magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
PADANG @ 2010-12-31 16:39

30 wrze¶nia 2009 roku Padang nawiedziło trzęsienie ziemi, którego skutki widoczne s± po dzień dzisiejszy. W miejscu, gdzie miał znajdować się Spice Homestay, miejsce wybrane przez nas na tę jedn± noc, któr± mięli¶my spędzić w Padangu, znaleĽli¶my ruiny. Większo¶ć przewodników nie uwzględnia jeszcze zmian na planie miasta po tej niedawnej tragedii. Je¶li kto¶ planuje pobyt w Padangu, lepiej jest dobrze sprawdzić, czy wybrane miejsce nadal istnieje.

Nasz Spice Homestay na szczę¶cie istniał. Po zawaleniu się pierwotnego budynku, hostel został przeniesiony na nowe miejsce, kilkaset metrów na zachód. W znalezieniu go pomogła nam rodzina, która siedziała nieopodal. Nie chciało im się męczyć z tłumaczeniem nam, jak do niego dojsć, wsadzili nas więc na swoje skutery (ja pojechałam z matk±, Péter z synem) i zawieĽli na miejsce.

Ceny zakwaterowania w Padangu nie należ± do najbardziej przystępnych. Spice Homestay też nie jest tani, ale w porównaniu z innymi opcjami wypada całkiem przyzwoicie. Poza tym, w przeciwieństwie do większo¶ci innych miejsc, które używaj± tej nazwy, jest to naprawdę „homestay”. Liczna rodzina wła¶cicieli jest bardzo pomocna i sympatyczna, a w cenę noclegu wliczone jest domowe ¶niadanie.

Padang jako miasto zrobił na nas pozytywne wrażenie. Większo¶ć turystów traktuje to miejsce jedynie jako punkt wyj¶ciowy do dalszych podróży po Sumatrze. Tak musieli¶my zrobić i my. Choć chętnie spędziłabym w nim jeszcze dzień lub dwa, je¶li chcieli¶my zd±żyć na samolot z Medanu, który mieli¶my za kilka dni, a po drodze zobaczyć jeszcze trochę Sumatry, musieli¶my ruszać. Ale, jak to czasami w Azji bywa, nie ma tak łatwo.

Okazało się, że biletów na autobus do Parapat juz nie ma. Ani na dzisiaj, ani na żaden z najbliższych kilku dni. Obeszli¶my kilka agencji turystycznych. Kto¶ w końcu polecił nam pójscie na co¶ w stylu prywatnego mni dworca autobusowego. Tam powiedziano nam, że bilety s±. Dwa razy droższe niż te oficjalne, ale s±, możemy jechać za godzinę. Super, poczekali¶my.

Po półtorej godzinie przyjechał minibusik. Dali¶my upchn±ć się do ¶rodka, bo my¶leli¶my, że zabierze nas jedynie na prawdziwy dworzec. Obiecywano nam w końcu, że pojedziemy normalnym, dużym autobusem, wersja executive. Szybko okazało się, że nie, zapłacili¶my kupę pieniędzy, żeby przez następne 17 godzin tłuc się tym starym, ciasnym busikiem. Zd±żyli¶my wysi±¶ć jeszcze w Padangu i zarz±dać zwrotu pieniędzy, które, niespodzianka, dostali¶my bez większego problemu.

Po rozmowie z kilkoma innymi agencjami i otrzymaniu paru drogich ofert zawiezienia nas do Parapat, zdecydowali¶my ostatecznie, że rozłożymy trasę na raty: najpierw pojedziemy do Bukittinggi, stamt±d dopiero nad jezioro Toba. To była słuszna decyzja.
Komentuj [0]


DŻAKARTA @ 2010-12-29 17:52

12 grudnia około 15:00 czasu polskiego przekroczyli¶my równik. Pierwszym miejscem, jakie odwiedzili¶my na półkuli południowej, była Dżakarta.

To, czego trudno nie zauważyć w Dżakarcie, to fakt, że biali s± tu wci±ż aktrakcj±. Zaczepiaj± nas nie tylko dzieci, ale i doro¶li i to praktycznie bez przerwy. Najczę¶ciej słyszanym okrzykiem jest „hello mister!!”, który używany jest tak w stosunku do mężczyzn, jak i do kobiet. Nie¶wiadoma tego faktu, przez kilka pierwszych dni ignorowałam zaczepki, uznaj±c, że z jakiego¶ powodu miejscowi interesuj± się tylko Péterem. Kilka osób musiało doj¶ć do wniosku, że jestem Ľle wychowana.

Indonezyjczycy s± bardzo sympatyczni i pomocni, co, na dłuższ± metę, może być nieco męcz±ce. Nie można spokojnie przej¶ć się po ulicy bez ci±głych pytań w stylu „hey, you, were you go?” oraz „czy mogę zrobić sobie z tob± zdjęcie?”. Przez całe życie nie zrobiono mi tyle zdjęć, ile podczas pierwszego tygodnia w Indonezji. Szybko też odkryli¶my, że jednym z popularnych zadań domowych z angielskiego jest udokumentowana rozmowa z obcokrajowcami.

Pierwsza grupa złapała na rynku Kota, w starej czę¶ci Jakarty. Praca domowa polega na zadaniu obcokrajowcowi kilku prostych pytań typu „jak się nazywasz?”, „sk±d jeste¶?”, „czym się zajmujesz?”, „jak ci się podoba w naszym pięknym kraju?” itp.itd., wypełnieniu ankiety i zdobyciu do tego potwierdzenia w postaci fotografii albo filmu. Zdjęcia nie s± oczywi¶cie robione jedynie w zwi±zku z zadaniem domowym, Indonezyjczycy w ogóle maj± fioła na punkcie fotografowania białych. S± przynajmniej na tyle kulturalni, że podchodz± i pytaj± o pozwolenie, w przeciwieństiwe do chociażby Hindusów, którzy potrafi± podbiec z komórk± w ręku, pstrykn±ć ci zdjęcie 10 cemtymetrów od twarzy i uciec.

