magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
W POSZUKIWANIU FIESTA DE LA VENDIMIA @ 2011-04-24 21:37

Fiesta de la Vendimia to ¶więto zbioru winogron i robienia wina. Każdy malutki region organizuje z tej okazji dwudniowy festiwal, a większo¶ć tego typu imprez odbywa się w marcu. Mamy połowę kwietnia, ale wedle strzępków informacji, które uzyskujemy po drodze, nie jest jeszcze za póĽno. S± miejsca, w których fiesty odbywaj± się i pod koniec kwietnia, a czym bardziej na północ, tym większa szansa, że jak±¶ znajdziemy.

O Fiesta de la Vendimia zaczęli¶my pytać, gdy tylko przekroczyli¶my granicę. Chodzili¶my po biurach informacji turystycznej, dzwonili¶my, pytali¶my ludzi, szukali¶my w sieci. Każdy wiedział co¶, ale nikt nie był w stanie powiedzieć nam konkretnie, gdzie i kiedy odbywa się taki festiwal. Jedyna strona, która podawała pasuj±c± nam datę i miejsce, ba, zawierała nawet szczegółow± rozpiskę wydarzeń kulturalnych, konkursów etc. towarzysz±cych imprezie, okazała się być pomyłk±. Typowa chilijska desinformacja. JeĽdzili¶my więc od miasteczka do miasteczka i pytali¶my dalej.

Z Liquiñe pojechali¶my do Los Angeles, z Los Angeles do Talki, z Talki do Curicó, z Curicó do Moliny. Tam wreszcie znaleĽli¶my kogo¶ dobrze poinformowanego. Miejscowy taksówkarz twierdził, że w Rincón de Millado, wsi oddalonej o jakie¶ 30 kilometrów od Moliny, w ten wła¶nie weekend maj± Fiesta de la Chicha. Fiesta de la Chicha to ¶więto młodego, tegorocznego wina. Nie jest to to samo, co Fiesta de la Vendimia, ale to nie istotne. Szukali¶my lokalnego festiwalu zwi±zanego z winem i wła¶nie go znaleĽli¶my.

Rincón de Mollino położony jest nieco na uboczu. Niełatwo byłoby nam go znaleĽć, gdyby nie uprzejmo¶ć kierowcy, który zabrał nas na stopa i dowiózł na miejsce, pomimo że sam na imprezę się nie wybierał.

Na Fie¶cie, oprócz chichy oraz starszego wina, można było spróbować lokalnych potraw, czyli głównie różnego rodzaju grillowanego mięsa serwowanego w chlebie lub z ziemniakami i warzywami. Na ustawionej po¶rodku placu scenie miejscowi arty¶ci prezentowali tradycyjne tańce i muzykę. Ogólnie rzecz bior±c, sielankowy klimat wiejskiej imprezy.

Na Fie¶cie mieli¶my zostać dwa dni. Umówili¶my się już z młod± par± z południa Chile, że ¶pimy w namiotach. Patricia i Mauricio przyjechali tu sprzedawać swoje wino i rewelacyjne niepasteryzowane piwo z malutkiego browaru. Nie szło im, bo nie byli miejscowi, więc zaczęli szukać towarzystwa, które pomogłoby im zrobić co¶ z towarem, który przywieĽli. Do naszej czwórki wkrótce doł±czyła się większa, tym razem miejscowa grupa, która, słysz±c, że mamy zamiar spać w namiocie, zaprosiła nas do siebie. Było już mocno po zachodzie słońca, kiedy zapakowali nas wszystkich do samochodu (ile się dało na tylne siedzenie, reszta na pakę, a sprzodu babcia) i zabrali z powrotem do Moliny.

W Molinie, w mieszkaniu jednego ze znajomych, nie zabawili¶my długo. Po jaki¶ dwóch godzinach znów zapakowano nas do samochodu i zawieziono do Curicó, do Maresol, gdzie mieszka ona ze swoim mężem i piętnastoletnim synem. Tam też zostali¶my na noc.

Następnego dnia po ¶niadaniu nasi chilijscy znajomi zabrali nas na niedzielny pchli targ, po czym podziękowali¶my za go¶cinę i zabrali¶my się na dworzec autobusowy. Na kolejny dzień Fiesty nie mieli¶my już siły. Był to jeden z bardziej udanych weekendów w ci±gu ostatnich miesięcy, a po takich zazwyczaj trzeba odpocz±ć. Wła¶nie dlatego jedziemy nad morze.
Komentuj [0]


PATAGONIA CHILIJSKA @ 2011-04-21 07:02

Patagonia chilijska nie ma jednoznacznie wyznaczonych granic. Kiedy wydawało nam się, że już na pewno wyjechali¶my z tego regionu, natknęli¶my się na kolejny znak "Patagonia Chilena" pod nazw± miejscowo¶ci. Sprawdzili¶my na mapach. Wersji faktycznie jest kilka. Z czego wynikaj± te różnice - nie mam zamiaru wnikać. Uznam po prostu, że skoro mieszkańcy danej miejscowo¶ci uważaj± się za Patagończyków, to znaczy to, że nimi s±. Patagonia zatem, wedle naszych obserwacji, kończy się gdzie¶ na wysko¶ci Valdivii i Coñaripe.

Granicę między argentyńsk± i chilijsk± czę¶ci± Patagonii, je¶li zapomnimy na chwilę o najbardziej na południe wysuniętym i dziwnie wyciętym kawałku Chile, stanowi± Andy. Przekroczenia tej granicy nie da się nie zauważyć. W Argentynie dominuje pampa, jest wietrznie, sucho i pastelowo. Po drugiej stronie, zupełnie nagle, robi się szaro-zielono. Szaro, bo ci±gle pada, zielono, bo ziemia jest żyzna i wydaje bogaty plon. Jak powiedział nam chilijski kierowca, który zabrał nas z Bariloche, je¶li zasadzisz tu ziarno, nie ma możliwo¶ci, żeby nie wyrosło.

Droga do Puerto Montt, pierwszego miejsca po tej stronie Andów, które odwiedzili¶my, była długa i męcz±ca. Do Bariloche dojechali¶my o drugiej w nocy po piętnastu godzinach jazdy autobusem. Nie mieli¶my zamiaru zostawać w miasteczku, więc nie opłacało się o takiej godzinie szukać noclegu. Postanowili¶my przeczekać do ¶witu, kiedy będzie można zacz±ć łapać stopa lub, je¶liby nie szło, wsi±¶ć w jeden z autobusów, które zaczynały kursować przed ósm± rano. Noc przesiedzieli¶my więc na stacji benzynowej.

