magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
NOWY KONTYNENT @ 2011-01-31 07:15

Pierwszym, co musieli¶my zrobić w Australii, było przesiedzenie kilku godzin na lotnisku. Do Darwin dolecieli¶my około trzeciej nad ranem, a Amanda, z któr± byli¶my umówieni na dwie noce, mogła przyjechać po nas dopiero o szóstej.

Amanda, jak i większo¶ć jej s±siadów, mieszka w jednopoziomowym, wygodnym domku zbudowanym z drewnianych paneli (weatherboard). Tego typu domy, przypominaj±ce mocno stylem budownictwo amerykańskie, stawiane s± na jakie¶ trzydzie¶ci-czterdzie¶ci lat. Jako że klimat nie wymaga od ludzi wiele więcej niż schronienia przed deszczem i insektami, mało kto inwestuje w prawdziwe domy z cegły. Takie rozwi±zanie jest tanie i praktyczne, jednak domom z paneli brakuje duszy, a ¶ciany grubo¶ci papieru nie daj± zbyt wiele prywatno¶ci.

Na trzy dni i dwie noce zostali¶my zakwaterowani w pokoju Amandy. Ona sama w tym czasie pilnowała domu znajomego, zostawiła nas więc ze swoj± mam± i siostr±, wpadaj±c jedynie od czasu do czasu w odwiedziny. Maskotk± rodziny w tym kobiecym domu jest kilkuletni w±ż, pyton. Dziewczyny karmi± go zdechłymi myszami kupowanymi w sklepie zoologicznym. Żywych myszy on nie dostaje, bo żywa mysz mogłaby jeszcze wygrać i zabić biednego pytona.

Darwin to przyjemne miasto, choć nie ma tu niczego specjalnego. Miejscowi chwal± się bogat± histori±, ale na Europejczykach trzy stuletnie budynki raczej nie robi± dużego wrażenia. To, co naprawdę ¶ci±ga ludzi w te strony, to natura. W pobliżu Darwin znajduje się kilka dużych parków narodowych. Najpopularniejszy z nich – Kakadu Park – zajmuje powierzchnię 110 000 kilometrów kwadratowych. To więcej niż całe Węgry.

Jak do tej pory w Australii najbardziej podoba bam się wyposażenie sklepów. Można tu znaleĽć większo¶ć – lepszej lub gorszej jako¶ci – produktów europejskich, w tym polskie ogórki i kiełbasę oraz węgierskie salami. Przynajmniej na razie skończyły się dla nas czasy stołowania się po barach. I cieszy nas to. Zamiast kolejny raz je¶ć smażony ryż przy brudnym stoliku, możemy znaleĽć przyjemny park z widokiem na morze (a parków tu nie brakuje) i zrobić sobie spokojny piknik. Wcze¶niej nie było z czego. W Darwin bez problemu można dostać choć odrobinę ciemniejszy chleb, ser oraz to, czego brakowało nam najbardziej – czerwone, wytrawne wino. Ogromna przyjemno¶ć po kilogramach ryżu i curry.

W Darwin największym zaskoczeniem byli dla nas ludzie. Nigdy nie zastanawiali¶my się nad tym specjalnie, ale zawsze gdzie¶ z tyłu głowy żyło w nas wyobrażenie o Australii jako o kontynencie całkowicie opanowanym przez białych ludzi i zachodni± cywilizację. O rdzennej australijskiej ludno¶ci my¶leli¶my raczej w kategoriach osób wtopionych już w tę, b±dĽ co b±dĽ, now± dla tej czę¶ci ¶wiata kulturę albo też jako o osobach żyj±cych z daleka od miast, w utworzonych na amerykańsk± modłę rezerwatach. Tymczasem aborygeni tłumnie zamieszkuj± miasta, odróżniaj±c się wci±ż wyraĽnie stylem bycia od białych. Ci, którzy wybrali tradycyjne życie, mieszkaj± w miejscach, do których białym często wstęp jest wzbroniony.

Rdzenna ludno¶ć australijska ma ciemn±, brudnobr±zow± skórę i rysy niepodobne do niczego, z czym do tej pory się spotkali¶my. Kobiety maj± duże, okr±głe, nalane twarze i szerokie barki. Ich ciała zwężaj± się ku dołowi, daj±c europejskim oczom wrażenie nieproporcjonalno¶ci. MężczyĽni nie wypadaj± lepiej. Co tu dużo mówić – ciężko w¶ród nich znaleĽć osobę ładn± wedle naszych standardów. Chodz± do tego po mie¶cie na bosaka, często pozawijani w kolorowe chusty i ubrania. Chociaż Aborygeni bior± udział w życiu społecznym białych, to, jak dowiedzieli¶my się od mamy Amandy, nauczycielki w lokalnej szkole, przychodzi im to z trudem. Żeby zmotywować ich do wysyłania dzieci do szkoły, rz±d australijski zwyczajnie płaci im za to. Wywołuje to oczywiste niezadowolenie w¶ród nieco biedniejszych białych Australijczyków, którzy na edukację dziecka musz± zarobić. Największym problemem Aborygenów w tym narzuconym ¶wiecie nie jest jednak nieprzystosowanie do zachodniego modelu kształcenia, ale alkohol.

Australijaskiej rdzennej ludno¶ci, podobnie jak dużej czę¶ci populacji azjatyckiej, brakuje enzymów trawi±cych alkohol. Nawet piwo jest dla nich siln±, narkotyczn± substancj±, z czego korzystaj±, wykazuj±c się brakiem umiaru. Podobno alkohol ich zabija, niszczy rodziny i kulturę. Nie s± przy tym zazwyczaj groĽni dla białych, je¶li stosuj± przemoc, to raczej między sob±.

Australia zaskoczyła nas jeszcze kilkoma rzeczami, które podczas wizyty w Darwin zaczęli¶my podejrzewać, a które znalazły potwierdzenie podczas kolejnych dwóch tygodni. Ale o tym już następnym razem.
Komentuj [0]


W DRODZE DO AUSTRALII @ 2011-01-24 13:26

Nasz samolot z Denpasar do Darwin odlatywał o 22:40. Żeby dotrzeć na czas, ruszyli¶my z Gili Air o 7:00. I o mały włos by¶my się spóĽnili.

Pocz±tkowo postanowili¶my jechać sami. Jednak już na Lombok jednemu chłopakowi udało się namówić nas na bilet. Przekonał nas fakt, że w i tak dosyć sensown± cenę wliczone było odwiezienie na lotnisko, a nie jedynie do miasta, a o ten wła¶nie ostatni etap zazwyczaj najciężej się targować. Obiecał nam, że będziemy na miejscu o 17:00. Nawet doliczaj±c do tego zwyczajowe 20-25% czasu ekstra, mieli¶my w zapasie kilka godzin.

Pierwszy spóĽnił się prom z Bali. Zawin±ł do portu z około 40 minutami opóĽnienia. Nie szkodzi. Wpuszczono nas na pokład, znaleĽli¶my sobie przytuln± ławkę i poszli¶my spać. Jak obudzili¶my się po półtorej godzinie, wci±ż byli¶my w porcie. Nieco gorzej, ale wci±ż bez tragedii.

Na Bali dotarli¶my około 18:30. Przepłynięcie 40 kilometrów zajęło nam ponad pięć godzin. Nasze lotnisko było po drugiej stronie wyspy, autobus, który miał nas zabrać, miał w planach objechanie wszystkich okolicznych miast, a dopiero na końcu zawiezienie nas do Denpasar. Szanse, że zd±żymy na samolot, były bardzo marne. Nie pozostało nam nic innego, jak nieco naci±gn±ć rzeczywisto¶ć. Wła¶cicielowi firmy przewozowej, który wyszedł odebrać nas w porcie powiedzieli¶my, że nasz samolot odlatuje godzinę wcze¶niej. I zadziałało. Kole¶ sprężył się, wytrzasn±ł sk±d¶ jeepa i zawiózł nas prosto na lotnisko. Pod tym względem Indonezyjczycy s± niezawodni.

W Denpasar skończyła się nasza podróż po Azji. Ostatni miesi±c spędzony w Indonezji był intensywny, choć i tak udało nam się zobaczyć jedynie połowę z tego, co zobaczyć by¶my chcieli. Najbardziej żal mi Papui. Nie mieli¶my realnej możliwo¶ci do niej dotrzeć. Loty na Papuę s± nieregularne i mocno wykraczaj± poza nasz budżet. Poza tym trzeba mieć specjalne pozwolenia na wej¶cie na każde terytorium i dużo czasu na transport, a sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że w tym czasie na wyspie było niespokojnie. Jak to okre¶lił nasz znajomy Indonezyjczyk: „Odbywa się tam tradycyjna walka. Strzelaj± do siebie z łuków”. Papuę musimy zatem zostawić na przyszło¶ć, prawdopodobnie na krystalizuj±c± się już powoli Wyprawę Uzupełniaj±c±, której głównym celem będzie odwiedzenie tego, czego nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem, chociaż było blisko.

Żal mi też nieco, że nie udało nam się po¶więcić więcej czasu na naukę języków, w szczególno¶ci za¶ wła¶nie indonezyjskiego, który jest najprostszym systemem, z jakim się do tej pory zetknęłam. Od teraz będziemy prawie wył±cznie w miejscach, w których mówi± językami, jakie znamy. Ogranicza to możliwo¶ć podłapania nowych języków, ale daje w zamian co¶, czego często brakowało nam w Azji – możliwo¶ć porozmawiania z ludĽmi na innym poziomie niż klient-usługodawca. Wiele osób, które dopóki rozmowa kręci się wokół spraw zawodowych, posługuje się angielskim dosyć płynnie, gubi się, je¶li próbuje się przej¶ć na głębsze tematy.

Z tego oraz wielu innych powodów, choć żal nam niektórych niespełnionych planów, ogólnie cieszymy się, że nasz czas w Azji się skończył. Było to ciekawe do¶wiadczenie, które z czystym sumieniem możemy polecić każdemu, ale już czas na zmianę. A między Azj± a Australi± spodziewamy się przepa¶ci.
Komentuj [0]


GILI AIR @ 2011-01-23 09:58

Gili Air jest najmniejsz± z trzech wysepek położonych w niewielkiej odległo¶ci od Lombok – indonezyjskiej wyspy, która znajduje się około 40 kilometrów na wschód od Bali. Dotarcie z Ubud na Gili Air zajmuje trochę i jest nieco skomplikowane.