Je¶li wyrazi się już zgodę na zrobienie zdjęcia, trzeba być przygotowanym na mał± sesję. Na jednym zdjęciu nigdy się nie kończy, bo każdy chce mieć zdjęcie z samym białym, potem ze sob± i białym, potem z kolegami, sob± i białym, potem przychodzi siostra i mama, a potem następna osoba, o¶mielona tym, że kto¶ już spróbował i się udało.

Tak więc po pierwszej grupie z uniwersytetu, która podeszła do nas, jak zauważyła, że inna grupa dziewczyn obfotografowała Pétera i nie miał on nic przeciwko, obsiadła nas kolejna grupa, tym razem dzieci na szkolnej wycieczce. Po¶więcili¶my im w sumie jak±¶ godzinę. Chc±c co¶ w końcu spokojnie zje¶ć, próbowali¶my wymkn±ć się po cichu jedn± z mniejszych uliczek, ale nic z tego. Kolejna grupa złapała nas przy stole. Sympatyczni ludzie, zagadnięci o lokalne potrawy zamówili dwa dania, żeby¶my mogli ich spróbować. Nie zd±rzyli¶my wstać od stołu, kiedy pojawiła się następna grupa.

Na pocz±tku my¶leli¶my, że to pomysł jednego wykładowcy. Zmienili¶my zdanie, kiedy to samo przytrafiło się na w Bukittinggi na Sumatrze i to jakie¶ pięć razy pod rz±d. Jedna grupa złapała nas nawet na niewielkiej wyspie Samosir. Je¶li doliczymy do tego grupę studentów z Padangu, kilku chłopaków, którzy, zapytani o drogę do parku panoramicznego, wsadzili nas do samochodu i zawieĽli tak do parku, jak i w miejsce, na które roztacza się widok z owego parku oraz cał± hordę wszystkich innych spotkanych po drodze ludzi, daje to kilkaset zdjęć, na których jeste¶my. Co oni z tymi zdjęciami póĽniej robi±, pozostaje dla nas zagadk±.

Nasza pierwsza wizyta w Dżakarcie miała być krótka i robocza. Mieli¶my zamiar wrócić tu na ¦więta i dlatego zajęli¶my się głównie szukaniem odpowiedniego miejsca. Padło na Dżakartę, ponieważ wydawało nam się, że to duże miasto i z pewno¶ci± będziemy w stanie z łatwo¶ci± znaleĽć mieszkanie do wynajęcia, gdzie będzimy mogli postawić choinkę, co¶ ugotować (z europejskich produków, które na pewno da się tu dostać), czyli poczuć się trochę jak w domu. Małe mieszkanie ze względnie sensownie wyposarzon± kuchni±, dostępem do sieci i do tego w cenie, na któr± byłoby nas stać okazało się jednak trudniejsze do znalezienia niż mogliby¶my przypuszczać. Po trzech dniach wyjechali¶my, nieco zrezygnowani, uznaj±c, że na pewno co¶ się w końcu znajdzie, je¶li nie w Dżakarcie, to w jakim¶ innym mie¶cie. Do ¦wi±t pozostało jeszcze kilka dni, nie chcieli¶my spędzić tego czasu siedz±c w jednym miejscu. Polecieli¶my na Sumatrę.
Komentuj [0]


Bangkok @ 2010-12-28 11:22

Villámlátogatás Dean-nél, élő zene Európaiak között és újra húsos ételek

Thaiföldön könnyű utazni. Ez már a repülőtéren is látszik, ami tiszta, bőven el van látva angol nyelvű feliratokkal és a vízumot is gyorsan el lehet intézni. Ráadásul még fizetni sem kell érte, illetve van egy olyan lehetőség, hogy egy kis plusz pénzért nem kell végigállni a sort. A továbbutazásra jogosító jegyünkkel sem törődnek sokat, csak éppen rápillantanak és már kapjuk is a pecsétet. A reptér kijáratánál azért pár taxis ajánlkozik, de csak hébe-hóba, igazából ők sem gondolják komolyan a dolgot. Vonattal érkezünk meg a város dél-keleti részébe, ahol már kinéztünk egy ifjúsági szállást. Két éjszakát maradunk itt, mert Thaiföldre igazából pihenni érkeztünk. Este bejárjuk a környéket, élvezzük a finom, olcsó (és tiszta!) ételeket az utcai árusoknál, és több mint egy hónap után újra húst eszünk, bár nem hiányzott túlzottan. Lehet, hogy vegetáriánusok leszünk a jövőben?
Másnap reggel gyorsan jegyet veszünk másnap reggelre (irány a Thai-öböl keleti része, egy kis pálmafás sziget), majd buszra illetve taxiba ülünk (nem vészes áron) és kikocsikázunk abba az iskolába ahol Dean nevű volt kollégám dolgozik most. A suli egy golfpálya mellett fekszik a külvárosban és annak ellenére, hogy pár száz gyerek jár csak oda, nagyon jól felszerelt, remek focipályája, úszómedencéje, menzája és kollégiuma van. Dean jól is érzi magát itt, éppen ügyeletes (hétfő esténként) így körbevezet minket, vacsorázunk a gyerekekkel együtt, majd mi el is búcsúzunk, mert még meg szeretnénk nézni a Kao San utcát, ami a(z egyik) fő bulizó hely Bangkokban. Hosszú taxizás után érkezünk meg (hatalmas ez a város is, mint a legtöbb itt Délkelet-Ázsiában, és meglepetésünkre a világ második legszennyezettebb települése Mexikóváros után), majd úgy érezzük magunkat, mintha Európába csöppentünk volna, mondjuk a Ráday utcába. Kocsmák, kávézók, éttermek, utcai árusok, zenészek, taxisok, örömlányok, nővé operáltatott fiatal fiúk mindenhol (na jó, ezt mind talán nem lehet a Ráday utcában megtalálni) és persze főleg fehér emberek. Hamarosan el is sétálunk innen és kerítünk egy kis helyi éttermecskét ahol retró-karaoke megy és az átlagéletkor hatvan körül van, no meg még egy részeg kínaival is sikerül beszélgetnünk aki megkérdezi, hogy „Are you happy?”. Hmmm…. A kaja érdekes és laktató, szóval nem különösebben ízlik, de néha persze ez történik mikor nincs angol nyelvű étlap, de sebaj. Valami kókuszos levest kapunk meg egy vegyestálat, amin van pár gyanús dolog is. Evés után még visszasétálunk a Kao San utcába (hiába több mint négy hónap után már kicsit hiányoznak az ”európai” szórakozóhelyek), egy kocsmában megiszunk néhány sört, élőzenét hallgatunk, beszélgetünk pár részeg angollal, majd hazafelé vesszük az irányt, mert másnap korán kelünk: megy a buszunk délkelet felé. Így Bangkokban csak rövid időt töltünk, de (az állítólagos szennyezettsége ellenére) elég szimpatikus, élhető városnak néz ki ahol jó a közlekedés, színes az éjszakai élet és finomak a kaják. Ja, és India után maga a higiénia fővárosa.
Komentuj [0]