Stopem dojechali¶my do Osorno, gdzie kierowca wsadził nas w autobus jad±cy do Puerto Montt. Dojechali¶my szybko i zapłacili¶my mało, bo, o czym wkrótce mieli¶my się przekonać, transport w Chile jest bardzo dobrze zorganizowany. Autobusy maj± normalne ceny, jeżdż± często i dojeżdżaj± wszędzie.

Innymi dwoma wielkimi plusami Chile s± jedzenie oraz kompletny brak turystów, przynajmniej w tej czę¶ci kraju. Podobno przyjeżdża tu trochę ludzi w sezonie, ale poza sezonem nie ma nikogo. Widzieli¶my jednego, może dwóch obcokrajowców. Co do jedzenia - jest w czym wybierać. Najmilej zaskoczyły nas wyroby domowej roboty. Niemal wszędzie można dostać prawdziwe masło, ser, konfitury, chleb pieczony w domu. Chleba w ogóle je się w Chile bardzo dużo i wiele osób robi go sama. Jest to w większo¶ci białe pieczywo w postaci przypominaj±cej płaskie kajzerki, ale da radę znaleĽć też co¶ ciemniejszego. Oprócz tego bardzo ucieszyły nas warzywa i owoce, które s± tanie i wygl±daj± jak wyjęte z obrazka. Na każdym rogu kto¶ sprzedaje pomidory, marchewkę, jabłka, maliny, truskawki (piękne, czerwone truskawki) i tysi±c innych rzeczy, które nie zawsze nie znamy. No i oczywi¶cie s± też winogrona. A skoro s± winogrona, to jest i wino. Równie tanie jak owoce, o jako¶ci chyba nie muszę nikogo przekonywać.

Kuchnia chilijska pod wieloma względami przypomina europejsk±, a nawet czasami wschodnioeuropejsk±. Je się tu dużo mięsa, najczę¶ciej w postaci grilowanej lub pieczonej, ale raz trafili¶my i na mielone. Do tego ziemniaki w dowolnej postaci (puree, frytki, pieczone, w majonezie) albo ryż oraz sałatka. Często na stole pojawiaj± się ryby (łoso¶, morszczuk, sierra) i owoce morza oraz to, czego nie widziałam w Argentynie - zupy. Nie ma ich wiele. Najpopularniejsza jest cazuela, czyli rodzaj rosołu. J± można dostać wszędzie. Inne propozycje zdarzaj± się rzadko, ale nie s± niemożliwe do znalezienia. Raz udało nam się nawet dostać pomidorówkę.

W Chile, podobnie jak i w Argentynie, popularne s± empanadas z różnymi nadzieniami. Istnieje też dulce de leche, tu nazywane manjar, ale wydaje się, że nie cieszy się takim uznaniem, jak u s±siadów. Z najbardziej chilijskich akcentów należałoby wymienić aji - pikantny sos produkowany z miejscowej odmiany papryki.

W Puerto Montt zatrzymali¶my się u Mercedes. Mercedes, podobnie jak wielu innych Chilijczyków, wynajmuje kilka pokoi w swoim własnym domu. Nie dotarli¶my jeszcze do stolicy, tam sytuacja z pewno¶ci± jest nieco inna, ale jak do tej pory niemal jedynym tańszym sposobem zakwaterowania s± takie wła¶nie domy, nazywane hospedaje, recidencial, a czasami też hostel czy hotel. Najczę¶ciej dzieli się w nich salon, kuchnię i łazienkę z wła¶cicielami i innymi go¶ćmi. Pokoje bywaj± jedno- dwu- i trzy-osobowe. Typowych hosteli z dormami nie widzieli¶my.

Po drodze z Puerto Montt do Valdivii zahaczyli¶my o Puerto Varas, sympatyczne, położone nad jeziorem Llanquihue miasteczko, w którym bardzo silnie zaznaczaj± się akcenty niemieckie. Imigranci z Niemiec trafili w te rejony po drugiej wojnie ¶wiatowej i zaszczepili niektóre elementy swojej kultury. Dzięki temu dzisiaj można dostać tu niemieckie wypieki i dobre piwo. Niedaleko Valdivii położona jest słynna piwiarnia Kunstmann. Wybrali¶my się oczywi¶cie na degustację.

W Valdivii przyj±ł nas do siebie Gabriel, mieszkaj±cy z czwórk± znajomych student Anglistyki. Mieszkanie, a w zasadzie domek jednorodzinny, wygl±da tak, jak wedle ogólnego wyobrażenie powinno wygl±dać miejsce, w którym mieszka pięcioro studentów. Albo i gorzej. Zaskoczyła mnie wiadomo¶ć, że jedn± z lokatorów jest dziewczyna. Ale Gabriel był chyba dumny z osi±gniętego studenckiego efektu. Jako że trafili¶my na weekend, pozostali rozjechali się po swoich domach. Oprócz naszego gospodarza w mieszkaniu był tylko mały, nieco dziki, przeuroczy kotek. Gabriel zaprezentował nam dwa lokalne specjały: koktail "trzęsienie ziemi" oraz potrawę nazywan± "pijany ryż". Pijany, bo gotowany z winem, a do ryżu trochę owoców morza i mięsa. "Trzęsienie ziemi" to z kolei napój złożony ze wszystkiego. Dwoma niezmiennymi elementami s± wino i gałka lodów ananasowych, poza tym dodaje się do niego jaki¶ inny, mocny alkohol, sok, czego kto sobie zażyczy. Przykro mi, ale jak dla mnie jest to lepkie paskudztwo.