Najpierw trzeba pojechać autobusem do portu. To jakie¶ półtorej godziny. Następnie, je¶li wszystko idzie jak należy, trzygodzinna podróż promem do portu na wyspie Lombok. Potem przesiadka znów na autobus, dwie godziny jazdy do portu, sk±d odpływaj± łodzie na Gili, gdzie z kolei trzeba czekać, aż znajdzie się wystarczaj±co klientów, żeby zapełnić łódkę. My czekali¶my półtorej godziny i, pomimo że po skompletowaniu załogi powinni¶my byli dopłyn±ć w 20 minut, dopłynęli¶my dopiero po ponad godzinie, bo sterownik postanowił najpierw wysadzić innych klientów jad±cych na pozostałe dwie wyspy, które s± bardziej oddalone od Lombok.

Na cał± tę przeprawę można kupić jeden bilet. Można wybrać też o wiele szybsz±, ale także o wiele droższ± opcję – speedboat – która zabiera pasażerów z portu na Bali i zawozi bezpo¶rednio na Gili, bez zahaczania o Lombok. Można także spróbować jechać samemu i organizować każdy etap osobno, wtedy da się zej¶ć do połowy ceny zwykłego biletu, ale na to trzeba mieć spory zapas czasu.

Do ostatniej chwili nie mogli¶my zdecydować się, któr± z trzech wysp wybrać. Ostatecznie padło na Gili Air, ponieważ jest ona jedn± z dwóch mniejszych i nieco mniej turystycznych wysp, a w odróżnieniu od drugiej z nich – Gili Meno – miała mieć trzy centra nurkowe, podczas gdy na mapie Gili Meno widniało tylko jedno. Mała wskazówka dla korzystaj±cych z przewodników: nawet w nowszych wydaniach typu Lonely Planet z 2010 roku nie ma aktualnych informacji. Je¶li pisz± oni, że w danym miejscu s± dwa hotele i jedna kawiarenka internetowa, zazwyczaj da się tam znaleĽć pięć hoteli i przynajmniej dwie kawiarenki. W podobny sposób na Gili Air znaleĽli¶my pięć cetr nurkowych, a może ich tam być nawet więcej.

Gili Air, tak jak pozostałe dwie wyspy, niezależnie od tego, co można wyczytać w wielu miejscach i usłyszeć od niektórych podróżników, nie s± cichym, wyludnionym rajem, ale zwykłym resortem z duż± ilo¶ci± opcji noclegowych i całym mnóstwem barów, kawiarni i sklepików. Na wyspach jedynymi ¶rodkami transportu s± wozy konne i rowery, ponadto trafili¶my tu poza sezonem, więc gło¶no faktycznie nie było, ale widać, że wyspy żyj± wył±cznie z turystyki.

Na Gili Air zakwaterowali¶my się w najtańszym, ale całkiem przyzwoitym bungalow. Jedyn± niedogodno¶ć stanowiła woda. Przed podjęciem decyzji zapytali¶my wła¶ciciela, czy woda w łazience jest zimna czy ciepła. Odpowiedział: normalna. Uznali¶my więc, że zimna. Bł±d. Na małej wyspie normalna oznacza słona. Przez kilka dni wszystko było więc oblepione sol±.

Spora czę¶ć męskiej populacji Gili Air uważa się za macho, którym białe kobiety nie mog± się oprzeć. Nosz± długie włosy, chodz± z odsłoniętymi trosami, pręż± się, całe dnie graj± na gitarach i pal± skręty, któr± próbuj± sprzedawać także turystom. Daje to oczywi¶cie raczej komiczny efekt, ale o ile bardziej pasuje im ten styl bycia niż to, co widzieli¶my w niektórych innych czę¶ciach Indonezji. Musimy stwierdzić – zostawiaj±c na chwilę na boku poprawno¶ć polityczn± – że z islamem im nie do twarzy. Indonezyjczycy wygl±daj± o wiele bardziej naturalnie w tradycyjnych sarongach z odsłoniętymi ramionami czy w lekkich, letnich ubraniach, z gitarami, z kwiatami w nieosłoniętych chustami włosach.

Podobno do niedawna islam był traktowany w Indonezji dosyć luĽno. Dopiero ostatnie czasy, wraz ze wzrostem wpływu innych krajów muzułmańskich, przyniosły zaostrzenie zasad. Ale – naszym zdaniem – jest to tylko przykrywka, indonezyjska chęć niebycia muzułmanami wyłazi z każdej stron.

Jakarta jest największym zagłębiem klubowym w południowo-wschodniej Azji. Oficjalnie klubów nie ma. Nie istniej± bary ze striptizem, nie ma Stadionu – lokalu, który, głównie za spraw± rozprowadzanego w nim extazy, otwarty jest nieprzerwanie w każdy weekend od pi±tku wieczorem do poniedziałku rano. Bo jakże mogłyby to wszystko istnieć w największym muzułmańskim kraju na ¶wiecie?

Bary s± też na Gili Air. Co pi±tek w Mirage maj± w programie muzykę na żywo. Na imprezę schodz± się ludzie z całej wyspy. Koncert, na którym byli¶my, był zaskakuj±co dobrej jako¶ci, tak pod względem wykonawców, jak i sprzętu. Dwie kategorie wyżej niż Tee Happy Man z Koh Mak. Uroku dodał mu jeszcze fakt, że gdy wokalista zaprosił do brania udziału wszystkich chętnych, najpierw znalazł się jaki¶ człowiek z tr±bk±, a chwilę póĽniej dziewczyna z saksofonem.

Na Gili Air można także dobrze zje¶ć. Co wieczór każda restauracja wystawia ¶wieżo złowione ryby i owoce morza, które, za stosunkowo niewielk± cenę, przygotowywane s± wedle życzenia klienta i serwowane z różnego rodzaju dodatkami. Szczególnie polecamy grilowan± rybę w Wiwins. Ale muzyka i jedzenie to kwestie drugoplanowe. Najlepszym, co oferuj± Gilis, jest oczywi¶cie nurkowanie.

W morzu w okolicach wysp Gili można spotkać wielkie żółwie, kilka rodzajów rekinów (osobi¶cie udało mi się zobaczyć jedynie cztery whitetip reef sharks), zmieniaj±c± kolory m±twę, która jak ma dobry humor, potrafi usi±¶ć człowiekowi na ręku, oraz całe mnóstwo wszelkich innych kolorowych rybek akwariowych, takich jak błazenki czy moje ulubione papugoryby. Ogl±danie tutejszej rafy poł±czyłam z drugim etapem szkolenia nurkowego – Advanced Open Water Diver. Stanowczo opłaca się robić tego typu kursy w Indonezji. Okolica jest przepiękna, a ceny należ± do najniższych na ¶wiecie.

Kurs zaawansowany wygl±da nieco inaczej niż podstawowy. Jego głównym założeniem jest nie tylko rozwijanie już zdobytych umiejętno¶ci, ale także wypróbowanie czego¶ nowego. Cało¶ć polega więc na wykonaniu pięciu adventure dives, z których dwa – nurkowanie głębokie oraz nawigacyjne – s± obowi±zkowe, pozostałe klient może dobrać wedle uznania. Niestety, odpadło mi nurkowanie przy wrakach, gdyż przy Gilis nie ma specjalnie wraków (z wyj±tkiem jednego, całkiem sporego i porz±dnie zaro¶niętego raf± statku, który podobno wypada kiepsko w porównaniu z prawdziwymi wrakami, na mnie jednak zrobił pewne wrażenie). Dobrym pomysłem okazało się za to nurkowanie nocne.

Ogólnie rzecz bior±c nie podzielamy zachwytu, jaki, wydaje się, wyspy wzbudzaj± u wielu podróżników. Jest to z cał± pewno¶ci± dobre miejsce na wakacje, ale nie widzę powodu, dla którego miałoby być lepsze od tajlandzkiego Koh Mak czy jakiejkolwiek innej wyspy. Każda z nich ma swoje plusy i minusy. Głównym minusem Gili Air, podobnie jak to jest i w wielu innych miejscach w Azji Południowo-Wschodniej, s± ¶mieci, które można znaleĽć zarówno na l±dzie, jak i pod wod±. Bez większego żalu opu¶cili¶my więc wyspy Gilis, żeby, wreszcie, po pół roku podróży, zmienić kontynent.
Komentuj [0]


BALI @ 2011-01-20 06:03

Podróż na Bali zaczęła się dla nas pod Ijen i choć odległo¶ć od wulkanu do promu na Bali jest niewielka, zajęła nam ona kilka ładnych godzin. Droga prowadz±ca od Ijen na wschód jest w dramatycznie złym stanie, przez połowę czasu jechali¶my więc naszym minibusem (który, jak nam obiecywano w agencji turystycznej, miał być jeepem) z prędko¶ci± 10km/h. Dało nam to przynajmniej możliwo¶ć obejrzenia okolicznej dżungli i plantacji kawy.

Prom z Javy na Bali płynie około 45 minut. Po drodze można podziwiać bajkowe widoki, idylliczny obraz zniki jednak, je¶li spojrzy się w dół. Po przezroczystej wodzie pływa kupa ¶mieci. Papierki, plastikowe kubki i pety kumuluj± się głównie w porcie oraz wyznaczaj± trasę, któr± przepłyn±ł prom. Dosyć to smutne.
Dopływaj±c do wyspy wci±ż nie mieli¶my planu na spędzenie naszych ostatnich dni w Azji. Opcji było zbyt wiele. Ostatecznie zdecydowali¶my się na próbę dojechania do Ubud, miejsca uznawanego za centrum kulturalne Bali, a następnie przedostanie się na wyspy Gili, które miały być jednym z najpiękniejszych i najspokojniejszych miejsc w Indonezji.

Do Ubud faktycznie dojechali¶my póĽnym popołudniem następnego dnia, z małymi jedynie komplikacjami. W Indonezji można dojechać wszędzie i o każdej porze, o ile odpowiednio się zapłaci. Oznacza to zazwyczaj kilka do kilkunastu razy więcej niż to, co za usługę płac± miejscowi. Wyższe ceny dla przyjezdnych s± akceptowalne do pewnego stopnia, ale je¶li za bilet, o którym wiemy, że tak naprawdę kosztuje 8 000, chc± od nas „only 150 000”, twierdz±c przy tym bezczelnie, że to , „discount, specjal price, only for you”, to jest to gruba przesada.