Kalkutta @ 2010-12-28 11:21

Négy nap ”ajándékba” és a filmfesztivál

A gépünk persze késve érkezett Mumbaiból, késő este volt már mikor kiléptünk a repülőtér váróterméből. Persze a taxisok itt is váltig állították, hogy nincs 700 rúpiánál olcsóbb fuvar, de végül 300-ért csak bejutottunk a központba, ha létezik egyáltalán ilyen egy tízmilliós nagyvárosban. Jóval éjfél után szálltunk ki a kocsiból, így szinte már minden szálloda és fogadó zárva volt. Ennek ellenére nem voltunk egyedül, mert lépten-nyomon kóbor kutyafalkákba és alvó koldusokba botlottunk, néha szó szerint. Hamar beszereztem egy vastag bambuszbotot csak a biztonság (meg az ebek) kedvéért, de végül nem kellett használnom, mert egy igen mocskos kis vendégházban hamarosan találtunk magunknak helyet. Gyorsan feltettük a szúnyoghálót az ágyunk fölé ami a repülő rovarok ellen véd, a matracban élő kis állatkákat viszont nem különösebben zavarja. Nem baj, legyen nekik is egy jó napjuk… Reggel ahogy lehetett leléptünk és egy valamivel (minden relatív) tisztább helyen táboroztunk le a következő éjszakára. Legalábbis ekkor még így gondoltunk… A nap vásárlással telt, főleg Magdus számára, aki (most, hogy megérkeztek a csomagok már leírhatom) az utolsókarácsonyi ajándékokat kereste és estére végül sikerrel is járt. Én egy pár órát egyedül sétálgattam, követtem egy nagy kosár kókuszt cipelő fickót egy darabig, majd vettem ebédet két utcagyereknek. Ez sem egyszerű dolog egyébként, mert hiába ad valamit az ember, nem sokszor köszönik meg (ez még nem nagy gond), ráadásul egyből még három dolgot akarnak. Legalább mikor elváltunk sikerült elmondanom (mutogatnom) a lurkóknak, hogy ilyenkor annyit mond az ember, hogy köszönöm és illedelmesen továbbáll.
Végül elérkezett november 10. avagy az utolsó indiai napunk. Gondoltuk mi. Időben kimentünk a reptérre, átjutottunk az első biztonsági ellenőrzésen, összeraktuk a hátizsákjainkat ahogy azt repülőutakkor szoktuk, majd kiderült, hogy maradunk még egy pár napot. Történt ugyanis, hogy mikor be akartuk adni a csomagjainkat a Kingfisher légitársaság (egy sört is így hívnak egyébként) személyzete szólt, hogy valami nincs rendben. Kiderült, hogy egy új szabály szerint az újonnan (értsd: 2004-ben) csatlakozott EU államok állampolgárai csak akkor kaphatnak érkezési vízumot Thaiföldön, ha bemutatják a tizenöt napon belüli továbbutazásra jogosító jegyüket. Mivel nekünk ilyen nem volt, már Indiában nem engedtek fel a gépre, mivel – állításuk szerint – ilyen esetben a légitársaságot is megbüntetik, minket meg kiraknak mint a kokárdát március 15-én. Később aztán kiderült, hogy annyit kellett volna tennünk az ügy érdekében, hogy lefoglalunk egy olyan repülőjegyet amit három napon belül kell kifizetni, majd egyszerűen nem fizetjük ki ami által automatikusan törlődik. Könnyű, gyors és semmibe sem kerül, de hogy mi akkor ennek a rendeletnek az értelme? Egyébként úgy sejtjük, hogy erről a lehetőségről azért (is) hallgattak a légitársaság munkatársai, mert egy korábbi bangkoki járatot töröltek és kellett a hely a gépen, amit az is alátámaszt, hogy minden ellenkezés nélkül áttették a foglalásunkat a következő olyan járatra amelyiken volt szabad hely. Ez pedig pontosan négy plusz napot jelentett Teréz Anya városában.
Mit csinál egy lengyel meg egy magyar egy ilyen helyzetben? Kétségbe azért nem esik és mi sem így tettünk, hanem inkább visszataxiztunk a városba, újra kerestünk egy (viszonylag) tiszta helyet, majd tervezni kezdtük az elkövetkezendő napokat.
Egy kis kitérő szállodaügyben. Mikor az ember szobát foglal, mindent meg kell kérdezni a feltételekről, sok olyan dolgot is, ami európai embernek eszébe sem jutna. Nekünk azért eszünkbe jutott, főleg az első néhány nap tapasztalatai után. A következő lista ezek közül a kérdések közül tartalmaz egy csokornyit:
- Tartalmaz-e az ár mindent? (idegenforgalmi adó, fehér bőrű, turistának látszó egyénekre vonatkozó plusz adó, takarítási költség, meleg víz ára, hideg víz ára, ivóvíz ára, WC-használati díj)
- Van-e meleg víz? Ha van, a zuhanyból folyik vagy vödörben hozzák?
- Kicserélték-e az ágyneműt? Ha kicserélték, miért foltos? Ha foltos, kimosták-e? De akkor miért foltos? A folyóban mosták-e ki az ágyneműt?
- Van-e légkondicionált szoba? Ha van, működik-e a légkondicionáló? Ha nem, miért számolnak fel érte?
- Van-e internet kapcsolat a szobában? A szálloda saját kapcsolata vagy a szomszédoktól ér el idáig a net? Ha nem a szomszédoktól, akkor miért nem tudják a jelszót?
- Van-e kakasfarm a közelben?
Ez persze nem a teljes lista, csak egy kis ízelítő a sok indiai finomságból. No, de vissza az ajándékba kapott négy naphoz! Az egyik pozitívuma a dolognak az volt, hogy így végül meg tudtuk látogatni a Kalkuttai Nemzetközi Filmfesztivált! Az első este el is mentünk körülnézni és kérdezősködni. Bejutottunk a szervezői irodába ahol elmondtuk, hogy újságírók vagyunk és a fesztiválról is fogunk írni az általunk vezetett blogban. Ez annyira meghatotta őket, hogy egyből adtak két ingyenbérletet amivel oda mentünk és azt néztünk meg amit akartunk. Egy sajtótájékoztatót látogattunk meg először, de gyorsan leléceltünk mert angolul nem beszéltek, ráadásul kezdődött is a film amit kinéztünk (Soul Kitchen). Az elkövetkező napok során láttuk még a Sorstalanságot és a Wszystko Co Kocham című lengyel filmet is amelyek fel is keltették bennünk az Európa utáni honvágyat.
Azért helyi érdekességekre is jutott idő, melyek közül a fő látványosság a Kalkutta Természettudományi Kiállítás volt. Az időutazás egy régi, sárga, klasszikus Ambassador taxiban kezdődött, majd a kiállításon folytatódott. Első utunk az Evolúciós Labirintuson át vezetett, ahol gépesített dinoszauruszok mozgatták az álkapcsukat és farkukat miközben félelmetes morgó hangot adtak ki magukból. Ezután a fizikai csodák palotája következett, ahol valóban volt pár érdekes dolog, valamint a terem közepén teljesen véletlenszerűen egy mérleg állt ahol az ember tíz vagy talán húsz rúpia fejében lemérhette magát. Ezen kívül még ránk szóltak mert egyszer meg mertük ölelni egymást a múzeum területén, majd megnéztük az igen lestrapált libegőt ami a park fölött néhány méteres magasságban húzódik és mellesleg egy életbiztosításokkal foglalkozó cég a főszponzora. Végül újra taxiba ültünk és lassan elhagytuk a hetvenes éveket és visszatértünk a huszonegyedik századba. Olyannyira, hogy a további időnket sétálással, kávézással, beszélgetéssel töltöttük és észre sem vettük, hogy a négy rövid nap amit a légitársaságtól kaptunk már el is illant. A repülőtérre menet még egyszer megtapasztaltuk a helyiek hihetetlen szeretetét és áldozatkészségét a külföldiek irányába (Taxis: most vesztettem 50 rúpiát ezen a fuvaron, de ti vendégek vagytok itt úgyhogy még ezt sem bánom), majd végül (nagy meglepetésünkre) minden gond nélkül felengedtek a gépre ami egészen Bangkokig repített minket.
Indiáról azt mondják, hogy az ember vagy utálja vagy imádja. Ez ránk nem igaz. Meg kell hagyni, hogy sokat kell harcolni minden téren, az európai logika szinte teljesen csődöt mond és az ember nagyon elfárad attól, hogy állandóan figyelnie kell, de az ország akkor is érdekes, mert itt szinte csak végletekben történik minden. Egyszer jó lenne még visszajönni úgy, hogy több időnk van, mert Indiában a két legfontosabb dolog talán a türelem és az, hogy elég ideje legyen az embernek. No, meg persze a pálinkát se feledjük el.
Komentuj [0]