Z Valdivii pojechali¶my szukać term, których jest w tej okolicy sporo, niemniej jednak, ponieważ sezon się już skończył, czę¶ć z nich jest zamknięta albo nie oferuje już noclegu. Poza tym w Chile panuje straszliwa desinformacja. Dowiedzieć się czego¶ tak prostego jak to, gdzie możemy znaleĽć lokalne termy oferuj±ce zakwaterowanie w sensownej cenie, okazało się skomplikowanym zadaniem. I że zwykli ludzie nie wiedz±, jestem w stanie zrozumieć, ale że w informacji turystycznej nie maj± pojęcia, to już przegięcie. Jedna pani powiedziała nam, że nie ma term z zakwaterowaniem. Peter wskazał listę o¶rodków oferuj±cych drewniane domki i pokoje, która wisiała jej za plecami i zapytał, czy to dla ozdoby. "A no faktycznie, jakie¶ maj± zakwaterowanie" - poprawiła się, ale więcej nie potrafiła powiedzieć. Kilka razy zdarzyło nam się, że w informacji powiedziano nam, że oni nie wiedz±, ale ci z biura w innym mie¶cie może będ± wiedzieć, więc powinni¶my pojechać tam i się zapytać. Sami nie wpadali na pomysł, że byłoby łatwiej i że w sumie po to s±, i po to maj± zapisane numery, żeby w takiej sytuacji zadzwonić do drugiego biura. No ale nic, czego szukali¶my i tak w końcu znaleĽli¶my.

Wybrali¶my termy w Liquiñe, małej wiosce oddalonej o pięćdziesi±t kilometrów od najbliższego miasta. Do tańszych o¶rodków nie dojeżdża autobus. Żeby się do nich dostać trzeba poprosić kierowcę o wysadzenie przy mostku, a następnie przepłyn±ć rzekę mał± łódeczk± i przej¶ć się kolejne dziesięć minut spacerem przez ł±kę. Znajduj± się tam trzy niewielkie o¶rodki oferuj±ce cabañas, czyli drewniane domki a la Mazury. Kiedy w końcu zdecydowali¶my się na jeden z nich i wreszcie weszli¶my do basenu termalnego, zaczęło padać. A jak zaczęło, to już nie przestało. Trzeciego dnia stracili¶my nadzieję. Oprócz korzystania z basenów termalnych, sauny parowej i tinas, czyli indywidualnych wanien z wod± termaln±, co oczywi¶cie można robić także w czasie deszczu, mieli¶my ochotę na spacery po okolicznych górach. Ta czę¶ć planu nam nie wyszła i jedynym dłuższym spacerem było przej¶cie się w deszczu dwóch kilometrów dziel±cych termy Punulaf od najbliższej drogi. Łódk± wrócić nie mogli¶my, bo poziom rzeki podniósł się zbyt bardzo. No ale skoro znaleĽli¶my te termy, to znaczy, że się da. Jedziemy zatem szukać kolejnej rzeczy, o której nikt nic nie wie. Poszukiwana: Fiesta de la Vendimia.
Komentuj [0]


Új-Zéland – Északi Sziget (2. rész) @ 2011-04-15 18:58

Termálvizes falu és a szégyenlős kiwi

Ezúttal egy délelőttöt töltöttünk Wellingtonban, Robertóval, feleségével Lovedayjel és kislányukkal Harriettel. Autóval mentünk ki egy külvárosi tengerparti részre és útközben Roberto megmutatta azt a házat amit nem rég vettek meg és ahol hamarosan élni fognak. Az óceán mellett rövid sétát tettünk, felkapaszkodtunk a part menti dombocskára, ahonnan jól látható volt a déli sziget és egy éppen útban lévő komp. Az öblöt állítólag gyilkos bálnák is szokták időnként látogatni, de sajnos nekünk nem volt szerencsénk hozzájuk. Ebédre visszamentünk Robertóék átmeneti lakásába, majd hamarosan elbúcsúztunk, mert még hosszú út állt előttünk Rotoruáig. Késő este érkeztünk meg és hosszas keresgélés után leltünk egy motelt ahol még volt elfogadható árú kiadó szoba – hiába, Új-Zélandon február vége még a főszezonhoz tartozik. Másnap délelőtt első utunk a Whakarewarewa nevű maori faluba vezetett. Ez a könnyen megjegyezhető nevű település (az itt említett már rövidített változat) egy kis élő közösség, ahol a látogató Új-Zéland őshonos népének életével és hagyományaival ismerkedhet meg. Először egy tánc- és énekelőadást néztünk meg – többek között a híres haka nevű táncot is megtekintjük – majd egy helyi idegenvezetővel bejártuk a néhány tucat házikóból járó települést. Út közben a szomszédos Walesi Herceg gejzírt is láttuk kitörni, ami a faluból legalább olyan jól látható mint a szomszédos gejzírparkból – ráadásul olcsóbb is. Egyébként Whakarewarewa is bővelkedik termálvizes forrásokban, sok maori például a szabadban lévő, közösségi ”tűzhelyek ” egyikén készíti el ebédjét és vacsoráját – a feltörő forró víz segítségével. Vezetőnktől azt is megtudtuk, hogy az óvodában a helyi nyelven folyik az oktatás, a nagyobbak viszont már állami iskolába járnak a településen kívül. Végül egy kis hídon keresztül hagyjuk el falut, amely alatt az ott úszkáló gyerekek pénzt kérnek tőlünk, mert sok, évvel ezelőtt a gazdag idelátogatók érméket dobáltak a vízbe. Mivel mi nem tartozunk ebbe a kategóriába, a pénzt inkább megtartottuk magunknak. A nap hátralévő részében motelünk termálvizes medencéiben lubickoltunk, majd február utolsó napján útra keltünk és néhány óra múlva újra Antony házához értünk, aki további két éjszakára vállalta, hogy a couchsurfing keretében szállást ad nekünk. Utolsó teljes aucklandi napunk nagy részét az állatkertben töltöttük, ahol végre sikerült kiwit (nem gyümölcsöt, állatot) látnunk. Ezek a kis, tollas állatok éjszaka kelnek életre, így a vadonban szinte lehetetlen megfigyelni őket és az állatkertben is csak üveg mögött vagy egy rövid előadás keretében ismerkedhet meg velük a látogató. Hiába, nagyon szégyenlős madárról van szó. Persze nem ragadtunk le egész napra a kiwinél, hanem szinte az egész létesítményt bejártuk, ahol elefántot, zsiráfot, zebrát, hatalmas denevéreket és még sok más állatot láttunk (és fényképeztünk). Másnap, március másodikán, már csak a bérelt kocsit kellett visszavinnünk a központba, majd egy átszállás segítségével – a lehető legolcsóbb módon – eljutottunk a repülőtérre, ahonnan este hét körül elrepültünk Buenos Airesbe, ezelőtt viszont még egy néhány megmaradt fokhagymagerezdet elültettünk egy reptéri pálmafa cserepébe. Vajon mi lehet most velük?
Komentuj [0]


CUEVA DE LAS MANOS @ 2011-04-12 19:50

Cueva de las Manos, czyli Jaskinia R±k, znajduje się po¶rodku niczego, pięćdziesi±t kilometrów drog± gruntow± od państwowej i równie gruntowej drogi numer 40 (ruta 40).