Jest to kolejna nasza obserwacja w kwestii Indonezyjczyków: nie tylko nie wstydz± się tego, że oszukuj± białych, nie maj± też kompletnie wyczucia granicy. Gdyby zamiast 8 000 zaproponowali 12 000 - 15 000, mieliby klientów. Ale ciężko jest nie wyczuć podstępu w zachodnioeuropejskich cenach na Bali. Co gorsze, na wyspie panuje jaki¶ rodzaj powszechnej zmowy. Kierowcy zwyczajnie nie wpuszcz± cię do autobusu za zwykł± cenę. Za to jak już zapłacisz, możesz mieć pewno¶ć, że dojedziesz na miejsce. Je¶li zostawi± cię na ¶rodku drogi, twierdz±c, że niedługo przyjedzie kto¶ inny, żeby cię zabrać, to tak będzie. Do podanego czasu podróży należy tylko zazwyczaj doliczyć 20-25%.

Ubud to wbrew pozorom nie miasteczko, ale czterna¶cie wsi, które w pewien sposób zrosły się w co¶, co wygl±da jak miasto, niemniej wci±ż ma czterna¶cie różnych o¶rodków administracyjnych. W Ubud s± tysi±ce ¶wi±tyń (buddyjskich, bo Bali również wytrwało przy buddyzmie) oraz tysi±ce sklepów z – trzeba przyznać – przepięknymi wyrobami artystycznymi. Samo miejsce, przynajmniej w swojej centralnej czę¶ci, po brzegi wypełnione jest turystami.

Naszym powodem odwiedzin w Ubud były pokazy tradycyjnego balijskiego tańca. Na miejsce jakim¶ cudem dotarli¶my półtorej godziny przed pokazem, czyli wystarczaj±co wcze¶nie, żeby dostać bilety i załatwić wszelkie inne sprawy typu znalezienie noclegu.

Przedstawienie warte było wysiłku, który włożyli¶my w to, aby je obejrzeć. Cało¶ć trwała półtorej godziny i składała się z trzech czę¶ci, z których każdy opowiadał inn± legendarn± historię. Kolorowe stroje, cudaczne nakrycia gołowy i charakterystyczne robocie ruchy sprawiaj±, że ciężko pomylić ten rodzaj tańca z jakimkolwiek innym. Ciekawe do¶wiadczenie, które również dodałabym do listy punktów obowi±zkowych przy okazji wizyty w Indonezji.
Komentuj [0]


IJEN @ 2011-01-17 09:47

Indonezja jest jednym z największych supisk wulkanów na ¶wiecie, dlatego prosto z Bromo pojechali¶my obejrzeć kolejny – położony na wschodnim krańcu Javy wulkan Ijen. Z krateru wulkanu wydobywa się dym, który następnie osadza się na okolicznych skałach tworz±c żółt± warstwę siarki. Jako że Ijen nie zdarzaj± się już erupcje, okoliczna ludno¶ć trudni się wydobyciem i sprzedaż± siarki. Codziennie rano każdy mężczyzna dwukrotnie wchodzi na górę i znosi koszyki wypełnione tym minerałem. Górnicy (o ile tak ich można nazwać) dorabiaj± sobie pozowaniem do zdjęć nielicznym turystom, którzy docieraj± w to miejsce. Zrobienie im niepozowanych zdjęć graniczy z cudem, bo nawet je¶li nie masz aparatu w ręku, niemal każdy podchodzi mówi±c „photo, photo!” jak tylko cię zobaczy.

Na ogl±danie wulkanu musieli¶my być gotowi – niespodzianka – o czwartej nad ranem. Dzień wcze¶niej przyjechali¶my w okolice wulkanu wraz z inn± mocno międzynarodow± grup±. W cenę tansportu wliczony był nocleg w małym hoteliku, który z zewn±trz wygl±dał całkiem przyzwoicie, miał nawet mały basen i co¶ w stylu jaccuzi wypełnionego gor±c± wod± termaln±, ale pokoje nie przewyższały standardem i czysto¶ci± tanich chińskich hotelików czy indyjskich noclegowni ¶redniej klasy. Próbowano nas też dwukrotnie naci±gn±ć na dodatkowe pieni±dze. Dwa zero dla nas. Co ciekawe, dla miejscowych oszukiwanie turystów jest czym¶ tak naturalnym i wła¶ciwym, że nie okazuj± żadnego zażenowania, je¶li złapie się ich na kłamstwie. Kierowca próbował nam na przykład sprzedać wej¶ciówki do parku narodowego za 25 000 rupiah, najpierw twierdz±c, że już je wykupił dla wszystkich pasażerów i jest to jedynie kwestia zwrócenia mu kosztów, następnie próbuj±c nas przekonać, że je¶li będziemy sami je chcieli zdobyć, będzie nas to kosztować o wiele drożej. Skoro jednak obstawali¶my przy kupieniu biletów przy wej¶ciu do parku, bez cienia wstydu zaprowadził nas następnego dnia do kasy biletowej i towarzyszył nam, kiedy za wej¶ciówki płacili¶my wła¶ciw± cenę – 15 000 rupiah.

Wej¶cie do parku, gdzie zostawił nas kierowca i krater dzieli jakie¶ sze¶ć kilometrów. Spacer pod górę (który o tej godzinie może boleć) umilaj± wspaniałe widoki na okoliczne góry i dżunglę. W miarę zbliżania się do krateru zapach siarki unosz±cy się w powietrzu staje się coraz silniejszy, a temperatura wyraĽnie się obniża.

To, co zobaczyli¶my po dotarciu na górę, przerosło nasze oczekiwania. Ukształtowanie terenu, błekitnoniebieskie jezioro wypełniaj±ce dno krateru, kłęby dymu i żółte osady siarkowe daj± wrażenie krajobrazu z innej planety. Niesamowite miejsce, którego z cał± pewno¶ci± nie powinno się pomin±ć podróżuj±c w tych stronach.
Komentuj [0]


BROMO @ 2011-01-17 09:07

Żeby dojechać z Jogjy do parku narodowego Bromo-Tengger-Semeru, trzeba po¶więcić cały dzień na podróż. Razem z mił± par± z Holandii pojechali¶my samochodem osobowym (który oczywi¶cie miał być autobusem) jednej z firm oferuj±cych usługi transportowe. Z jakiego¶ powodu wszystkie atrakcje turystyczne w Indonezji trzeba ogl±dać bladym ¶witem, dlatego następnego dnia znów należało było być gotowym o czwartej rano. Osobi¶cie uważam, że każde z tych miejsc wygl±dałoby równie atrakcyjnie o zachodzie słońca (czy każdej innej porze dnia), ale w ten sposób musieliby¶my organizować sobie specjalny transport, a to ¶rednio się opłaca.

Na nazwę parku narodowego składaj± się trzy elementy. Bromo i Semeru to nazwy aktywnych wulkanów. Cech± charakterystyczn± Bromo jest bardzo duży krater, z którego bez przerwy wydobywaj± się kłęby szarego dymu siarkowego. Semeru to najwyższa góra Indonezji i zarazem jeden z jej najbardziej aktywnych wulkanów. Tengger z kolei jest nazw± ludno¶ci zamieszkuj±cej te okolice, która, jako jedna z niewielu grup społecznych w Indonezji wci±ż trwa przy hinduizmie (wymieszanym z dużej mierze z animizmem). Jedn± ze ¶wi±tyń hinduistycznych wzniesiono u stóp Bromo, aby móc w niej odprawiać rytuały w celu uspokojenia wulkanów. Erupcje tak czy inaczej zdarzaj± się dosyć regularnie. Ostatnia miała miejsce w listopadzie. W czasie, kiedy odwiedzali¶my park narodowy Bromo-Tengger-Semeru, cała okolica w promieniu około dwudziestu kilometrów pokryta była pyłem wulkanicznym. Nie cieszy to zapewne mieszkańców, ale dla nas, przyjezdnych, wygl±da całkiem malowniczo.
Komentuj [0]


Szingapúr @ 2011-01-10 20:58

Szingapúr talán az egyetlen olyan ország, amely saját akarata ellenére vált függetlenné. Mindez 1965-ben történt, mikor Malajzia úgy döntött, hogy meg kíván válni a kínai többségű városállamtól, amely azóta a világ egyik leggazdagabb országává fejlődött. A környező nemzetekhez képest a különbség tényleg ég és föld. Szigorú szabályok (a belépés előtt kitöltendő kis lapocskán nagy, piros betűkkel van feltüntetve, hogy a drogkereskedők halállal lakolnak), kínosan tiszta utcák és terek, pontos tömegközlekedés. A látogató egy kicsit úgy érzi, mintha Svájcba csöppent volna, amit mi nem különösebben bántunk, mert jó volt egy kicsit ilyen környezetben is lenni a tömény ázsiai élmények után. Mindenesetre, ha valakinek két hete van ezen a környéken, nem menjen Szingapúrba, mert nem sokat fog látni az igazi ázsiai életstílusból. Persze ha egyáltalán létezik ilyen.
A vonatút Kuala Lumpurból egyébként nyolc órán keresztül tart, de mivel elég későn vesszük a jegyet, fekvőhely már nem jut nekünk. Elsétálunk az első metróállomásig és nagyon meglepődünk mikor a kocsik lelassítanak a zebránál. Hiába, Indiában és Kambodzsában elszoktunk az ilyesmitől (no nem mintha Varsóban nagyon hozzá lettünk volna szokva). Két éjszakát töltünk itt, méghozzá sok idő után újra Couchsurfinggel. Egy Azhar nevű férfinél és családjánál szállunk meg, feleségét Sitinek hívják, valamint van egy kisfiuk, egy kislányuk és egy bejárónőjük, akit csak ”maid”-nek neveznek, de nem sértésből, hanem megszokásból. Azhar nincs otthon, Siti egy kicsit meglepődik, hogy délelőtt állítunk be, majd hamarosan az is kiderül, hogy ő nem sokat tud a vendégekről akit férje szervez a lakásba, ami egy kicsit kellemetlen. Ennek ellenére kedves, bár érthető, hogy nem túl boldog, hogy mi már a harmadik páros vagyunk akik aznap este náluk alszunk. Ráadásul másnap este elutazik egy hétre a Közel-Keletre, egy már rég tervezett túrára. Lehet, hogy emiatt nem bánja, no meg aztán úgy alakul, hogy két vendég végül továbbáll (lengyelek, meg azok is akik maradnak). Így ismerjük meg Lukast és Ninát, akik a Lufthansánál dolgoznak és két hétre jöttek Délkelet-Ázsiába, természetesen szinte ingyen. Utazóknak ajánlom figyelmébe a Lufthansát mit munkaadót. Este jutunk be végül a városba, ami tulajdonképpen egy modern betondzsungel, de a tervezők arra is figyeltek, hogy parkos részek, sőt egy egész nagy esőerdő is legyen, ahol még éjjeli szafari is van. Szerencsére, hozzánk hasonlóan, a helyiek is szeretik a gyomrukat, így számtalan étkezési lehetőség van, az utcai árusoktól kezdve az elegáns éttermekig minden kategóriában. Mint máshol ezen a földrészen, itt is népszerű a tésztás, csípős leves, a sör viszont drága, mint általában minden egyéb alkoholos ital.
Az egyetlen napon amit teljes egészében itt töltünk megismerjük és gyakoroljuk a városállam egyik legnépszerűbb időtöltési formáját, a vásárlást. Sok tanakodás után egy új netbookot veszünk, mert ezzel sok időt tudunk megtakarítani, mivel az utazással kapcsolatos szinte összes dolgot a neten keresztül intézzük, valamint a családokkal is így tartjuk a kapcsolatot. Elsőre kicsit túlzásnak tűnik, de hamarosan kiderül, hogy jó döntés volt. A vásárlás egyébként önmagában is élmény, nemhiába mondta valaki, hogy Szingapúr az egyetlen bevásárlóközpont, amelynek képviselete van az ENSZ-ben. Azért fél nap bőven elég az effajta élvezetekből, este el is látogatunk Little Indiába, amiről azt olvastuk, hogy zajos, piszkos és egy káosz az egész. Egy svájcinak aki életében először látogat Ázsiába, biztosan, de Kalkuttához vagy Varanasihoz képest… Azért érdemes elsétálni, valóban kaotikusabb mint a város többi része és finom indiai ételeket is lehet kapni.
Az utolsó napon mielőtt átlépnénk az Egyenlítőt megtapasztaljuk, hogy Szingapúr a sportolni vágyók paradicsoma. Egy ”kisebb” uszodába látogatunk el, ahová minden gond nélkül beengedik a külföldieket (ez mostanra már nem annyira egyértelmű), méghozzá olcsón és ezért cserébe a szolgáltatás nagyon magas színvonalú. Két nagy medencét is találunk bent, valamint a gyerekek számára is van egy pancsoló illetve számos csúszda is. December 12-én a harminc fokban, napsütésben egy nyitott medencében úszkálunk Szingapúr közepén…meg is kérdezem Magdust, hogy gondolta volna-e ezt négy éve. Persze azt állítja, hogy igen. Még jó, hogy egy okos ember is van köztünk. Este mennünk kell a repülőtérre, ami hosszú, de kényelmes út. Nem sokat láttunk ebből a kis országból (pedig mérete ellenére van azért mit megnézni és meglátogatni), de azért egy kis ízelítőt ebből a világból is kaptunk. Egy év rövid idő egy ilyen hosszú útra, a legtöbb helyen igazából csak erre van lehetőség. Viszlát északi félteke!
Komentuj [0]


