sposób, że z centrum jedzie się podmiejskim autobusem do Maipu, gdzie są ze cztery wypożyczalnie rowerów. Za rower płaci się zazwyczaj 25 pesos od łebka. Do wyboru są zwykłe rowery oraz tandemy. Nigdy wcześniej nie próbowaliśmy, więc wzięliśmy tandem. Fajna rzecz, ale na zwykłym rowerze jeździ się lepiej. Szczególnie siedzenie z tyłu może przyprawić o zawał serca (dla znających temat - to trochę jak pływanie na lorda). Polecamy firmę Mr. Hugo Bikes. Ofruje wszystko to, co inni, plus darmowe i zupełnie niezłe wino (odrobinę przed wyjazdem i nieograniczoną ilość po powrocie).

Po drodze, pomimo że to nie sezon, spotkaliśmy trochę innych, głównie anglojęzycznych rowerzystów. Mendoza to znany region, więc winnice są też nieco komercyjne, ale, jak zwykle, zawsze da się znaleźć coś mniej obleganego. Wybraliśmy miejsce, którego nie było na turystycznych mapkach i zadzwoniliśmy do bramy. Zapytaliśmy, czy otwarte, na co padła odpowiedź: "Nie. Ale w sumie wejdźcie, pokażę wam winnicę".

Winnica Mevi jest nowym miejscem. Kilka dni wcześniej odbyła się inauguracja firmy dla rodziny i znajomych, ale szerszej publiki zostanie ona otwarta w najbliższym czasie. Wszystko jest już przygotowane pod klientów, ale personel, szczególnie ten znający angielski, jeszcze nie zaczął pracy. Właściciel, skoro wpuścił nas, wpuścił też sympatyczną starszą parę z Nowej Zelandii, która przyjechała kilka minut później. Spędziliśmy tam ponad dwie godziny na degustacji i oglądaniu winnicy. Świetne miejce, doskonałe wino i miły właściciel. Jedyne, co można by zarzucić lokalowi to nowoczesny wystrój, który mocno odbiega od stylu starszych klimatycznych winiarni. Ale to już kwestia gustu.

Z Mendozy wyjechaliśmy w środę. Od właścicielki mieszkania dostaliśmy w prezencie wielkanocne czekoladowe figurki, które, miejscowym zwyczajem, wypełnione były mieszanką mniejszych cukierków. Plan zakładał, że jedziemy na północ aż do Jujuy, skąd przejedziemy do Chile, aby obejrzeć Atacamę, a po drodze zahaczymy o pobliski San Juan, gdzie mieszka znajoma Petera z czasów wolontariatu w Hiszpanii. Dojechanie do San Juan poszło łatwo. I na tym się skończyło.

W mieście okazało się, że nie tylko nie ma już biletów do Jujuy ani Salty na pasującą nam datę, ale w ogóle autobusy do tych miast są koszmarnie drogie. Fakt faktem, że autobusy w Argentynie są luksusowe, niemniej chilijskie wcale nie są gorsze, a za to kosztują o wiele mniej. Bardziej opłacało nam się wrócić przez Mendozę do Santiago i stamtąd jechać na północ niż zrobić krótszą trasę, ale całą po argentyńskiej stronie Andów. Nie bardzo uśmiechało nam się powtarzać tę samą drogę i jechać dodatkowe kilkaset kilometrów po to, żeby dojechać te pół dnia wcześniej. Zdecydowaliśmy się poczekać dwa dodatkowe dni na autobus do La Serena, chilijskiego miasta położonego mniej-więcej na wysokości San Juan, i stamtąd jechać w kierunku Atacamy.