Podróż, z której strony by się nie jechało, jest długa i raczej niewygodna, co odstrasza wielu potencjalnych odwiedzaj±cych. Co gorsza, nikt nie wpadł na pomysł, żeby przy zjeĽdzie do Jaskini z ruta 40 zorganizować bazę wypadow± dla osób chc±cych zobaczyć to miejsce. Najbiższa mie¶cinka, Bajo Caracoles, złożona dosłownie z kilku domków, położona jest dziesięć kilometrów dalej, ale brak jej infrastruktury. Aby zorganizować sobie transport do Cueva de las Manos, o ile oczywi¶cie nie dysponuje się własnym samochodem, trzeba pojechać aż do miasta Perito Moreno (nie mylić z lodowcem Perito Moreno), położonego sto dwadzie¶cia pięć kilometrów na północ od zjazdu. Ponieważ dystanse s± długie, a jako¶ć drogi nie pozwala na szybk± jazdę, do Perito Moreno dojeżdża się zazwyczaj póĽnym wieczorem. Oznacza to, że je¶li jechało się z południa, następnego dnia trzeba wrócić się te sto dwadzie¶cia pięć kilometrów, następnie przejechać kolejne pięćdziesi±t, a po około dwugodzinnej wizycie w Jaskini, wrócić do Perito Moreno t± sam± tras±.

Do Perito Moreno dojechali¶my autobusem. Stopem nie dało rady, dlatego, że drog± numer 40 na tym odcinku praktycznie nic nie jeĽdzi. Cały lokalny transport odbywa się bardzo okrężn±, za to asfaltow± drog± przez Río Gallegos. Mało praktyczna ruta 40 znana jest natomiast z malowniczych widoków. Cueva de las Manos nie jest zatem jedynym powodem, dla którego mimo wszystko jeĽdzi tędy autobus. Transport na południu Argentyny jest koszmarnie drogi, ale, co fakt to fakt, najpiękniejsze rzeczy widzi się wła¶nie z samochodów i autobusów. Dla miejscowych krajobraz może być nieco monotonny, ale pampa, góry, jasnobłękitne jeziora i granatowe oczka wodne, w których często przesiaduj± flamingi, do tego cała reszta tego otwartego zoo: stada guanaco, nandu, lisy, pancerniki, mary patagońskie, skunksy, foki, pingwiny itp. itd., a wszystko to razem w niesamowitych, pastelowych kolorach, to dla nas widoki nie z tej planety.

Cueva de las Manos położona jest przy pięknym kanionie nad rzek± Pinturas. Nazwa Jaskini wywodzi się od maj±cych od 1 300 do 9 300 lat (wszystkie informacje pochodz± bezpo¶rednio od miejscowej pani przewodnik) malowideł naskalnych, dla których głównym wzorem były ludzkie ręcę. ¦ciany jaskini pokryte s± setkami nachodz±cych na siebie odwzorowań r±k, które wykonane zostały metod± negatywu. Oznacza, że człowiek przykładał jedn±, najczę¶ciej lew± rękę do skały, w drugiej natomiast trzymał zrobion± z ko¶ci rurkę, przez któr± rozpylał odpowiedni barwnik, uzyskuj±c w ten sposób kształt swojej dłoni odbity na skale.

Na ¶cianach Jaskini można znaleĽć ręce dzieci i dorosłych, kobiet i mężczyzn. Nikt nie wie, czemu miały służyć te wzory, czy były one wyrazem zwykłej potrzeby twórczo¶ci, czy też elementem jakiego¶ rytuału. Na malowidła w Cueva de las Manos składaj± się nie tylko te wykonane wyżej opisan± technik±. Obok nich pojawiaj± się także rysunki przedstawiaj±ce między innymi guanaco, ludzi, sceny polowania. Większo¶ć rysunków zachowała się w bardzo dobrym stanie i dopiero głupkowaci współcze¶ni tury¶ci zaczęli rujnować to, czego natura nie zdołała zniszczyć przez tysi±ce lat. W kilku miejscach na rysunkach widać wyskrobane napisy w stylu "Zbyszek tu był", a na jednej skale jaki¶ idiota domalował za pomoc± calafate (owoc podobny do jagody) dodatkowe guanaco i poluj±cych na nie ludzi. Rysunek trzyma się zaskakuj±co dobrze, a instytucja opiekuj±ca się miejscem postanowiła oddzielić odwiedzaj±cych od zabytkowych malowideł. Cztery lata temu postawiono tu ochronn± siatkę.

Oprowadzanie po Jaskini odbywa się po hiszpańsku. Na życzenie jedenej Niemki pani przewodnik przyznała, że trochę zna angielski ("I know a few English"), ale je¶li mieliby¶my polegać jedynie na tym tłumaczeniu, niewiele by¶my się dowiedzieli. Poza tym obsługa jest miła, a cało¶ć na miejscu dobrze zorganizowana. Szkoda tylko, że i tu bilet dla obcokrajowców jest kilkakrotnie droższy niż dla miejscowych.
Komentuj [0]


LODOWIEC PERITO MORENO @ 2011-04-10 06:30

Lodowiec Perito Moreno, duma Argentyńczyków i pierwszy punkt na li¶cie "must see" większo¶ci przewodników, jest jednym z najczę¶ciej odwiedzanych miejsc w Patagonii. Obejrzenie Perito Moreno, podobnie jak i reszty atrakcji turystycznych, tak po argentyńskiej jak i po chilijskiej stronie tego regionu, jest drogie, a różnica w cenie biletu dla miejscowych i obcokrajowców jest ogromna.
Wej¶ciówka to nie wszystko. Do niej dochodzi równie drogi transport, który w przypadku Perito Moreno czy chociażby Wyspy Magdaleny w Chile ciężko jest obej¶ć. Dlatego też mieli¶my spore w±tpliwo¶ci, czy aby na pewno chcemy zobaczyć lodowiec. Drog± eliminacji i za namow± Argentyńczyków ("je¶li nie widzieli¶cie Perito Moreno, znaczy, że nie byli¶cie w Patagonii") zdecydowali¶my się jednak pojechać do Calafate. I nie żałujemy.