Kuala Lumpur @ 2011-01-10 20:56

Közelebb Európához és az Egyenlítőhöz

Repülőtér, útlevélvizsgálat, busz a városba. Már ezekből látszik, hogy Kambodzsa után tettünk egy nagy lépést az ázsiai életmód felől az európai felé. Persze az arcok, az emberek itt is ázsiaiak. Kuala Lumpur közlekedése nem túl bonyolult, jól kiépített a metróhálózat és monorail (egy sínpályás vasút ami betonoszlopokon szeli át a várost az autók és buszok felett). A Hostel Cosmopolitanban kapunk szállást egy tízágyas szobában ahol egyből beszédbe is elegyedünk egy hollanddal egy amerikaival meg még pár másik vendéggel. Az szabadság és lehetőségek hazájából származó lakótársunktól egyből hasznos információkat tudunk meg, például azt, hogy nem Ázsiában nem illik az embernek a lábát idősebbek felé mutatni illetve azt a felfedezését is megosztja velünk, hogy itt olcsóbban tud élni mint otthon. Magdus ennek tudatában nyugodtan le is fekszik én pedig elmegyek körülnézni a közeli piacon. No, egy lépés vissza Ázsia irányába, habár itt valahogy sikerül távol tartani a legyeket a húsoktól és a halaktól (ez például Indiában nem sokszor sikerült) amelyekből hatalmas a választék. Trópusi gyümölcsök áradata mindenfelé, sok olyan van amilyet még nem is láttam korábban, ismeretlen fűszerek és olajok valamint teát áruló üzletek vannak mindenhol. A kis ”éttermek” sem maradnak el, eszem is egy zöldséges tésztát az egyik helyen, majd sétálgatok egy keveset mialatt kiderül, hogy nem csal élelmiszert, hanem rengeteg más dolgot is meg lehet itt kapni.
Mikor Magdus felébred újabb sétát teszünk, megkóstoljuk az egyik helyi jellegzetességet, a nasi lemakot, ami kókusztejben főtt rizs sült csirkével, füstölt szardíniával, pörkölt földimogyoróval és csípős szósszal. Malajziában – mint mindenhol máshol Ázsiában – az evés központi téma. Az utcákon rengeteg a mozgóárus ahol zöldséges rizstől kezdve, sülteken keresztül a levesekig sok helyi ételt lehet kapni, de a nagyobb városokban – úgy mint Kuala Lumpur is – a világ szinte összes országa jelen van az éttermi palettán és aki éhes, az a nap bármely órájában talál valami harapnivalót.
Malajzia fővárosában egyébként nincs túl sok olyan dolog amit valóban turistalátványosságnak lehetne nevezni, de az utca forgataga, a piacok és a különböző városrészek hangulatai miatt érdemes ellátogatni ide. Itt található például a Petronas Ikertornyok nevű épület, ami valamikor a világ legmagasabb építménye volt. Két különböző cég építette a két tornyot amelyeket a negyvenegyedik emeleten híd köt össze. A két építtető között verseny alakult ki amit végül a dél-koreai vállalkozó nyert meg annak ellenére, hogy később kezdte el a munkálatokat. Az egyik torony egyébként pár milliméterrel ferdébb mint amilyennek lennie kellene, de ezen kívül a két torony teljesen egyforma (már legalábbis a külsejük). Háromféle látogatási lehetőség közül lehet választani: az első csak a hidat foglalja magában, a második az egyik toronyban tett látogatást is, míg a harmadik egy ebédet is tartalmaz a Petronas klubban (a Petronas a malajziai olajtársaság). Jegyek az épület alagsorában kaphatóak, aki csak a hidat szeretné látni annak érdemes jóval nyolc előtt érkeznie, mert a jegyeket csak a látogatás napján lehet megvenni és a helyek gyorsan elfogynak. A második és harmadik fajta belépőt három nappal előre lehet megvásárolni.
Mivel már hiányzik India, ellátogatunk a Little India nevű városrészbe, ahol az utcák talán még színesebbek mint máshol Kuala Lumpurban. Az árusok stílusa és agresszivitása persze meg sem közelíti az általunk korábban tapasztaltakat, de azért egy kis helyi étteremben jót ebédelünk (itt halat is merünk választani, nem kell igazán aggódni a különböző elkapható gyomorbetegségek és állatok miatt). Aztán útban a Merdeka (Szabadság) tér felé egy másik helyi jellegzetességet is megtapasztalunk: a hirtelen kitörő vihart. Először csak lassan, de kövér cseppekben esik az eső, majd hirtelen leszakad az ég és mi (sok helyivel egyetemben) a monorail sínpályája alá menekülünk azzal, hogy hamarosan úgyis eláll. No, ez nem pont alakul így. Fél óra elteltével még mindig zuhog és az úttest lassan kisebb folyóvá alakul át. Végül elszánjuk magunkat és elindulunk haza, és egy kisebb kitérő után megérkezünk a Cosmopolitanba.
Sajnos a Petronas Ikertornyokba végül nem sikerül bejutnunk (nem működnek az újságírói igazolványok sem amelyekkel a kalkuttai filmfesztiválra gond nélkül kaptunk jegyeket), így sétálunk, vonatozunk, meglátogatjuk a kínai városrészt és általában élvezzük a város hangulatát. Kuala Lumpurt talán ezért a legérdemesebb meglátogatni. Este elindulunk a pályaudvarra, mert éjszakai vonattal megyünk tovább Szingapúrba, de előtte még megkérdezzük a recepcióst, hogy miért rövid itt sok macskának a farka? A válasz (kicsit irritáltan, mivel minden európai ezt kérdezi): kérem ez genetikus dolog, az itteni emberek túl sokat dolgoznak és nincs idejük arra, hogy levagdossák a cicák farkát. Megnyugodva megyünk utunkra.
Komentuj [0]