San Jaun to jedno z sympatyczniejszych miast, jakie widziałam do tej pory w Ameryce Południowej. Podobnie jak Mendoza, San Juan także leży na trasie "Ruta de Vinos", więc i tu można odwiedzić winnice. Ostatniego dnia pobytu w San Juan trafiliśmy do Graffigna, miejsca, które, pomimo że prowadzone obecnie przez dużą firmę, nie staciło nic z atmosfery małej, rodzinnej winiarni. Właścicie, w ramach promocji, zorganizowali muzeum poświęcone historii winiarni i uprawy winorośli w tym regionie oraz otworzyli dla odwiedzających część sal, między innymi te zawierające ogromne, drewniane beczki. Największa z nich jest podobno jednocześnie największą beczką w Ameryce Południowej. Zanim wypełniono ją winem, zorganizowano w niej przyjęcie dla siedemdziesięciu osób. Obecnie w nieco mniejszych beczkach urządzono bar oraz biblioteczkę. Na koniec wycieczki przewodnik zaprasza na degustację wina, która, podobnie jak opowadzenie po winiarni, jest darmowa. I nie ma żadnego nacisku na zakup produktu, nawet go nam nie zasugerowano. Czyli ogólnie super.

W San Juan wypróbowałam także argentyńską służbę zdrowia. Wiele osób, w tym poznana w Calafate lekarka, mówiło nam o tym, że leczenie w w tym kraju jest zupełnie darmowe, dobrej jakości i dostępne dla wszystkich. Tak się złożyło, że potrzebowałam wizyty u okulisty, daruję sobie wyjaśnianie, z jakich powodów. W mieście szpital znajduje się obok dworca autobusowego, weszliśmy więc zapytać. Pani ochroniarz poinformowała mnie, że trzeba iść na trzecie piętro. Na trzecim piętrze czekała na nas inna pani ochroniarz, która została już poinformowana o tym, czego szukamy.

Zaprowadzono mnie prosto do gabinetu, gdzie przyjęto mnie natychmiat, bez pytania ubezpieczenia i tym podobne. O nazwisko zapytano jedynie po to, żeby wypisać receptę. I już. Czysty gabinet, mili lekarze. Rewelacja, choć Argentyńczykom nie do końca ten system wychodzi na zdrowie. Do ich kraju zjeżdżają się ludzie z sąsiednich państw, na przykład z Chile, gdzie służba zdrowia kosztuje słono, a że jako osoby nie mieszkające w pobliżu nie mogą czekać na wizytę, więc mają pierwszeństwo w kolejce do darmowego lekarza w nieswoim kraju. Lekka paranoia i, chociaż mi takie rozwiązanie mocno ułatwiło życie, Argentyńczykom nie zazdroszczę.
Komentuj [0]


DO SANTIAGO @ 2011-05-03 03:56

Wbrew temu, co usłyszeliśmy od wszystkich zapytanych o stolicę Chile osób - że smog, że brudno, że brzydko, że kradną - mnie podoba się to miasto. Owszem, powietrze nie jest najczystsze i jak każde większe miasto, Santiago ma swoje złe strony. Ale ma też sporo tych dobrych. Mają tu dużo niewielkich, kolorowych uliczek, kawiarni, barów. Dziesiątki domów pokryte są artystycznym grafitti, a pośrodku miasta znajduje się wielki targ, gdzie można także dobrze i tanio zjeść. Od naszego przylotu do Ameryki Południowej nie byliśmy w większym mieście, miło było znów zobaczyć ruch na ulicach, budynki wyższe niż jednopiętrowe oraz jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w dużych miastach, czyli metro.

Santiago de Chile ma trzy linie metra, nazwane pierwszą, drugą i piątą. Metro było jedyną rzeczą, o której usłyszeliśmy od Chilijczyków coś pozytywnego. Wedle wielu osób, jest to jedna z najładniejszych i najczystszych kolejek podziemnych na świecie. Niestety, osobiście nie podzielam tej opinii. Metro jest w porządku, ale nie jest niczym bardziej szczególnym niż większość tych, które widzieliśmy wcześniej.