Miasto El Calafate dzieli od lodowca 80 kilometrów. Dwa dni robili¶my podchody, żeby dojechać do parku narodowego, w którym jest on położony. Najpierw próbowali¶my stopa. 100-120 pesos za autobus to ¶miesznie wysoka cena, nie brali¶my więc tej opcji pod uwagę. No ale droga do parku jest drog± tylko do parku, a poza sezonem, kiedy Argentyńczycy nie maj± wolnego, mało kto wybiera się tam samochodem. Musieli¶my więc zacz±ć rozważać możliwo¶ć pojechania autobusem, bo wynajęcie samochodu wychodziło jeszcze gorzej.

Skoro postanowili¶my już jechać autobusem, okazało się, że nikt, na czele z informacj± turystyczn±, nie ma pojęcia, w jakich godzinach odjeżdżaj± autobusy. Jednego dnia jedna pani powiedziała nam, że odjazdy s± o 9:00, 10:00 i 13:00. Kiedy przyszli¶my na autobus o 10:00 inna pani stwierdziła, że takiego nie ma, dwa już tego dnia odjechały, jeden o 9:00, drugi o 9:30 i więcej nie będzie. Na tablicy informacyjnej było jeszcze co¶ innego. Zapytali¶my w każdej z firm oferuj±cej przejazdy z osobna i okazało się, że jest jaki¶ autobus po 14:00, tyle, że jeszcze droższy. Ostatecznie znaleĽli¶my starsz± parę, która chciała zabrać się z nami taksówk±. Co ciekawe, taksówka, je¶li jedzie się we czworo, wychodzi taniej niż autobus. Jest przy tym wygodniejsza, ponieważ kierowca dopasowuje się do klientów, czeka na nich do 3-4 godzin, co w zupełno¶ci wystarcza na napatrzenie się na lodowiec.

Bilet do parku narodowego dla Argentyńczyków mieszkaj±cych w regionie kosztuje 15 pesos, dla pozostałych obywateli 40, a dla obcokrajowców - 100. Czyli jeszcze gorzej niż w Nowej Zelandii. Tam przynajmniej za obejrzenie lodowca z odległo¶ci nie chcieli pieniędzy. Na nasze szczę¶cie, strażnicy wzięli nas za Argentyńczyków. Nie to, żeby¶my skłamali, oni po prostu nie wnikali. Zapytali raz "Sk±d?", towarzysz±ca nam para odpowiedziała "Buenos Aires", na co usłyszeli¶my "No to po 40 od łebka". I nie pytano dalej. Kierowca nic nie powiedział, para zapytała tylko, czy mamy równo 80, no to co mieli¶my się dopraszać. Jak się póĽniej okazało, wszyscy pozostali podzielaj± nasze zdanie, że tak wysokie ceny dla obcokrajowców to przegięcie.

To, co tak zachwyca ludzi w Perito Moreno, to jego błękitny kolor oraz niesamowicie gło¶ne, powtarzaj±ce się co kilka minut dĽwięki pękaj±cego lodu. Raz na jaki¶ czas od lodowca odrywaj± się mierz±ce od kilku do kilkudziesięciu metrów bryły lodu, które z ogromnym hukiem spadaj± w wody jeziora Argentino. Rewelacyjne wrażenie.

Wszystko wyszło więc lepiej niż się na to zapowiadało. W kawiarni pod lodowcem udało nam się nawet zapłacić za kawę złotówkami. Jak zwykle zmarzli¶my tylko trochę, choć i tak uważam, że mieli¶my sporo szczę¶cia. W ci±gu ostatniego tygodnia nad Perito Moreno na zmianę padał deszcz i ¶nieg, a tego dnia deszcz zamieniał się od czasu do czasu miejscami ze słońcem. Wci±ż ciężko mi uwierzyć, że Indianie zamieszkuj±cy Patagonię przed pojawieniem sę tu białego człowieka byli w stanie chodzić bez ubrań, pływać (tylko kobiety, mężczyzn nie uczono tej umiejętno¶ci) i spać na gołej ziemi. Nasze szczę¶cie, że my tak nie musimy.
Komentuj [0]


AUTOSTOPEM PRZEZ PATAGONIĘ @ 2011-04-06 09:35

Od wyjazdu z Ushuai minęło już dziesięć dni, a ja nadal marznę. Patagonia zatrzymała nas na dłużej niż się tego spodziewali¶my, a to głównie z dwóch powodów: po pierwsze - uroda tego miejsca jest niesamowita, po drugie - autostopem jeĽdzi się tu znakomicie. Poza tym z Kolumbii do Patagonii daleko, resztę kontynentu łatwiej będzie nam odwiedzić z bazy wypadowej w Bogocie.

Autostopu w Ameryce Południowej spróbowali¶my po raz drugi wyjeżdżaj±c z Ushuai. Na obrzeża miasta dojechali¶my autobusem i ledwie zd±żyłam podnie¶ć rękę (Peter szukał jeszcze dobrego miejsca na plecaki), a zatrzymał się przy nas samochód, z którego wysiadła trzydziestoparoletnia dziewczyna, dziękuj±c nam za to, że nie będzie musiała jechać ponad dwustu kilometrów sama.

Pierwszy samochód zostawił nas za mał± wsi±, sk±d po dwóch minutach zabrał nas kolejny. W ten sposób w rekordowo krótkim czasie dojechali¶my, tam, gdzie chcieli¶my, to znaczy do Río Grande, dzięki czemu resztę dnia mogli¶my po¶więcić na inne rozrywki, w tym przypadku na wieczór artystyczny w miejscowym domu kultury.

Na przedstawienie wysłała nas kobieta pracuj±ca w informacji turystycznej, zapytana o to, czy przypadkiem wieczorem nie ma w mie¶cie jakiego¶ koncertu czy czego¶ w tym stylu. Powiedziała, że owszem, jest pokaz tradycyjnego tańca z udziałem go¶ci z innych miast, impreza otwarta. No to poszli¶my.

W drzwiach zatrzymał nas ochroniarz, twierdz±c, że bez zaproszenia nie ma przej¶cia, a tak w ogóle to zabawa dla dziadków i i na pewno nas nie interesuje. Innego zdania była stoj±ca dwa metry dalej organizatorka wieczoru, która nie tylko zganiła ochroniarza, zaprosiła nas do ¶rodka, ale także przyniosła każdemu po tacy pełnej darmowego jedzenia.