Phnom Penh @ 2011-01-10 20:55

Kínzóbörtön, gyilkos mezők és egy kávé a folyóparton

Őrült sofőrök, tégladobálók, fegyveres bűnözők, táskatolvajok. Nem sok jót olvastunk Phnom Penhről ideérkezésünk előtt, így mivel már sötétedik mikor leszállunk a buszról, gyorsan szállást keresünk, megvacsorázunk és eltesszük magunkat holnapra. Visszatérve a figyelmeztetésekre: az elmúlt évek során egyre többször fordult elő a folyóparti sétányon, hogy egy autó lehúzott ablakából téglával dobtak meg külföldieket. Az ok nem teljesen tiszta, mert mindez provokáció nélkül történik és a kocsi a történtek után gyorsan elhajt. A fegyveres rablás sem ismeretlen Phnom Penhben, valamint a motoros táskarablás is népszerű, amiben az a legnagyobb veszély, hogy az áldozatkönnyen az úttestre eshet ahol elüthetik a járművek. Persze azért nem kell túlzottan félni, csak jobb ha tud ezekről a dolgokról az ember és odafigyel rájuk. Az egyetlen teljes napon amit a fővárosban töltünk ellátogatunk Tuol Sleng (S-21-es) emlékmúzeumba és a gyilkos mezőket is megnézzük. Előbbi egy erre a célra átalakított középiskolában van, ahol Pol Pot katonái és ügynökei tartották fogva és kínozták áldozataikat, avagy a rendszer ellenségeit. Uralmuk közel négy esztendeje alatt a lakosság egynegyedét irtották ki, ami több mint kétmillió embert jelent. 1975-ben vették át a hatalmat, ezt az esztendőt kikiáltották a saját naptáruk kezdő évének, majd elkezdték a módszeres tisztogatást, főleg az értelmiség körében. Már az is bűnnek számított, ha valaki szemüveges volt vagy beszélt valamilyen külföldi nyelvet. Céljuk egy teljesen öelllátó agrártársadalom kialakítása volt így a városi lakosokat ”újranevelő ” táborokba küldték ahol rengetegen haltak meg éhezés és betegség miatt, valamint egész családokat tettel el láb alól, félve attól, hogy a túlélők majd megbosszulják szüleiket. Tuol Slengben a börtöncellákat és kínzókamrákat lehet végigjárni amelyek az áldozatok fényképeit és egyéb adatokat tartalmaznak. Az egész megdöbbentő, ugyanakkor elég kaotikus is, mert a fényképek és szövegek elhelyezésében nincs különösebb rendszer és sajnos az angol fordítás is elég gyenge. Ezt egyébként máshol is tapasztaljuk és nem igazán értjük, hogy miért van, mikor manapság nem lenne túl nehéz egy normális fordítót szerezni. A múzeum után túk-túkba ülünk és elmegyünk Choeung Ek-be, hogy megnézzük a gyilkos mezőket ahol a Pol Pot rezsim a kivégzések nagy részét végezte. A csendes, fákkal tarkított terület közepén emléképület áll, amelyben az itt megtalált koponyák és csontok vannak elhelyezve. Egy rövid filmet is meg lehet nézni a közeli múzeumban, ami érdekes, de sajnos nem túl jó minőségű. A Vörös Khmerek rémuralmáról és egy értelmiségi család életéről (és haláláról) szóló könyvet is elolvasunk, aminek címe ”First They Killed my Father”. Luong Ung írta, aki kislányként élte meg Pol Pot uralmának borzalmait. A könyv magyar fordításban sajnos nem kapható. Délután elmegyünk Phnom Penh belvárosába a folyópartra, ahol sok kis étterem és kávézó található, gyakran francia stílusban (Kambodzs francia fennhatóság alatt állt függetlenségét megelőzően). Itt megiszunk egy kávét, sétálunk egy kicsit, félünk egy sort a repülő téglák miatt, de nem támad meg minket a kutya sem, majd visszatérünk a szállásunkra. Másnap korán reggel kelünk, egy néninél veszünk friss, meleg baguett-et és rövid alkudozás után túk-túkkal kivitetjük magunkat a reptérre. Itt még be kell hogy fizessük a felszállási adót, de hamarosan már a gépen vagyunk, elhagyjuk Kambodzsát és pár óra repülés után Kuala Lumpurban landolunk.
Kambodzsában is sokat láttunk és tapasztaltunk, összességében érdekes ország, de a levegőben érezni a feszültséget és szomorúságot amely még harminc év elteltével is emlékeztet a Vörös Khmerek által elkövetett kegyetlenségekre. A következő generáció talán majd le tudja zárni a történelem ezen fejezetét.
Komentuj [0]


Kratie @ 2011-01-10 20:53

Babaavató az édesvízi delfinek közelében

Meglepődünk, mert másnap a több mint tíz órás utunk alatt nem történik semmilyen incidens, azaz nem akarnak borravalót a végén és a buszt is könnyen megtaláljuk amelyre félúton kell átszállnunk. Kratie észak-keletre van Angkor Wattól a laoszi határ irányába és az édesvízi Irrawady delfinekről ismert amelyek itt élnek a legnagyobb számban a Mekongban. Ezeknek az állatoknak Kínában, a Sárga-folyóban is vannak rokonaik, de már valószínűleg kipusztultak a szennyezés miatt. Kínában persze ez nem meglepő. Első napunkat az információs irodában kezdjük, ahol mindenre válaszolnak csak arra nem amit kérdezünk (ez egyébként nem meglepő, Ázsiában sok helyen tapasztaljuk, hogy az embereknek komoly problémát jelent az, hogy meghallgassák a másikat). Azért még néhányszor lefotóznak minket az irodában csak a reklám kedvéért, majd végül annyira eltelik az idő, hogy ezt a napot inkább pihenéssel töltjük.
Másnap bicikliket bérlünk és egy kis tekerés után átkompozunk a Mekong túloldalára (tényleg hihetetlenül hatalmas ez a folyó) ahol elindulunk felfedezni a környéket. Északnak vesszük az irányt, földúton haladunk, kis falvak és különféle ültetvények mellett visz az utunk, de egy idő után eltévedünk és visszafordulunk. Már eléggé éhesek vagyunk mire beérünk a kompkikötő előtti faluba, valami harapnivalót keresünk, mikor meglátjuk, hogy a falu egyik terén asztalok állnak, szól a zene és fel van díszítve minden. Egy néni már jön is és visz minket az eseményre ami kiderül, hogy babaavató. Úgy szokás itt, hogy mikor gyerek születik a faluban ünnepséget rendeznek amire mindenki meg van hívva, szól a zene, van étel-ital és rengeteg ember. Ennek a közepébe csöppenünk be mi is, megetetnek, majd adunk tíz dollárt a baba családjának. A szervezőnő megkér, hogy hozzak már sört (ez még nagyjából rendben is van). Egy helyi sráccal indulok el beszerezni az itókát, viszont nem lehet ám egyből visszamenni a bulira, mert a családja behív a házukba. Ez elég szimpatikus, egészen addig míg megjelenik a nagypapa és mondja, hogy adjak neki öt dollárt. Na, megint a bőrszín, megint azt hiszik, hogy gazdag vagyok. A helyi srác is kényelmetlenül érzi magát (ő teljesen normálisan áll hozzánk), így hamarosan visszatérünk az avatóra és elindulunk kompot keresni. Bizony, csak eddigre már besötétedett és nem könnyen találjuk meg a kikötőt, meg lehet, hogy az utolsó hajó is elment már. Végül találunk egy néhány helyit akik (persze tíz dollár ellenében) átvisznek a túlpartra a sötét Mekongon keresztül.
Utolsó itteni napunkon újra biciklire szállunk és észak felé indulunk. Tizenöt kilométert utazunk kis falvakon keresztül (jellemző, hogy az utak mentén szinte nincs üres telek, végig be van építve minden házakkal, boltokkal). A facölöpökön álló házak és viskók mögött rizsföldek terülnek el, banánfák állnak és persze az elmaradhatatlan kókuszpálmából is sok van. Kora délután ülünk csónakba amellyel kihajózunk a Mekongra, a delfinek lakóhelye közelébe. Azt gondoljuk, hogy talán egy-két példányt látunk majd a hatvan perc alatt, de kellemesen csalódunk, mert szinte minden percben feltűnik egy állat szürke háta a víz felszínén. Fotózni ugyan nem könnyű, de azért sikerül párszor lekapnunk egy-egy delfint amint feljön levegőért. Este, már sötétben érünk vissza a szállásunkra ahol hamarosan le is fekszünk, mert másnap utolsó kambodzsai állomáshelyünkre utazunk: Phnom Penhbe, a fővárosba.
Komentuj [0]


A Thai-Kambodzsai határ, Siem Reap és Angkor Wat @ 2011-01-10 20:52

Vízumcsalók, néhány pofon és a világ hét csodájának egyike

Reggel indulunk a szárazföldre ahol egy kisbuszba ülünk át és megkezdjük kalandos utunkat a kambodzsai határ felé. Elég sokat olvastunk a vízummal kapcsolatos csalásokról, így nem lepődünk meg mikor egy étterem mellet állunk meg ahol először segítőkészek a helyiek és azt mondják, hogy csak töltsük ki itt a vízummal kapcsolatos papírokat. Az ár 40 dollár. Tudjuk, hogy valójában ennek a felét kell fizetni a határon amit meg is mondok a sofőrnek és az éttermeseknek és persze a velünk utazó többi fehérnek is (összesen kilencen vagyunk) akik egyetértenek abban, hogy ne itt csináltassuk a vízumot. Erre a sofőr közli, hogy akkor ő nem visz tovább minket, azonnal szálljunk ki a buszból. Húsz percen keresztül győzködjük egymást, mi mondjuk, hogy ha visszaadják a pénzünk felét már itt sem vagyunk, de erre nem hajlandóak. A végére a sofőr feldühödik és párszor megüt (no, csak úgy egészen finoman, provokálásként, mivel a környék az ő ismerőseivel van tele). Nehéz türtőztetni magamat, de nem ütök vissza, mire ő eltűnik (Thaiföldön nagy szégyennek számít az ha valaki elveszíti az önuralmát), a többi utas beijed és kitölti a vízumpapírokat mi pedig kiszedjük a cuccainkat a buszból, fogunk egy túk-túkot és elindulunk a határ felé. Ez a sofőr is megpróbál minket egy barátjához vinni aki „természetesen hivatalosan” vízumot tud nekünk adni, de mi azonnal mondjuk neki, hogy a valódi határhoz vigyen. Itt nagyjából a normális áron kapjuk meg a belépésre jogosító engedélyeket (bár az egyik egyenruhás még kér tőlünk egy kis pluszpénzt kávéra amit persze mi megtagadunk, így nem erősködik tovább). A határon még feljelentjük a sofőrt és a céget (az soha nem fog kiderülni, hogy ennek mi lett az eredménye), majd végre átérünk Kambodzsába. Itt persze egyből mindenki vállalkozik arra, hogy elvisz minket ahová csak akarjuk, végül egy ingyenes busszal megyünk ki a buszpályaudvarra, ahol persze kiderül, hogy azért nem kellett fizetnünk a járatért, mert ez is egy trükk, busz nincs, drága taxi viszont igen. Kezd elegünk lenni, de szerencsére van itt egy még nálunk is dühösebb cseh aki addig kiabál (persze mi is mondjuk a magunkét), hogy végül visszavisznek a határig ahol egy német és egy új-zélandi társaságában fogunk egy taxit és két óra múlva Siem Reap-ben szállunk ki, ami Kambodzsa talán leglátogatottabb városa, Angkor Wat közelsége miatt. Három éjszakára ütünk itt tanyát egy elég jó szállodában (értsd: van meleg víz és tiszta az ágy). Másnap sétálunk a városban, biciklizünk egy kicsit (a sok kocsi és semmilyen szabályt nem követő sofőrök miatt ez nem túl kellemes), majd este túk-túkot bérlünk amelyik kivisz minket Angkor Wathoz, hogy megnézzük a naplementét (a jegy nem olcsó, egy napra 20 dollár – Kambodzsában rielnek hívják a helyi fizetőeszközt, de mivel nem túl stabil, a dollárt párhuzamosan használják vele olyannyira, hogy a bankautomaták is az Egyesült Államok fizetőeszközét adják ki). A belépő – mivel öt után vesszük – másnapra is érvényes, így nem is sokat maradunk, csak éppen egy kicsit sétálunk és már megyünk is vissza Siem Reap-be.
Utolsó itteni napunkon korán kelünk és sötétben biciklizünk ki Angkor Wathoz, mialatt turistákat szállító buszok és túk-túkok haladnak el mellettünk. Sajnos egy kicsit felhős az ég ezért nem sokat látunk a napfelkeltéből, de a látvány így is lenyűgöző. Ezután biciklire ülünk és a délelőtt és kora délután során bejárjuk a környéket, sok kis templomot megnézünk, találkozunk gyerekekkel akik magyar forintot akarnak váltani nálunk (ez is egy trükk, a kölykök azt mondják a turistáknak, hogy érméket gyűjtenek, mire azok persze adnak nekik egy párat hazájuk pénzéből. Mikor a gyerek legközelebb ebből az országból származó emberrel találkozik, az mondja, hogy egyszer valamiért így fizettek neki és most szeretné beváltani a pénzt dollárra vagy rielre. Erre egy példa az volt, hogy mikor egy kislánynak egy korábban kapott cseh ötkoronást akartam adni – mivel ő gyűjtő – meglátta az angol fontot ami ugyancsak nálam volt és egyből azt követelte. A végén meguntam és nem kapott semmit). Egyébként kezd már elegünk lenni abból, hogy szinte egész Ázsiában sétáló pénzeszsáknak nézik a fehéreket. Ez a bőrszín itt az jelenti, hogy az ember nagyon gazdag és az a kötelessége, hogy adjon, adjon és adjon a helyieknek. Egyedül azt nem értik sokan, hogy Európában sem kolbászból van a kerítés és rengeteget kellet dolgoznunk és félretennünk ahhoz, hogy most itt lehessünk, és sok helyivel ellentétben nekünk nincs se házunk, se motorunk, se kocsink, se üzletünk. Ezt próbáljuk néha elmagyarázni, de még az értelmesebbnek tűnő emberek közül sem sokan értik meg amit mondunk. A biciklizés egyébként nagy élmény, mindenkinek tudom ajánlani, hogy ha teheti így fedezze fel Angkor Watot mert ezáltal kis falvakat és rizsföldeket is láthat, ami a túk-túkos változatnak nem (mindig) része. Délután megyünk vissza Seam Reap-be, megvesszük másnapra a buszjegyet és hamarosan már alszunk is mert újra korán kell majd kelnünk.
Komentuj [0]