Zanim dojechaliśmy do Santiago, odwiedziliśmy dwie mniejsze miejsca: Pichilemu i La Boca. Pichilemu to niewielka miejscowość położona na wybrzeżu. W sezonie zjeżdżają się tu surferzy z Chile, Argentyny, Brazyli, a także i z bardziej oddalonych krajów. Poza sezonem Pichilemu jest raczej wyludnione. Widzieliśmy może pięciu surferów, którzy tak czy inaczej stanowili większość obcokrajowców, jakich do tej pory spotkaliśmy w Chile.

La Boca to z kolei mała rybacka mieścina. Tutaj już nikt nie przyjeżdża. Wybraliśmy tę miejscowość na chubił-trafił i dojechaliśmy do niej autostopem. Jest to praktycznie jedna ulica, kilka sklepów i straganów oraz ze dwa niezbyt czyste i jakoś tak pół-otwarte hosteliki, w których, tak samo jak i we wszystkich innych, w których mieliśmy okazję spać do tej pory w Chile, zawsze jest zimno.

Chilijczycy twierdzą, że ogrzewanie jest zbyt drogie. W domach nie ma kaloryferów, w co niektórych można znależć jeden malutki piecyk mający ogrzewać cały dom. Efekt jest taki, że w ciągu dnia na zwenątrz bywa cieplej niż w środku, a w nocy trzeba spać pod kilkoma warstwami kocy, do których ja dodaję jeszcze swój śpiwór. Wzięcie prysznica w takiej temperaturze jest demotywujące, szczególnie, że do zimna dochądzą jeszcze inne czynniki. Ludzie tu jakoś nie mają zwyczaju zbytniego dbania o łazienki. Nie tylko nie są one czyste, ale do tego w większości miejsc rury kanalizacyjne są stare i zbyt wąskie, w związku z czym zwyczajem jest wrzucanie zużytego papieru toaletowego nie do muszli, a do kosza na śmieci. Nie byłoby to problemem, gdyby takie kosze miały odpowiednie zamknięcie i były regularnie opróżniane. Niestety, często są to otwarte wiaderka, z których na podłogę wysypują się brudne papierowe zawiniątka. Ohyda. Na szczęśnie wszędzie mają zawsze czystą pościel. To w końcu ważniejsze niż łazienka.

W Santiago gościny użyczyli nam Jessica i Chris, para rodem ze Stanów Zjednoczonych, która poznała się nie gdzie indziej jak w Budapeszcie. Na Węgrzech mieszkali rok i dopiero niedawno przeprowadzili się do Chile. Przez cały nasz pobyt rozmowy krążyły niemal wyłącznie wokół Budapesztu. W końcu jakaś odmiana, bo zazwyczaj nasi rozmówcy, o ile mają jakieś skojarzenia z Polską - mają rodzinę lub znajomych z Polski, pamiętają papieża, a także podzielają powszechne i nie wiadomo skąd wyciągnięte przekonanie, że nasz kraj cały rok jest skuty lodem - to na Węgry reagują różnie. Starsi czasami pamiętają jeszcze ten kraj z lekcji historii Europy, która niegdyś była obowiązkowa w szkołach lub kojarzą węgierską reprezentację w piłce nożnej z lat pięćdziesiątych. Ale są i tacy, szczególnie Ci młodsi, którzy zakładają na przykład, że Węgry to jakaś pół-autonomiczna część Polski, bo w końcu podróżujące pary są zazwyczaj z jednego kraju. Inni potafią zapytać "A gdzie to, w Stanach?", ale wszystkich przebiła pani celnik na chilijskim przejściu granicznym. Po usłyszeniu, że Peter jest z Węgier (hiszp. Hungría z niemym "h" na początku, czyli czytane "ungría") skonfundowana zaczęła szukać nazwy w systemie, po czym stwierdziła: "Hungría? Nie ma takiego państwa. Jest Uganda. Czy chodzi panu o Ugandę?".
Pozostawię to bez komentarza.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]