Poziom artystyczny poszczególnych występów był mocno zróżnicowany. W¶ród wykonawców znaleĽli się tak pensjonariusze z s±siedniego domu spokojnej staro¶ci jak i na przykład powszechnie znany, wygrywaj±cy międzynarodowe konkursy współczesny wokalista czy jeden (i prawdopodobnie ostatni) z dawnych Hermanos Ábalos. Grupa Hermanos Ábalos, chociaż nie kojarz±ca się nam z niczym, jest podobno wielk± legend± muzyki argentyńskiej. Nie wnikali¶my specjalnie, niemniej występ ponad osiemdziesięcioletniego już muzyka oraz jego nieco młodszej grupy był najciekawszym, naszym zdaniem, punktem programu.

Z Río Grande postanowili¶my spróbować jechać dalej stopem, chociaż konieczno¶ć przekroczenia granicy z Chile budziła w nas pewne obawy. W końcu przewożenie obcych ludzi przez granicę jest to odrobinę co innego niż podrzucenie kogo¶ wewn±trz tego samego kraju. Martwili¶my się jednak niepotrzebnie. Nie zdj±rzyli¶my jeszcze doj¶ć do miejsca, które podobno dobrze nadawało się do łapania stopa, kiedy blisko nas zatrzymał się samochód, a kierowca zapytał, czy przypadkiem nas nie podwieĽć.

Z Antonio spędzili¶my większo¶ć dnia. Na granicy stali¶my w kolejce około trzy i pół godziny, ponieważ trafili¶my na poczatek długiego weekendu i Argentyńczycy tłumnie jechali do Chile. Jakby tego było mało, dzień czy dwa wcze¶niej Chile wprowadziło nowy system odprawy celnej, z którym nie bardzo radzili sobie urzędnicy. Dlatego też Antonio wysadził nas przy drodze prowadz±cej do Punta Arenas kiedy powoli zaczynało się już ¶ciemniać. Stamt±d zabrała nas nie kto inny jak chilijska straż graniczna, dzięki której mieli¶my takie opóĽnienie. Panowie wracali wła¶nie do bazy w Punta Arenas i poczuli się w obowi±zku zadbać o obcokrajowców.

Autostop nie zwiódł także, kiedy po kilku dniach pobytu w Chile wracali¶my do Argentyny. Jednego dnia jechali¶my z o¶mioma różnymi kierowcami, w tym potrzebowali¶my aż trzech różnych samochodów, żeby przekroczyć granicę. Mężczyzny, który dowiózł nas do chilijskiego przej¶cia granicznego, nie przepuszczono. Kolejny samochód przewiózł nas jedynie kilka kilometrów przez ziemię niczyj±, bo kierowca jechał na granicę po benzynę (co jest powszechn± praktyk±, bo benzyna w Argentynie jest jakie¶ 30% tańsza). Następna osoba zabrała nas z granicy i podrzuciła na koniec najbliższego miasteczka i tak dalej. Bez problemów i dosyć szybko. Raz tylko musieli¶my poczekać nieco dłużej, ale to na własne życzenie. Młody chłopak, który nas zabrał, na krętej drodze z ograniczeniem do 60 jechał 160 pisz±c w tym czasie smsy. Samochód w ogóle był mocno sfatygowany, co zauważyli¶my dopiero po ruszeniu. Brakowało mu między innymi dwóch z trzech lusterek. Powiedziałam, że mam chorobę lokomocyjn± i poprosiłam o wysadzenie nas. Zd±żyli¶my odjechać już od miasta, zostali¶my więc po¶rodku niczego. Pampa i jedna droga, któr± raz za dziesięć-piętna¶cie minut przejeżdża jaki¶ samochód. Wygl±dali¶my trochę podejrzanie w takim miejscu, ale w końcu i tam kto¶ się zatrzymał.

Naszym celem tego dnia było El Calafate. Skończyli¶my w El Chaltén, położonym dwie¶cie kilometrów bardziej na północ. Przekonał nas do tego nasz ostatni kierowca, Enrique, były policjant, obecnie wła¶ciciel sklepu z czekolad±. Decyduj±cym argumentem było zaproszenie Petera do wzięcia następnego dnia udziału w meczu między dwoma miejscowymi grupami.

Poza tym w Chaltén nie zrobili¶my wiele. Okolica jest przepiękna i idealnie nadaje się na krótsze i dłuższe trekingi, ale pogoda nie dopisała. Przy niskiej temperaturze, silnym wietrze i zacinaj±cym deszczu spacer dłuższy niż dwie godziny zwyczajnie nie jest przyjemno¶ci±. Z tego samego powodu zrezygnowali¶my chwilowo z jechania autostopem i po dwóch dniach spędzonych w bardzo rodzinnym hosteliku "Refugio Chaltén" wsiedli¶my w autobus do Calafate.
Komentuj [0]