SINGAPUR @ 2010-12-26 11:51

Wrócili¶my do Couch Surfingu. Od dłuższego czasu jako¶ nie wychodziło nam umawianie się z hostami. Po pierwsze, żeby móc się sensownie z kim¶ umówić, należy wiedzieć z kilkudniowym wyprzedzeniem, gdzie i mniej-więcej o której się będzie. Pisanie dzień wcze¶niej wieczorem, choć czasami przynosi pozytywne rezultaty, jest raczej w złym tonie. W większo¶ci wypadków więc nawet nie próbowali¶my. Chcieli¶my umówić się z kim¶ w Indiach, ale, jakim¶ dziwnym zbiegiem okoliczno¶ci, większo¶ć hostów ma na swoim profilu komentarz w stylu „a tak przy okazji to jestem przewodnikiem i za niewielk± opłat± mogę ci pokazać miasto”. Bior±c pod uwagę, że ceny noclegów w południowej Azji s± dosyć przystępne, zrezygnowali¶my z szukania kogo¶ na siłę.

W Singapurze umówili¶my się z Azharem. Okazało się, że nałożyło mu się kilka wizyt i oprócz nas w mieszkaniu było jeszcze czworo couch surferów. Wszyscy czworo z Polski. Azhar twierdził, że to żaden problem, miejsce się znajdzie. Zapomniał tylko zapytać o zdanie żony. Małe mieszkanie, dwójka dzieci, pomoc domowa mieszkaj±ca z rodzin±. Nic dziwnego, że Siti, która wła¶nie szykowała się do wyjazdu do Jordanii – swoich pierwszych od lat wakacji – nie była zachwycona. Mimo to przyjęła nas miło, ale mężowi prawdopodobnie konkretnie się oberwało.

Singapur to wielkie centrum handlowe. Sklep na sklepie, galeria na galerii. A wszystko to czyste i dobrze zorganizowane. Pierwsze miejsce od wielu tygodni, gdzie (wypolerowane na błysk) samochody zatrzymuj± się przed przej¶ciem dla pieszych, a po ulicach nie walaj± się ¶mieci. Jest to też prawdopodobnie pierwsze miasto od wyjechania z Europy (choć muszę przyznać, że nie sprawdzali¶my tego w każdym mie¶cie), w którym istnieje co¶ takiego jak miejski transport nocny. Aż ciężko uwierzyć, że to wci±ż Azja.

W Singapurze na powierzchni nieco ponad 700 km kwadratowych żyje ponad pięć milionów osób. Tłoku nie widać, bo większo¶ć ludzi mieszka piętrowo, w wysokich, najczę¶ciej państwowych blokach, a nie jak w większo¶ci reszty Azji, w niskich segmentach. W jedynm z takich wła¶nie bloków mieszkaj± Hazar i Siti.