Koh Mak @ 2011-01-10 20:49

Kókuszpálmák, tengerpart, faházak: tizenegy nap egy utazási katalógus fényképei között

Reggeli kelés. Korai busz. Morcos Magdus (mint mindig ha korán kell kelni). Mindezt nem bánjuk, mert ma reggel indulunk a Koh Mak-ra, ahol a sok fárasztó ”munka” után végre kipihenjük magunkat. A buszból Magdus még lefényképez egy néhány rózsaszínű taxit, majd pár óra buszozás után megérkezünk Laem Ngopba ahonnan motorcsónakkal vagy ”lassú hajóval” lehet eljutni erre a kis szigetre amely Koh Changtól délre fekszik (Koh Chang nagyobb, ismertebb sziget a környéken). Még van egy kis időnk mielőtt megkezdjük az átkelést, nosza el is megyünk meginni egy gyümölcsturmixot (ezt itt nagyon jól csinálják, az egyik kedvenc italunkká válik thaiföldi tartózkodásunk végére).
A hajó egy órányi út után köt ki Koh Mak dél-nyugati részén (a sziget nagyjából kereszt alakú, tíz kilométer hosszú és nyolc kilométer széles) ahol barátságos helyiek várnak ránk és kínálják a különféle szállásokat, de egyáltalán nem tolakodva. Pár perc múlva egy kisteherautó platóján találjuk magunkat és már robogunk is egyik szállástól a másikig (alaposan körülnézünk mivel sok időt töltünk el itt). Négy vagy öt helyet látogatunk meg majd a Koh Mak Cottage nevű létesítmény mellett döntünk ahol kis, egyszerű faházban lakunk majd, hideg vizes zuhanyzóval (melegre itt nem nagyon van szükség) és – mint később kiderül – még háziállatokat is kapunk. Egy hatalmas pók jelenik meg bemutatkozásképpen, majd előbújnak a hangyahadak és az elmaradhatatlan szúnyogfelhők és nagy örömünkre mikor este megjövünk egy kis denevér lóg fejjel lefelé a plafonon. Ja, és persze ne feledkezzünk meg a gekkókról sem akik Nepál óta mindenhol jelen vannak és rendületlenül falják a rovarokat. Azért mindez ez nem nagy ügy, szúnyogháló is jár ám a szobához amit használunk is minden éjjel.
Pihenés, lustálkodás, semmittevés! No azért nem teljesen, mert sok minden történt ezalatt a közel két hét alatt. Mivel az utazás alatt sem akarjuk elhanyagolni a sportot, már második nap találtunk egy kicsi, de jól felszerelt konditermet amit egy svájci-thaiföldi pár üzemeltet egy hangulatos étteremmel egyetemben (az itteni párok nagy többségének női része a helyi lakos). Azután a szigeten rengeteg a kókuszpálma valamint a kaucsukfa, így ha gumiabroncsot nem is tanulok meg készíteni, de Joe (a szállásunk mindenese) megtanít arra, hogy hogyan kell szakszerűen feltörni egy kókuszt (nem is annyira egyszerű dolog), így minden nap gyakorlom is új tudományomat (bár egyik délután egy kutya ellopja a frissen feltört gyümölcs egyik felét, Magdus meg hagyja). Ha már Magdusról esik szó: elhatározta, hogy búvárkodni fog, és talál is egy iskolát a szigeten ahol beiratkozik egy négynapos tanfolyamra. Az első nap elmélettel és partmenti gyakorlatokkal telik, de annyira ügyes ez a lányka, hogy a második elméleti nap helyett egyből hajózni viszik, ahová én is elmegyek. Egy kisebb járgánnyal szállunk vízre öt másik ember társaságában, Magdus kétszer merül én pedig egy pipát és egy nagy búvárszemüveget kapok, amivel jól megnézem a víz alatti élővilágot. A tengeri sünökből rengeteg van, jóval hosszabb tüskéik vannak mint földközi-tengeri rokonaiknak, látok sok színes halat és korallcsoportokat is. Hihetetlen milyen változatos a víz alatti élővilág! A környezet egyébként is gyönyörű, valóban olyan mint amit az utazási katalógusokban látni. A kókuszpálmákkal szegélyezett fehér homokos part pár méternyire van a házikónktól, kristálytiszta a langyos, kék tenger és a vízre néző éttermekben függőágyban ringatózva lehet inni a gyümölcskoktélt. No, de nem is szaporítom a szót, inkább mindenki menjen el és lássa meg maga!
Magdusnak úgy megtetszik a búvárkodás, hogy még elefántogolni is elmegyünk egy fél napra. A hatalmas állat nyakában egy idomár ül, mi pedig egy kosárban a hátán, legalábbis addig, míg az állat nyaka fel nem szabadul (a gyerek leszáll fényképezni). Ekkor Magdus lép elő idomárrá, előrébb ül és majdnem le is esik, de hát ő akarta. Utunk során még a vízbe is belegázolunk itt-ott, amit az elefánt is élvez, olyannyira, hogy le is fröcsköli magát az ormányával, persze elfelejtve azt, hogy mi meg rajta ülünk.
Két bulin is részt veszünk míg Koh Makon vagyunk. Első este egyből a szezonnyitó ünnepség közepébe csöppenünk amit a Koh Mak Resort-ban tartanak és ajándékba adják a vacsorát. Ezen kívül van hosszú, romantikus móló, tűzforgató bűvészek és sok-sok helyi és külföldi. Egyébként pont jókor Vagyunk itt, mert decemberben kezdődik a szezon és a turisták számával egyenes arányban nőnek az árak (a szállásért például nagyjából 1600 forintot fizetünk ketten egy éjszakára). A másik nagy esemény a Loi Krathong. Ez Thaiföld egyik legfontosabb (buddhista) ünnepe és a holdnaptár szerinti tizenkettedik hónapban a telihold éjszakáján ünneplik. Ilyenkor a helyiek banánlevélből kis kosárkákat készítenek amelyekbe virágokat helyeznek el és füstölőket valamint gyertyákat gyújtanak és az egész kis ”hajócskát” a vízre bocsátják azt remélve, hogy a balszerencséjük így elúszik tőlük (gyakran át egészen Kambodzsába, ahol idén sajnos több mint négyszáz ember halt meg Phnom Penhben egy hídon ahol agyontaposták egymást az ünneplők). A sziget legnagyobb mólóján történik minden, a taxis gitározik, a gyerekek, nők és férfiak szépségversenyt rendeznek és még a látogatók közül is emelik a hangulatot egy páran (egy svéd lány akivel Magdus búvárkodott például Cranberries-t énekel). Persze jelen vannak az elmaradhatatlan ételárusok, a sziget szinte összes étterme kiköltözik ide ilyenkor, folyik a sör és remek hangulatban telik el az este. A telihold által megvilágított tengerparton sétálunk haza. Nagyon romantikus, csak a kóbor kutyákat kell bambuszrúddal elkergetni. Egyébként élőzenében nincs hiány, mert a Monkey Island nevű lokálban (ami étterem és szálláshely is egyben) minden este Tee Happy Man & Friends játszanak reagget, ráadásul ugyanazokat a számokat. Ennek ellenére megunhatatlan.
A tahi konyha is ízlik, bár Magdusnak nem annyira mint az indiai. Ez a sok tengeri állat feltálalása miatt lehet (nem szereti ha a fogásnak a szeme is a tányéron van). Egyszer vacsorára tengeri tálat rendelek (érdemes itt frissen és jóval olcsóbban kipróbálni az ilyen finomságokat), amin egy nagy hal, kétfajta rák, és kagylók vannak. Hatalmas és finom. Muszáj sört inni hozzá. Bor lenne a legjobb, de Ázsiában nem nagyon találni, vagy ha igen, az biztosan import.
Az utolsó három napra átköltözünk az Island Hut nevű helyre, ahol nem pár méterre vagyunk a parttól, hanem ahogy kilépünk egyből a homokban van a lábunk. Itt is szúnyogháló van az ágy fölött és a korábban említett háziállatok közül csak denevérünk nincsen. Végül az utolsó pár nap is eltelik és búcsút veszünk ettől a csendes földi paradicsomtól, motorcsónakba ülünk és megkezdjük utunkat Angkor Wat felé
Komentuj [0]


SYLWESTER @ 2011-01-05 15:15

Spędzili¶my go w Jogjy, włócz±c się po ulicach. Zamiast tego chcieli¶my wej¶ć na wulkan Merapi. Okoliczni przewodnicy oferuj± nocny trekking, pocz±tek ok. 22:00, a następnie kilka godzin marszu tak, aby znaleĽć się na szczycie przed wschodem słońca. Merapi okazał się jednak być nieco zbyt aktywny, więc pomysł musiał upa¶ć.