És még két éjszaka a déli szigeten @ 2011-04-06 09:33

Ugrás négyezer méter magasról – olyan

Ki volt az a hülye, marha aki ezt kitalálta? – gondoltam miközben a kis, füves repülőtér felé tartottunk. És még egy csomó pénzbe is kerül… Na, de most már nincs visszaút, hamarosan kiszálltunk a kisbuszból és elkezdtünk átöltözni. Kezeslábas, bőrsapka, szemüveg, érdemes megnézni a fényképeken, hogy milyen hülyén sikerült kinéznem. A fickó akivel tandemet ugrottam, egy nagyon tapasztalt oktató (bár sok dolgot itt nem tanul az ember, csupán oda van szíjazva ahhoz akivel ugrik és kész). Összesen hatan ugrottunk, két részletben – szerencsére mi az elsőben voltunk. A kisrepülőben kilenc ember fér el szűkösen, a pilótával együtt. Magdus ült legbelül, én legkívül, tehát kinek kellett először ugrania…? Lassan telt az idő, a gép lustán kapaszkodott fel a 4000 méteres magasságig, miközben mi a tényleg gyönyörű tájat néztük – nyugatra a Csendes-Óceán, keletre a Ferenc József Gleccser és a Déli Alpok havas csúcsai – és én azon gondolkodtam, hogy körülbelül egy húsz centi vékony padló van köztem és a mélység közt . Nagyjából húsz perc alatt értük el az ugrómagasságot, amikorra már mindhárman újoncok egy kicsit (hmmm…) izgultunk, nem is amiatt, hogy esetleg nem nyílik ki az ernyő (ezért kell statisztikát tanulni az iskolában), de négyezer méter mégiscsak négyezer méter! De nem volt már mit tenni, kinyílt az ajtó, kiültem a gép szélére és három másodperc múlva már zuhantunk is. Szerencse, hogy nem nekem kellett eldöntenem, hogy mikor ugrunk, mert valószínűleg még mindig ott ülnénk. Az érzést nehéz szavakkal leírni, de azt hiszem, hogy pár pillanatig elfelejtettem lélegezni és pislogni. A szabadesés nagyjából negyvenöt másodpercig tartott, ami – miután elértük a sebességhatárt – olyan volt, mintha egy nagy térkép felett lebegnék, miközben fúj a szél. Az ernyőt nagyjából ezerötszáz méteren nyitotta ki az oktatóm, miután kezdve hét-nyolc perc alatt értünk földet. Magdus, valamint a harmadik áldozat – egy kaliforniai lány – is megérkeztek és hozzám hasonlóan szótlanok voltak. Nagy élmény volt, aki teheti, lépjen a nyomdokainkba.
Másnap az utolsó teljes napunkat töltöttük a déli szigeten, főleg autózással. Az előző nap megismert kaliforniai leányzót elvittük egy darabig, majd kettesben folytattuk utunkat a továbbra is gyönyörű nyugati parton. Megálltunk egy volt aranybányában amit egy idős, bőbeszédű férfi üzemeltet, végigsétáltunk a mára már teljesen elhagyatott telepen, láttunk sötétben foszforeszkáló, barlanglakó férgeket, amelyek a világ legfejlettebb ragadozói közé tartoznak (azért embert nem esznek) és azt is megtudtuk, hogy az arany nagy része a közelben lévő – mára jóval kisebb – város kocsmáiban és bordélyházaiban végezte. Valamivel később megálltunk a pancake rocks (palacsinatasziklák) nevű természeti képződmény mellett, amely az évezredek tektonikus mozgásai segítségével képződtek. Ezek a hatalmas kövek a tengerből merednek a magasba, és tisztán látszik, hogy több tucat különböző réteg összepréselődése által keletkeztek. A hullámok be-becsapnak ezen sziklák közé, demonstrálva a tenger hatalmas erejét. Mivel még egy helyen megálltunk – itt pingvineket keresni, sikertelenül – újra késő este volt, mire nyugovóra tértünk, már jól megszokott helyünkön: a kocsiban.
Reggeli után indultunk is tovább, mert délutánra Pictonban kellett lennünk, hogy leadjuk a kocsit és elérjük a kompot. Útközben még megálltunk Nelsonban, amely Új-Zéland egyik legnaposabb városa és újra megtapasztaltuk, hogy ebben az országban nagyon jó minőségűek a termékek és a szolgáltatások, illetve, hogy a kisebb helyeken is van lehetősége az embereknek tanulni és kulturálódni különféle kurzusok és képzések keretében. Végül elértük Pictont, hű autónkat egy karcolás nélkül sikerült visszaadnunk, majd még a kompot is elértük. Az út az északi szigetre egy kicsit szelesre sikeredett (értsd: a tengeri betegség ellen bevett tabletták ellenére rosszul voltunk) és már sötétben hívtam fel Robertót a vasútállomásról, aki gyorsan értünk is jött. Közös erővel felfújtuk a matracot amin ha nem is legjobb éjszakánkat töltöttük, azért kényelmesen aludtunk. A nap újra Wellingtoban virradt ránk.
Komentuj [0]


Christchurch és Queenstown @ 2011-04-06 09:32

Fényképező, földrengés és felhők Queenstown felett

Késő este értünk Christchurch külvárosába, ahol megint egy Top Ten Holiday Parkban töltöttük az éjszakát. Másnap csak egy néhány órát töltöttünk a városban, mert egészen Queenstownig le szerettünk volna ereszkedni, ami pedig igencsak messze volt még. Két dologról marad nevezetes christchurchi látogatásunk: az első az új fényképezőgép, a második a földrengés. Már Kína óta gondolkodtunk azon, hogy veszünk egy másik gépet is, mert igaz, hogy a kicsi is jó képeket csinál, de sajnos csak napsütéses időben. Az Olympus E-PL1-es fényképező mellett döntöttünk, amit végül két lencsével vettünk meg – az egyiket szinte ajándékba adták a gép mellé. Magdus nagyon örült a gépnek, amit azóta is folyamatosan használ és egyre jobb képeket készít. A másik érdekesség Christchurchcsel kapcsolatban az, hogy szinte pontosan 48 órával a földrengés előtt hagytuk el a várost. A még ép katedrálisról talán Magdus készítette az egyik utolsó képet.
Queenstownig újra több órán keresztül tartott az út, persze azért is, mert mi nem akartunk rohanni. Mint már korábban talán írtam, Új-Zélandon minden öt percben kedvünk lett volna megállni és megcsodálni a természet szépségeit, amit – ha nem is ilyen gyakran – meg is tettünk. Újra késő este érkeztünk és megint a kocsiban, egy külvárosi kempingben aludtunk. Másnap reggel aztán bekocsikáztunk a városba és kerestünk magunknak egy ifjúsági szállóz – azért két-három naponta jó volt ágyban aludni. Queenstown az ország extrém sport fővárosa, a bungee jumpingtól kezdve a sziklamászáson keresztül az ejtőernyős ugrásig mindent ki lehet próbálni. Nos, minket ez utóbbi érdekelt (mielőtt még valaki hülyének nevez, Magdus ötlete volt, én csupán nem akartam gyávának látszani). Ahhoz viszont, hogy az ember kiugorjon egy repülőből, tiszta időre van szükség – legalábbis a legtöbb cég csak jó időben szervez ugrásokat. Nos, míg mi ott voltunk, Queenstownban szinte végig esett az eső, így két éjszaka után elindultunk a nyugati part felé. A városról még legfeljebb annyit, hogy gyönyörű hegyek közt fekszik és a kikötőben, a tó partján kellemes sétát lehet tenni. Délután keltünk útra és hamarosan elértük a nyugati partot, amely gyönyörű és nagyon ritkán lakott (egy helyen például útjelző táblát láttunk amely arra figyelmeztetett, hogy a következő benzinkútig több mint százhúsz kilométert kell megtennünk). Az utolsó órákat már sötétben tettük meg, viszont így több ausztrál oposszumot is láttunk – és fényképeztünk le. Ezt az állatot általában nagyon utálják a helyiek, mert nem őshonos és nincs természetes ellensége Új-Zélandon. Ez eddig még nem lenne baj, viszont ezáltal annyira elszaporodott ez a szegény emlős – végtére is nem ő tehet arról, hogy idehozták – hogy komoly károkat okoz a madár- és általában az élővilágban. Végül a Fox gleccserig jutottunk el, ahonnan egy rövid alvás és egy kis kocsikázás után másnap délelőtt érkeztünk meg a Ferenc József gleccserhez.
Komentuj [0]