To, co najbardziej podobało nam się w Singapurze, to bardzo tanie i nowoczesne centra sportowe. Za wej¶cie na basen (dwa baseny olimpijskie, jeden kryty, drugi odkryty, zjeżdżalnie, brodziki etc.) w weekend i na nieograniczony czas, zapłacili¶my jakies 8zł. Tak powinno być w każdym kraju.
Komentuj [0]


KUALA LUMPUR @ 2010-12-26 11:41

Kolejne miasto, kolejny lot. Nasza idea podróżownia jak najwięcej l±dem okazała się być utopijna. Rok to wbrew pozorom bardzo mało czasu. Ta sama trasa, na pokonanie której musieliby¶my po¶więcić trzy dni w poci±gu, zajmuje pół dnia, je¶li wybierze się samolot. Ceny lotów s± porównywalne, a nierzadko i niższe niż ceny poci±gów. Dlatego po raz kolejny musiał wygrać samolot.

Kuala Lumpur to wielkie, nowoczesne, zdominowane przez wieżowce miasto. Na pierwszy rzut oka równie dobrze mogłoby się znajdować w Chinach b±dĽ Japonii. To, co nie pozwala pomylić go z innymi wielkimi miastami Azji, to bardzo zróżnicowane stroje mieszkańców, w szczególno¶ci kobiet. Malezja jest zasadniczo krajem muzułmańskim, ale w KL – jak popularnie nazywane jest Kuala Lumpur – duży odsetek mieszkańców to obcokrajowcy, głównie Chińczycy i Hindusi. Na ulicach, obok muzułmanek w czarnych burkach, chodz± dziwczyny w mini spódniczkach i mocno wydekoltowanych bluzkach.

Drugim wyróżnikiem KL s± oczywi¶cie bliĽniacze wieże. Zbudowane w 1998 roku, maj±ce 452 metrów wysoko¶ci Petronas Twin Towers s± dum± i główn± atrakcj± stolicy Malezji. Wbrew informacjom, które można znaleĽć w internecie, wej¶cie do nich nie jest darmowe. Do wyboru s± trzy „pakiety”: samo wjechanie na most ł±cz±cy oba budynki, most plus taras widokowy oraz wersja luksusowa – most, taras oraz lunch. Sprawę komplikuje fakt, że każdego dnia sprzedawana jest ograniczona (i raczej nie odpowiadaj±ca realnemu zainteresowaniu) liczba biletów. Pakiet numer dwa trzeba zamówić przynajmniej 2-3 dni wcze¶niej. Na samo wjechanie na most bilety sprzedawane s± tego samego dnia. Kasy otwierane s± o 8:30, ale żeby dostać bilet należy stać w kolejce już od około 7:00. Tak powiedziano nam w informacji, to samo usłyszelismy w hostelu. Postanowili¶my nie sprawdzać, czy bycie pod kasami o tak wczesnej godzinie jest gwarantem dostania wej¶ciówki. Zamiast tego obejrzeli¶my dzielnice China Town i Little India. Po mie¶cie poruszali¶my się głównie monorail, najfajniejszym, naszym zdaniem, rodzajem transportu w KL. Monorail to krótki, sterowany automatycznie poci±g poruszaj±cy się ponad ulicami po specjalnym torze. Szybki i wygodny.

W Malezji jeszcze jedno zwraca uwagę przyjazdnych: koty z różnymi długo¶ciami ogona. Podobno takie się już rodz±. Jaka¶ rozprzestrzeniona na duż± skalę wada genetyczna. Ale w tę wersję uwierzyli¶my dopiero, kiedy zobaczyli¶my takie same koty w Indonezji i usłyszeli¶my to samo wytłumaczenie od kilku osób. Mała rada dla turystów: pytanie o kocie ogony wyraĽnie irytuje miejscowych.
Komentuj [0]


PHNOM PENH @ 2010-12-26 11:27

Phnom Penh to złe miasto.

W Phnom Penh strzelaj±.

W Phnom Penh rzucaj± cegłami w turystów.

W Phnom Penh złodzieje na motorach wyrywaj± kobietom torebki, niejdnokrotnie ci±gn±c za sob± ofiarę przez kilkadziesi±t metrów.

Tak oto przedstawiana jest stolica Kambodży w portalach i przewodnikach turystycznych. Choć z pewno¶ci± wszystkie powyższe stwierdzenia maj± oparcie w faktach, osobi¶cie nie spotkali¶my się z żadnymi agresywnymi zachowaniami ze strony miejscowych. Żadnych też nie widzieli¶my. Tak czy inaczej, miasto nie wydało nam się szczególnie sympatyczne. Odrzucaj±ce też nie było. Zwykłe azjatyckie szare miasto, w którym największym zagrożeniem jest nie przestępczo¶ć, a ruch drogowy. W stolicy Kambodży w wypadkach drogowych gin± setki osób. Liczba ta zmniejszyłaby się drastycznie, gdyby ludzie zaczęli używać chodników zgodnie z ich przeznaczeniem. Na dzień dzisiejszy służ± one jako miejsce wystawiania towaru oraz parking. Przechodnie, chc±c nie chc±c, musz± chodzić po ruchliwych ulicach, po których każdy jeĽdzi według swoich własnych zasad.

Do innych typowych dla Phnom Penh widoków można zaliczyć całe rodziny na skuterach (choć w zasadzie matka, ojciec i dwójka dzieci na jednym skuterze to widok typowy dla całej Azji) oraz ludzi chodz±cych po mie¶cie w piżamach. Tak, takich zwykłych piżamach w misie i serduszka. Widzieli¶my to już wcze¶niej, ale nigdy na tak± skalę. W Kratie wci±ż my¶leli¶my, że to taka trochę małomiasteczkowa moda. Ale nie. W stolicy piżamy s± tak samo popularne jak i na prowincji. W sumie to nie taki zły pomysł. Ubranie tanie, wygodne i przewiewne, czyli dobrze dobrane do miejscowych warunków. Może tylko na białych robić wrażenie siedzenia pod szpitalem.

Charakterystyczn± cech± Kambodży jest też to, że w tym kraju je się absolutnie wszystko, co tylko można zje¶ć. Lokalnymi przysmakami s± smażone włochate paj±ki oraz kacze embriony. Nie dali¶my się namówić.