W sylwestrowy wieczór trafili¶my na koncert uliczny z udziałem mieszkańców starej czę¶ci Jogjy. Kilku mężczyzn z instrumentami siedziało na czym¶ w rodzaju ganku i grało. Osoby na wokalu zmieniały się co chwilę. Po skończonym utworze po prostu kto¶ z osób siedz±cych w okolicy wstawał i zaczynał ¶piewać, a kapela mu wtórowała. Czasami była to nawet osoba przechodz±ca ulic±, któr± kto¶ zawołał i zaprosił do wzięcia udziału. Do ¶piewania zaproszono także nas, ale my, beztalencia, woleli¶my słuchać. Muzyka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła, przypominała raczej klimaty latynoamerykańskie niż azjatyckie. Dobry sposób na spędzenie ostatniego wieczoru w roku.

Nieco przed północ± poszli¶my na Malioboro, ulicę, na której zebrał się tłum ludzi, żeby wspólnie przywitać Nowy Rok. Puszczali mnóstwo fajerwerków i cieszyli się przy tym jak dzieci. Przed dwunast± nie było żadnego odliczania, a dziesięć minut po północy było po wszystkim. Koniec imprezy, ludzie rozeszli się do domów, a ulicę znów otworzono dla samochodów.

Pospacerowali¶my jeszcze jaki¶ czas po mie¶cie, poszli¶my spróbować lokalnego specjału – kopi jus – rodzaju kawy podawanej z gor±cym węglem wrzuconym do szklanki i, o nieprzyzwoicie jak na Sylwestra wczesnej godzinie, wrócili¶my do naszego pokoju.
Komentuj [0]


JOGJAKARTA I BOROBUDUR @ 2011-01-05 15:11

W kwestii transportu zniosłam już w Azji wiele. Wytrzymałam nieludzki tłok w nepalskich autobusach, syf, plucie i palenie w autobusach w Chinach, nie narzekałam na najniższ± klasę w poci±gach w Indiach. Ale s± granice, a poci±g z Jakarty do Jogjakarty (klasa ekonomi, w dzień po meczu finałowym Malezja-Indonezja o puchar Azji Południowo-Wschodniej) je przekroczył.

Na biletach mieli¶my numery siedzeń. Naszego miejsca nie zobaczyli¶my, bo nie dopchali¶my się w jego pobliże. Nie udało nam się nawet wepchn±ć do naszego wagonu. Po kilku minutach starań Peter stał na górnym schodku, ja w połowie wystawałam z poci±gu, a za mn± było jeszcze kilku bardzo chc±cych wsi±¶ć facetów.

Spróbowali¶my w innym wagonie. Udało nam się dostać do ¶rodka, ale co z tego, skoro nie było miejsca na to, żeby chociażby zdj±ć plecak, nie mówi±c już o tym, żeby np. na nim usi±¶ć. Przejechali¶my trzy stacje, na każdej wpychał się nowy tłum pasażerów oraz kilku handlarzy sprzedaj±cych wodę, tandetne zabawki i papierosy, które pasażerowie przy trzydziestoparostopniowym upale oczywi¶cie palili w poci±gu. W pewnym momencie znaleĽli¶my się po¶rodku wagonu, z tłumem pchaj±cych się i wrzeszcz±cych ludzi z jednej i tym samym z drugiej strony. Wszyscy chcieli przej¶ć, nie wiadomo, po co ani którędy, popychali nas i siebie nawzajem. Powiedziałam do¶ć. Dziewięć godzin w takich warunkach to przegięcie. Po długiej walce wydostali¶my się z poci±gu. Na szczę¶cie byli¶my wci±ż jeszcze w Dżakarcie.

Wrócili¶my na dworzec, kupili¶my bilety na, niestety, najwyższ± klasę i pojechali¶my kilka godzin póĽniej. Czekaj±c na nasz drugi poci±g, zobaczyli¶my kilka innych, równie załadowanych składów, z ludĽmi wystaj±cymi z drzwi i okien oraz siedz±cymi na dachach poci±gów.

Jogjakarta, czy inaczej Yogyakarta, nazywana najczę¶ciej po prostu Jogj±, to najczę¶ciej odwiedzane przez turystów miasto Javy. Nazwa Yogyakarta odnosi się zarówno do miasta, jak i do całego regionu, który z kolei należy do kilku nielicznych miejsc w Indonezji, w których wci±ż panuje sułtanat.

Do Jogjy dojechali¶my o 2:00 rano. Nie było sensu wydawać na nocleg, z plecakami pojechali¶my więc do Borobudur, oddalonej o półtorej godziny jazdy od miasta starożytnej buddyjskiej ¶wi±tyni, która uznawana jest za największ± tego typu budowlę na ¶wiecie. Borobudur stylem przypomina Angkor Wat i, choć jest jedynie pojedyncz± ¶wi±tyni±, a nie zajmuj±cym setki kilometrów kwadratowych kompleksem, zaryzykuję stwierdzenie, że robi od niego większe wrażenie, a to w dużej mierze za spraw± dobrego zakonserwowania i swojego rewelacyjnego położenia. Z Borabudur roztacza się widok na czynny wulkan Merapi oraz okoliczne wzgórza, oddzielone od ¶wi±tyni puszcz±, która, najwyraĽniej, wiecznie pokryta jest mgł±.

Spokojny spacer po Borobudur utrudniaj± całe wycieczki szkolne poluj±ce na białych. W szukaniu Europejczyków i Amerykanów do zdjęć pomagaj± dzieciom wychowawcy i nauczyciele. Peter w pewnym momencie zrobił sobie karteczkę „Zdjęcie z białym – 1000 rupiah, trzy - 2500”, a jednej grupie w zamian za pozowanie kazał za¶piewać jak±¶ ludow± piosenkę. Za¶piewali. A my jeste¶my na kolejnych kilkudziesięciu – je¶li nie kilkuset – zdjęciach.
Komentuj [0]


BOŻE NARODZENIE W DŻAKARCIE @ 2011-01-03 04:49

Wstępny plan zakładał, że w Dżakarcie wynajmiemy mieszkanie na dwa tygodnie. Minęło prawie pół roku od naszego wyjazdu z Warszawy, dłuższy postój idealnie zbiegał się ze ¶więtami i Sylwestrem. Na to, dlaczego nasz plan uległ zmianie, złożyły się dwa powody.

Po pierwsze – cena. Nie mogli¶my znaleĽć niczego sensownego. Po drugie – po drodze zd±żyli¶my umówić się na wolontariat w Australii. Je¶li nic nie stanie nam na drodze, przez dwa tygodnie będziemy robić wino z owoców tropikalnych w Port Douglas w Queensland. W zamian za pracę dostaniemy wyżywienie i prywatn± przyczepę. A skoro zatrzymamy się w jednym miejscu na tyle czasu, nie ma większego sensu robić dłuższego postoju na chwilę przed.

Na Samosir specjalnie wybrali¶my o¶rodek z wi-fi, żeby móc znaleĽć w końcu jakie¶ miejsce w Dżakarcie. Wieczorem, ostatniego dnia na wyspie, napisali¶my do Davida, chłopaka z CS, którego znali¶my po¶rednio przez Ninę i Łukasza, parę, która razem z nami mieszkała u Azhara i Siti w Singapurze. Zwrócili¶my się do Davida maj±c nadzieję, że może on, jako osoba mieszkaj±ca w Dżakarcie, będzie nam w stanie co¶ podpowiedzieć. Sami musieli¶my się w końcu ograniczać do angielskojęzycznych ogłoszeń.

David odpowiedział nam po 10 minutach, że tak, owszem, już znalazł. Pensionat niedaleko miejsca, gdzie sam mieszka. Tanio i z dostępem do dzielonej kuchni. Może nie było to to, o co nam chodziło, ale brzmiało lepiej niż brudne hoteliki z Jalan Jaksa, które mieli¶my okazję obejrzeć podczas naszej pierwszej wizyty w mie¶cie.
David odebrał nas z dworca autobusowego póĽn± noc± i o¶wiadczył, że jest mały problem. W pensjonacie się rozmy¶lili. Jednak nie chc± obcokrajowców. Zaproponował, że możemy przespać noc u niego i że poszuka innego miejsca następnego dnia. Następnym dniem był dwudziesty trzeci grudnia, a my wci±ż chcieli¶my przygotować się spokojnie do ¶wi±t: znaleĽć europejskie produkty, ugotować, kupić prezenty.

Z samego rana David zabrał nas do innego pensjonatu. Miejsce odpadło głównie ze względu na fakt, że miało jedno jednoosobowe łóżko. Nienajlepszy wybór, je¶li celem pobytu jest wyspanie się i odpoczęcie. Z drugim, nieco droższym, wszystko było ok. Umówili¶my się na cenę, wprowadzili¶my się z rzeczami do pokoju i Peter poszedł do biura zapłacić. Po półgodzinie wrócił. Rozmy¶lili się, jednak nie chc± wynajmować na tydzień. Wol± na cały miesi±c.

Trzecie miejsce, nieco droższe od drugiego, nadawało się zupełnie nieĽle. Dogadali¶my się osob± odpowiedzialn± za wynajem, która przy nas dzwoniła do szefa, żeby upewnić się, czy aby na pewno nie ma problemu w tym, że jeste¶my z Europy, i czy można wynaj±ć na tydzień. Wpuszczono nas do pokoju, ja zajęłam się rozpakowywaniem plecaków, a Peter poszedł szukać ATMu, żeby wyci±gn±ć pieni±dze.

Wrócił po jaki¶ 45 minutach. Rozmy¶lili się. Cena, któr± nam podali nie jest jednak za tydzień. Byłaby za tydzień, gdyby chodziło o jedn± osobę, ale nas jest dwoje. Więc to cena za sze¶ć dni. Dni, nie nocy, licz±c w nocach, możemy spędzić ich tu pięć.

Jak za pięć nocy i oferowane warunki, cena była wygórowana. Ponownie spakowali¶my rozpakowane już całkowicie plecaki, wynie¶li¶my się do znajomej knajpki z darmowym wi-fi, doładowali¶my nasz indonezyjski numer i zaczęli¶my dzwonić po ogłoszeniach. I stało się co¶, na co stracili¶my już nadzieję – znaleĽli¶my mieszkanie.