Blenheim, a Marlborough borvidék és Kaikoura @ 2011-04-06 09:30

Bor és bálnák a déli szigeten

Miután Pictonban kikötött a komp, kiszálltunk és újra kocsit béreltünk, ugyanattól a cégtől amelyiktől az északi szigeten. Ezúttal automata volt a sebességváltó, így csak arra kellett figyelni, hogy az út bal oldalán haladjunk, ami egy idő után már egész jól ment. Mivel már délután volt, csak Blenheimig mentünk, ami a Marlborough borvidék központja. A szállás persze itt sem volt olcsó, mi végül a Top Ten Holiday Parkban vertünk tanyát. Ennek a cégnek az egész országban vannak kempingjei, amelyekben a bungalóktól kezdve, az elektromos árammal ellátott sátorhelyeken keresztül az egészen egyszerű parkolóig minden fajta szállás található. Mi a legolcsóbb kategóriát választottuk, mert kétszemélyes sátor híján a kocsiban aludtunk – viszonylag kényelmesen. A Top Ten Holiday Parkok területén egyébként zuhanyzóval felszerelt fürdőszoba és konyha is található, így vacsorát is tudtunk főzni.
A következő napot a borospincék látogatására szántuk. A Marlborough borvidék nagyjából harminc éves, ami alatt a vállalkozások száma kétszáz fölé tornászta fel magát, szóval volt miből választani. A pincék főleg fehérborral foglalkoznak, úgy mint Pinot Gris, Sauvignon Blanc, Chardonnay és még néhány, kevésbé népszerű fajta, de előfordul Pinot Noir is. Első utunk a Bladen családi vállalkozásba vezetett, ahol öt bort kóstoltunk meg, majd egy Pinot Grist választottunk megvételre, mivel nekik ez a specialitásuk. Ezután a Framingham pince következett, ahol egy aranyérmes Sauvignon Balnc-t is megízleltünk, ami valóban nagyon finom volt. A harmadik hely a környék legkisebb pincéje volt – a Gibson Bridge – amely egy hangulatos családi vállalkozás, azonban a borok nem voltak a legfinomabbak. A napot a Spy Valley borászatban zártuk, amely nevét egy közeli katonai objektumról kapta. A vállalkozás egy völgy bejáratánál fekszik és egy néhány kilométert autózva az utazó hatalmas fehér gömböket pillant meg a semmi közepén. Nos, ez a ”szépség” itt a természet lágy ölén az Egyesült Államok által épített radarállomás, amellyel ki tudja, hogy mit keresnek – ők biztosan jobban mint mi. A sok finom nedű után azért sikerült visszatalálnunk a kempingbe, ahol nem kellett altatót bevenni ahhoz, hogy álom jöjjön a szemünkre.
A koránkelés persze megint elmaradt, de azért még világosban elértük Kaikourát. Új-Zélandon egyébként maga az utazás is élmény. Annyi természeti szépséggel találkozik az ember lépten-nyomon, hogy ötpercenként kedve lenne megállni nézelődni, sétálni és fényképezni. Mi is sokszor így tettünk, volt úgy, hogy egy finom piknikkel egybekötve. Szépen lassan jutottunk el tehát Kaikourába, amely a nyarat itt töltő bálnákról nevezetes. Mi is ezen hatalmas emlősök miatt jöttünk ide és sikerült is lefoglalnunk másnapra egy kirándulást, ráadásul úgy, hogy egyikünknek csak a jegy árának a felét kellett kifizetnie. Persze így is nagyon sokba került ez a kirándulás, de sajnos Új-Zélandon minden drága. Két járműben töltött éjszaka után most rendes ágyban aludtunk, ami egy garázsból kialakított szobácskában volt, sőt, a diákszállóban még pezsgőfürdőztünk is. No, de minket inkább a bálnák érdekeltek, így másnap kora délután – rövid városnézést követően (Új-Zélandra a természet miatt érdemes jönni, aki szép városokat akar látni, utazzon – vagy maradjon – Európában) – kihajóztunk bálnát keresni. A cég aki ezeket a kirándulásokat szervezi magas színvonalú szolgáltatást nyújt – igaz, ez szinte mindenről elmondható Új-Zélandon – és egy ”víz alatti radarral” kutatja a mélységet. A bálnák több kilométer mélységig merülnek le táplálékot keresni, majd 40-60 perc elteltével bukkannak újra a felszínen, ahol tíz-tizenöt percet időznek és oxigénnel töltik meg tüdejüket. Mi hamarosan sikerrel jártunk, pár perccel azelőtt láttunk meg egy példányt, minthogy az újra a mélybe merült volna. A hatalmas állatból a hát és a légzés közben kifújt ”szökőkút” látható, illetve az óriási farka, ami közvetlenül a lemerülés előtt emelkedik ki a vízből. Miután a bálna eltűnt a habokban delfinek jelentek meg a hajónk előtt és a vízből kiugrálva, szaltózva követtek minket. Szinte biztos vagyok benne, hogy tudatosan játszanak így, szórakoztatva az embereket. A következő fél óra ezzel és tengeri madarak megfigyelésével telt, majd híre jött, hogy hamarosan bálna jelenik majd meg a környéken. Így is történt, pár perc múlva megpillantottuk a ”szökőkutat”. Azt nem tudni, hogy egy másik példány volt-e, vagy az első jött fel megint a felszínre, de méretben mindenesetre nem sokban különbözött az elsőtől. Tíz perc után újra búcsút vettünk a bálnától, a part felé vettük az irányt, útba ejtve egy több tucat állatból álló fókakolóniát is. Miután kikötöttünk mi gyorsan autóba szálltunk, mert még aznap este szerettünk volna elérni Christchurchbe, ehhez viszont még néhány száz kilométert meg kellett tennünk.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]