W Phnom Penh s± dwa miejsca na li¶cie tzw. „must see”, oba zwi±zane z reżimem Khmer Rouge. Pierwsze to więzienie S-21, dawna szkoła przerobiona w 1975 roku na największe w kraju więzienie, z którego, spo¶ród ponad 14 000 przetrzymywanych i torturowanych osób, jedynie 8 wyszło żywych. Drugie – Pola ¦mierci – to miejsce masowych mordów, gdzie obecnie znajduje się buddyjska stupa wypełniona czaszkami ofiar. Oba miejsca, niestety, przygotowane s± w taki sposób, że gdyby¶my wcze¶niej nie przeczytali „First they killed my father”, ksi±zki napisanej przez dziewczynę, która przeżyła czasy Czerwonych Khmerów, nie do końca wiedzieliby¶my, o czym mowa. Po raz kolejny nie rozumiemy, czemu Azjaci tak bardzo wzbraniaj± się przed korzystaniem z usług profesjonalnego tłumacza. Je¶li już wkłada się tyle wysiłku w przygotowanie tablic i materiałów, dotycz±cych w końcu najtragiczniejszego wydarzenia w historii kraju, można byłoby postarać się, aby przekaz był zrozumiały.
Komentuj [0]


KRATIE @ 2010-12-16 17:58

Do Kratie dojechali¶my po jaki¶ dziewięciu godzinach jazdy i dwukrotnej zmianie autobusu. O dziwno, żadnych przekrętów, pomimo że na wszystkie trzy autobusy mieli¶my jeden bilet. Z postanowieniem, że następnego dnia wyruszamy na treking, zatrzymali¶my się w tanim hostelu przy głównym rynku.

Kratie to malutka i niepozorna miejscowo¶ć położona w pólnocnowschodniej Kambodży. Jedyne, co tak na prawdę ¶ci±ga tu turystów, to delfiny krótkogłowe żyj±ce w Mekongu, które można obserwować z kilku rozrzuconych po okolicznych wioskach miejsc. Z tego powodu w miasteczku znajduje się kilka hosteli, a także informacja turystyczna, która oferuje całkiem spor± ilo¶ć niewiele mówi±cych, za to ładnie wygl±daj±cych drukowanych materiałów, nie ma natomiast w¶ród pracowników osoby, która choćby półpłynnie mówiła po angielsku.

Pierwszego dnia nie udało nam się dowiedzieć niczego, bo informacja turystyczna była zamknięta. Drugiego odeszli¶my z kup± papieru nadal niewiele wiedz±c, bo dziewczyna z obsługi próbowała odpowiadać na pytania, których jej nie zadali¶my i pokazywać na mapie rzeczy, które nas nie obchodziły, prawdopodobnie tylko po to, żeby wygl±dać bardziej profesjonalnie na zdjęciach, jakie w trakcie rozmowy robił drugi pracownik informacji.

To, czego chcieli¶my się dowiedzieć, dotyczyło względnie nowego projektu miejscowych władz, nazwanego Mekong Discovery Trail. Generalnie bardzo dobry pomysł, polegaj±cy na tym, że w kilku miejscach przygotowano home stays, otworzono parę wyporzyczalni rowerów i kajaków i – prawdopodobnie – przeszkolono kilkunastu przewodników. Teren ciekawy, możliwo¶ci wiele, nie powinno być problemu.

Pierwsze odpadły kajaki, na które osobi¶cie bardzo liczyłam. Okazało się, że najbliższy sprzęt można znaleĽć w miejscu położonym o kilka godzin jazdy autobusem od Kratie, co więcej, musieliby¶my zabrać ze sob± przewodnika, bo jest on w obowi±zkowym zestawie. Nieopłacało się. Drugi upadł pomysł z wyruszaniem tego samego dnia. Zanim ogarnęli¶my się z wypożyczaniem rowerów i ustalaniem trasy, było popołudnie, więc rozs±dniej było odłożyć wyprawę na następny dzień. Zostali¶my więc na noc w innym hotelu (4 dolary za noc za pokój dwuosobowy z łazienk±, standard adekwatny do ceny), tak samo chińskim, jak i poprzedni. W Kratie, jak i w całej Kambodży, bardzo widoczne s± chińskie wpływy.

Nastęnego dnia ruszyli¶my. Wyporzyczyli¶my rowery za dolara za dzień i pojechali¶my w miejsce, gdzie mogli¶my przeprawić się na drugi brzeg Mekongu. Tam, przynajmniej według mapy, miało nie być ani betonewej drogi, ani miasta, a o to w końcu nam chodziło.

Na pocz±tku szło gładko. Przez kilka godzin jechali¶my pokrytymi czerwonym pyłem drogami, mijaj±c typowe kambodżańskie wioski. Khmerskie domy to w większo¶ci niewielkie drewniane konstrukcje, wzniesione ponad ziemi± na drewnianych palach. Takie rozwi±zanie ma na celu ochronę przed wod±, która często występuje z brzegów i zalewa wioski. Khmerskie domy ofreuj± mało prywatno¶ci, ale idea prywatno¶ci jest w tym kraju zupełnie inna niż ta, do której przywyklismy. Nawet wła¶ciciele hotelu, w którym się zatrzymali¶my, maj±c nad sob± dwa piętra zamykanych na klucz pokoi, wybrali mieszkanie w w hotelowym barze, odgrodzeni od stolików jedynie szpitaln± kotar±. Z nierównymi drewnianymi ¶cianami khmerskich domów często kotrastuje czerwona dachówka, której, obok tradycyjnego materiału do budowy dachów – li¶ci palmowych – coraz czę¶ciej używaj± miejscowi.

Jechali¶my prosto, tak, jak prowadziła nas droga. I nagle okazało się, że jeste¶my w kompletnie innym miejscu, niż tego by¶my chcieli. Jak – nikt nie wie, bo rozeznanie w terenie Khmerów dorównuje temu, z jakim spotkali¶my się u Nepalczyków. Pytali¶my wielu osób, pokazywali¶my nasz± żałosn± mapę, zapisywali¶my nazwy. Wszystko na nic. Odpowiedzi były co najmniej dziwne: „JedĽcie w prawo... a może nie, lepiej w lewo... a w zasadzie to może zawróćcie”. Nie zmienia to faktu, że spotkani ludzie byli bardzo mili i wygl±dali, jakby naprawdę chcieli nam pomóc. Komunikację utrudniał oczywi¶cie fakt, że posługiwali¶my się jedynie kilkoma wspólnymi słowami, ale zazwyczaj do wskazania drogi, je¶li zna się nazwę, wystarczy prosty gest...