Wła¶cicielk± mieszkania była Sara, pół-Słowenka, pół-Indonezyjka. Zrozumiała, czego szukamy i trzymała się warunków, jakie podała przez telefon. Mieszkanie znajdowało się w Tamarin Residence, ogromnym wieżowcu w samym centrum miasta na osiemnastym piętrze (które tak naprawdę jest piętrem piętnastym, bo przy numeracji przes±dnie pominięto numery przynosz±ce nieszczę¶cie: 4, 13 oraz 14). Dwa małe pokoiki z tym, o co nam chodziło – kuchni±. Mał±, prost±, bez piekarnika, ale zawsze była to czysta i względnie funkcjonalna kuchnia.

Przez kolejne siedem dni nie oddalali¶my się specjalnie od mieszkania. Jedyn± dłuższ± wypraw± były odwiedziny na wystawie o historii Indonezji w najniższej czę¶ci pomnika narodowego. Poza tym zajęli¶my się znalezieniem choinki (nie taka prosta sprawa), jedzenia, gotowaniem, dzwonieniem do rodzin. Podzielili¶my się list± prezentów, czyli rzeczy, których nam brakowało, żeby się nie dublowały. Pomimo to kupili¶my taki sam papier do pakowania, a jedynym powodem, dla którego nie znaleĽli¶my dwóch takich samych prezentów pod choink± było to, że Peter zauważył mnie stoj±c± metr od niego przy stoisku z pirackimi filmami i zd±żył schować się za kolejnym straganem. Płytę, któr± trzymał w ręku, wsadził na chybił-trafił w jeden z rzędów, po czym zobaczył, jak ja wyjmuję tę sam± płytę i kupuję j± dla niego. No trudno, prezenty i tak miały być wspólne.

¦więta ostatecznie spędzili¶my tak, jak tego chcieli¶my, w miejscu, w którym czuli¶my się prawie jak w domu, ogl±daj±c filmy, gotuj±c, korzystaj±c z siłowni, basenu i jacuzzi dostępnych nieodpłatnie w Tamarin Residence. Spotkali¶my się też kilkakrotnie z Davidem i jego znajomymi. 30 grudnia pożegnali¶my się z mieszkaniem i ruszyli¶my do Jogjakarty, gdzie chcieli¶my spędzić tegorocznego Sylwestra.
Komentuj [0]


JEZIORO TOBA @ 2011-01-01 15:17

Piętnastogodzinna podróż autobusem z Bukittinggi do Parapat była koszmarem. Na jej wspomnienie wci±ż robi mi się niedobrze. Kierowca bardzo starał się, żeby zapewnić pasażerom jak najniższy komfort podróży. Przez piętna¶cie godzin, wliczaj±c w to cał± noc, puszczał płyty z indonezyjskim karaoke. Poziom tych utworów dorównuje najbiedniejszemu disco polo. Słów nie rozumiemy, ale z teledysków można wywnioskować, że każda piosenka opowiada o tym samym: on się w niej zakochuje, zdobywa jej serce, potem j± zdradza, ona odchodzi, a on jest zrozpaczony. Muzyka przez cał± drogę na full, szyby aż chodziły. Można to znie¶ć przez godzinę.

Jakby komu¶ od samej krętej, górskiej drogi i dramatycznie złej muzyki nie zrobiło się niedobrze, z pomoc± przychodz±: rozpylany co chwilę, obrzydliwie słodki od¶wieżacz do powietrza oraz pasażerowie i kierowca pal±cy w autobusie. Dodajmy do tego zapalone przez cał± noc ¶wiatło, klimatyzację nastawion± na około piętna¶cie stopni i kobietę wymiotuj±c± na siedzeniu za nami. W Parapat wysiedli¶my konkretnie sponiewierani. Ale warto było.

Parapat to mała miejscowo¶ć położona nad jeziorem Toba – jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie do tej pory widzieli¶my. Toba wypełnia długi na 100 i szeroki na 30 kilometrów krater superwulkanu o tej samej nazwie. Wybuch Toby, który miał miejsce około 70 tysięcy lat temu, uważany jest za największ± erupcję wulkaniczn±, jaka wydarzyła na Ziemi w ci±gu ostatnich 25 milionów lat. Zdarzenie to miało wpływ na klimat całej planety, powoduj±c wulkaniczn± zimę oraz, według niektórych naukowców, wyginięcie większo¶ci ówczesnej ludzkiej populacji. Wybuch Toby pokrył cał± południow± Azję – u¶redniaj±c – piętnastocentymetrow± warstw± pyłu (w Tajlandji warstwa ta dochodziła do dziewięciu metrów, a w Indiach wci±ż można znaleĽć miejsca, gdzie osi±ga ich sze¶ć).

Celem naszej podróży nie był Parapat, ale Samosir, wyspa położona na samym ¶rodku jeziora. Po około czterdziestu minutach bardzo przyjemnego rejsu promem dopływa się do miejscowo¶ci Tuk Tuk, lokalnego resortu. Już sam widok wyspy może wynagrodzić noc spędzon± w autobusie. Tuk Tuk widziany z jeziora przywodzi na my¶l małe, włoskie wysepki.

Samosir, jak i cała Sumatra, ostatnimi czasy nie ciesz± się zbyt dużym zainteresowaniem turystów. Wizy, które do niedawana wydawano bezpłatnie na okres trzech miesięcy, obecnie przyznawane s± na miesi±c i to za opłat± (25$). Większo¶ć ludzi, maj±c do dyspozycji jedynie 30 dni na cał± Indonezję, zostanie przy odwiedzeniu najbardziej popularnych miejsc, zamiast tłuc się setki kilometrów na północ, żeby zobaczyć atrakcje drugiej czy trzeciej kategorii. Ich strata, brak turystów dodaje tylko temu miejscu uroku.

Jako że niemal każdy mieszkaniec Tuk Tuk dysponuje jakim¶ typem zakwaterowania, a odwiedzaj±cych jest jak na lekarstwo, można przebierać do woli w ofertach. Ceny noclegów s± tak niskie, że bez problemu mogli¶my pozwolić sobie na co¶ bardziej eleganckiego z wygodnym łóżkiem i ciepł± wod±. Cisza, spokój, przezroczysta woda jeziora, piękne góry, mnóstwo tanich restauracji z bogatym (i eklektycznym) menu. Żyć nie umierać. Poważnie rozważali¶my możliwo¶ć zostania tam na ¶więta.

Jedynym mankamentem naszego pobytu na Samosir był fakt, że trafili¶my na porę deszczow±. Nie byłoby to wielkim problemem, gdyby¶my pewnego dnia nie postanowili objechać wyspy na wypożyczonym skuterze. Wybieranie się na stukilometrow± wycieczkę z założeniem, że pewnie nie pada czę¶ciej niż raz dziennie, a rano już była przecież burza, to bardzo głupi pomysł.

Żadne z nas nie miało wcze¶niej zbytnio do czynienia ze skuterami, miejscowi jeżdż± po azjatycku. W takich warunkach dwie godziny po ciemku, w ulewnym, tropikalnym deszczu ci±gnęły się w nieskończono¶ć. Nie wiem, jakim cudem udało się nam po tym nie rozchorować.

Pomimo, że wysp± byli¶my zachwyceni, postanowili¶my wrócić do Dżakarty. Nie chc±c ryzykować kolejnych kilku godzin z karaoke i spóĽnienia się na samolot, wybrali¶my szybszy, prywatny minibus, który okazał się być samochodem osobowym. W towarzystwie chłopaka z Holandii i trzech starszych pań, po kilku godzinach jazdy, za któr± kierowca w Europie dziesięć razy straciłby prawo jazdy, dotarli¶my na czas na lotnisko w Medanie.
Komentuj [0]


BUKITTINGGI @ 2011-01-01 15:08

W Bukittinggi można spróbować kopi luwak, pój¶ć na czynny dwa razy w tygodniu lokalny targ, można odwiedzić park panoramiczny i pojechać chociażby do Palupuh, żeby obejrzeć raflezję arnolda – największy na ¶wiecie kwiat, którego ¶rednica może dochodzić do metra szeroko¶ci. Udało nam się zrobić to wszystko w zaledwie kilka godzin i choć raflezja, któr± zobaczyli¶my, zd±żyła już nieco przekwitn±ć, dzień możemy zaliczyć do udanych.

Nie wyszłoby nam to wszystko bez pomocy Ala, miejscowego chłopaka, którego swoistym hobby jest pomaganie obcokrajowcom. On też zdobył nam bilety na autobus do Parapat, których podobno miało już nie być. Je¶li znajdziecie się kiedy¶ w Bukittinggi i będziecie potrzebowali sensownych informacji i/lub towarzystwa, szukajcie Ala. Zazwyczaj można go znaleĽć w okolicach Turret Cafe, gdzie pomaga w prowadzeniu interesu wła¶cicielce baru (bar swoj± drog± godny polecenia).
Komentuj [0]


KOPI LUWAK @ 2011-01-01 15:02

Najdroższy rodzaj kawy na ¶wiecie, kopi luwak, to specjalno¶ć położonej nieopodal Bukittinggi wioski Palupuh. Ziarna kawy, zanim trafi± do obróbki, wydobywane s± z odchodów łaskuna mazunga – dzikiego kota z rodziny łasowatych, popularnie nazywanego luwak. Tu nasuwa się oczywiste pytanie: po co? Co szczególnego jest w nadtrawionych ziarnach kawy?

Po pierwsze, luwak trawi jedynie mi±ższ owoca kawowca, samo ziarno zostaje nienaruszone. A cała niezwykło¶ć tej kawy polega na tym, że zwierzę to jest bardzo wybredne, wybiera jedynie najlepsze owoce. Podobno przej¶cie kawy przez układ trawienny luwaka sprawia także, że traci ona gorzki smak, a napój wytworzony z takich ziaren uzyskuje niepowtarzalny aromat. Dlatego cena kopi luwak dochodzi w Europie do tysi±ca euro za kilogram.

W Palupuh jest oczywi¶cie znacznie taniej. Plusem tego miejsca jest to, że do produkcji kawy wykorzystywane s± jedynie ziarna znalezione w odchodach zwierz±t żyj±cych na wolno¶ci. Ze względu na możliwo¶ć łatwego zysku, w niektórych rejonach praktykowane jest trzymanie kotów w zamknięciu i karmienie ich owocami kawowca w celu uzyskania dużych ilo¶ci tego typu kawy.

Jako osoby, które, jak nam się wydaje, potrafi± docenić dobr± kawę, stwierdzamy, że smaku kopi luwak nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale spróbować należało i nie żałujemy.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]