Stracili¶my nadzieję, gdy zaczęło się ¶ciemniać. Nie mieli¶my czasu na to, żeby po prostu zostać i zobaczyć, co się wydarzy, choć mieli¶my na to ochotę. Postanowili¶my wrócić do Kratie na noc i następnego dnia zrobić podob±, jednodniow± wycieczkę. Zatrzymali¶my się jeszcze w wiosce położonej najbliżej promu, żeby co¶ zje¶ć.

Okazało się, że plastikowe stoły, które wypatrzylismy jad±c w przeciwnym kierunku, nie były barem, ale imprez± urz±dz±n± z okazji narodzin nowego mieszkańca wioski. Zanim się tego dowiedzieli¶my, nie pytaj±c nas o nic, sił± posadzono nas przy stole i przyniesiono jedzenie. Szybko znalazł się też kto¶ trochę mówi±cy po angielsku. Wszystko super, w pełni ufni dali¶my pieni±dze dla dziecka. W końcu zwyczaj, poproszono nas o to, uczciwie zapłacić za udział w imprezie. Zgodzili¶my się też na kupienie piwa, choć pro¶ba o to przypominała raczej rozkaz. No ale bariera językowa, chcieli pewnie dobrze. Nieswojo zrobiło się, gdy jaki¶ mężczyzna wprost powiedział Peterowi „Daj mi pięć dolarów”, a zupełnie przykro gdy okazało się, że za zapewnieniami o tym, iż wci±ż jeszcze możemy złapać prom do Kratie, kryło się stwierdzenie, że jaki¶ znajomy zabierze nas prywatn± łódk±. Musimy tylko zapłacić trzydzie¶ci razy tyle, ile kosztuje bilet na normalny prom.

Podziękowali¶my i, rozczarowni podej¶ciem miejscowych, odjechali¶my. Nie mieli¶my jednak zbyt dużego wyboru. Jeżdżenie po ciemku z jedn± latark± po nieznanym terenie ma ¶redni sens, ostatecznie więc zapłacili¶my innym spotkanym po drodze ludziom za przewiezienie nas na drug± stronę.

Podróżowanie po Azji oznacza bycie traktowanym jak worek pieniędzy.

Na szczę¶cie bywaj± wyj±tki. Dzień wcze¶niej trafili¶my na inn± imprezę. W hotelowym barze grupa znajomych ¶więtowała zbyt wcze¶nie zakończone wesele kolegi. Zaprosili nas, nie oczekuj±c nic w zamian. Różnica polegała jednak na tym, że ludzie ci spędzili rok na jakim¶ projekcie społecznym w Niemczech, nie mieli więc skrzywionego obrazu Europejczyków.

Na następny dzień zaplanowali¶my wizytę w Kampi – oddalonej od Kratie o 15 kilometrów wiosce, gdzie znajduje się punkt obserwacyjny delfinów krótkogłowych.

Najpopularniejszym i najlepszym sposobem na obserwowanie delfinów jest wypłynięcie na rzekę łodk±. Nie oczekiwali¶my zbyt wiele po tego typu wycieczce, zastanawiali¶my się nawet na zrezygnowaniem z pomysłu, głównie ze wzlędu na wygórowan± cenę. Jednak wbrew naszym w±tpliwo¶ciom, godzina spędzona na łodzi nie była strat± czasu. Spodziewali¶my się zobaczyć jednego delfina, przy odrobinie szczę¶cia moża dwa, a one przez cały czas co chwila wypływały na powierzchnię.

Na obserwację delfinów warto wybrać się popołudniu, gdy woda jest spokojna, a słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Mekong wygl±da wtedy spektakularnie, a całe do¶wiadczenie jest bardzo relaksuj±ce.

Po drodze do Kampi mienęli¶my setki wzniesinych na palach domów. Przejeżdżaj±c koło każdego, przynajmniej raz musieli¶my powiedzieć „hello”. Ludzie pozdrawiali nas, machali, dzieci wybiegały z domów, ciesz±c się, próbuj±c przybij±c pi±tkę lub zapytać o nasz kraj pochodzenia. Khmerzy to (pomijaj±c ich zwichrzone wyobrażenie o nieograniczonym bogactwie białych) bardzo ciepli i rado¶ni ludzie. W ich zachowaniu nie daje odczuć się nieszczę¶cia, które w końcu zupełnie niedawno dotknęło ich kraj.
Komentuj [0]


Mumbai @ 2010-12-15 06:04

Mike és Obama Mumbaiban, avagy a pálinka célba ér

Vissza a káoszba, de legalább Obamával együtt, méghozzá az átkeresztelt Bombaybe! Három éjszakát töltünk India legnagyobb városában, persze nagyjából egy időben az elnök úrral. Egyébként sem a legegyszerűbb itt közlekedni és megnézni a látványosságokat, de így aztán szinte lehetetlen. Csak egy példa: az Elefántbarlang Mumbai egyik nevezetessége, egy kis szigeten fekszik ahová hajóval lehet kijutni India Kapujától, és hétfőnként zárva van. Mi péntek este érkezünk, szombaton és vasárnap zárva van a hely mert itt van Barack, majd hétfőn is, mert az a hivatalos szünnap. Azért hétfőn kihajózunk (ami már magában is egy élmény), sétálunk egy kicsit a környéken és barlang híján a helyi látogatók minket fotóznak.
Az egyik legnagyobb élmény Mumbaiban a Dharavi nyomornegyedben tett látogatásunk. Ez Ázsia legnagyobb ilyen ”létesítménye”, egymillió ember él egy két négyzetkilométernél kisebb területen (azaz egy focipálya nagyságú területre több mint 25000 ember jut!). Egy Tauseef nevű helyi diák kalauzol minket, aki egyik barátjával nem rég alapította meg a ”Be the Local” nevű kis céget amely azzal foglalkozik, hogy vezetett túrákat szervez azoknak akik meg szeretnék nézni Dharavit. Ez a negyed arról is nevezetes, hogy itt forgatták az Oscar-díj nyertes Slumdog: milliomos című filmet. Az ipari részt nézzük meg először, ahol érdekes módon (ki gondolná a sok szemét láttán) sok kis, újrahasznosítással foglalkozó üzemet látogatunk meg. Papírt, műanyagot és fémet a dolgoznak itt fel, így arra is fény derül, hogy miért gyűjtötték a nagyobb állomásokon gyerekek az ásványvizes palackokat. Kis sikátorokon keresztül visz az utunk, szemetes utcákon sétálunk és mindenhol emberek és állatok vesznek körül minket. Mi legalább ugyan annyira érdekeljük a helyieket mint ők minket, de egyszer sem érezzük úgy, hogy valaki is rossz szemmel nézne ránk sőt, az emberek itt sokkal szimpatikusabbnak tűnnek mint a turistanegyedekben, ahol sokszor csak az agresszív árusokkal kerül kapcsolatba az ember. A kis, összetákolt bódékból álló lakótelepen aztán felmászunk az egyik házikó tetejére ahonnan amíg a szem ellát hasonló ”építményeket” látunk. Innen készítünk néhány képet is, de egyébként nem fotózunk, mert illetlenség lenne ezzel zavarni az itt lakókat. Látogatásunk végén még egy néhány ruhakészítő üzembe is betérünk, ezekben hol kézi-, hol számítógép által irányított varrógéppel folyik a munka. Vezetőnk végül elkísér egy taxiig amely elvisz a legközelebbi vasútállomásra, ahonnan már egyedül megyünk vissza a szállásunkra. Tauseef? Remek vezető, mindenkinek tudom ajánlani ezt a látogatást, amelyre valóban igaz, hogy a helyiek életét mutatja be.
És ha Mumbai akkor Mike és pálinka! Hogy miért? Azért, mert Indiában muszáj fertőtleníteni. Gondoskodó keresztapám lelki, szellemi és testi fejlődésemet szem előtt tartva egy fél liter jóféle törkölyt küldött Mike nevű volt kollégámnak aki idén költözött családjával ide. Egy külvárosi étteremben találkozunk, néhány órát beszélgetünk és kiderül, hogy elég jól érzik itt magukat a káosz ellenére, sokkal jobban mint a varsói iskolában. Két igazán eleven kisfiuk is velük van, akik az egész idő alatt randalíroznak, de ami Lengyelországban zavaró volt, pár hét indiai tartózkodás után fel sem tűnik. A csomagot is megkapjuk tőlük, a nedű egy barna műanyagpalackban (és egy még nagyobb kartondobozban) utazott idáig és annak ellenére nem hiányzik belőle egy csepp sem, hogy itt hinduk nem pedig muzulmánok élnek. Hamarosan meg is kezdjük a fertőtlenítést, mert hát soha nem lehet tudni, hogy mit is tett a helyi szakács az ételbe. Hamarosan elválunk mert a gépünk indul Kalkuttába, leintünk egy túk-túkot az utcán és a sötétben autók között kanyarogva megérkezünk a repülőtérre. Természetesen késik a gép, az lenne a meglepő ha nem így történne, de végül felszállunk és búcsút intünk a legnagyobb indiai városnak ahol az ellentétek talán még erősebbek mint máshol az országban.
Komentuj [0]


ANGKOR (SIEM REAP) @ 2010-12-06 18:00

Angkor położone jest około 8 kilometrów od Siem Reap, które zostało tak nazwane na cze¶ć zwycięskiej bitwy Khmerów z Tajami. Siem Reap oznacza bowiem „Klęska Syjamu”. Miasto składa się głównie z hoteli i restauracji, które, pomimo że ich liczba przerosła już dawno liczbę ¶wi±tyń w Angkor, nie narzekaj± na brak klientów. Do Siem Reap każdego dnia ¶ci±gaj± tłumy turystów z całego ¶wiata.


Siem Reap, jak na atrakcję turystyczn± tego pokroju, ceny ma zupełnie przyzwoite. Pokój w hotelu na poziomie europejskich trzech gwiazdek to wydatek rzędu 15 dolarów. Dolarów a nie rieli, bo w Kambodży nie bardzo lubi± swoj± własn± walutę. Wol± posługiwać się stabilniejszym dolarem. Płacić można też w tajskich bathach, z tym że przy tym nieco kręc± nosem.


Z tłumów turystów korzystaj±, obok hoteli i restauracji, dzieci żebrz±ce na ulicach. Biegaj± one za białymi, czepiaj± się ubrania, łapi± za ręce, przy czym prawie zawsze mówi±, że nie chc± pieniędzy, ale jedzenia. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby sprawa była taka prosta. Dzieci z Siem Reap zazwyczaj owszem, chc± jedzenia, ale tylko z tego konkretnego straganu czy baru. Je¶li powiesz, że kupisz im jedzenie, ale nie tu, tylko w sklepie obok, potrafi± zrobić się bardzo niemiłe. W grę wchodz± wyzwiska, rzucanie kamieniami, od jakiego¶ trzylatka usłyszeli¶my „fuck off”. Nie można mieć o to do nich pretensji, nie rozumiej± jeszcze, co robi±, ale jakby nie patrzeć, jest to przykre.


Nie wszystkie dzieci pracuj± dla barów, wiele osób ucieszyło się z jedzenia, jakie im zaoferowali¶my. Obok żebrz±cych dzieci, na ulicy można spotkać dzieciaki, które pracuj± sprzedaj±c pocztówki, przewodniki turystyczne czy bransoletki. Bardziej uczciwe zajęcie, ale i tu próbuj± kombinować. Popularny przekręt, gdy kto¶ nie chce niczego kupić, wygl±da tak, że najpierw pada pytanie „Which country?”, po czym chłopczyk czy dziewczynka wyci±ga z kieszeni monety b±dĽ z twojego, b±dĽ z jakiego¶ s±siedniego państwa, twierdz±c, że kto¶ mu nimi zapłacił i prosz±c o ich wymianę. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że chwilę póĽniej przychodzi inny dzieciak prosz±c o monety z twojego kraju, bo je zbiera. I to zbiera wył±cznie te najbardziej warto¶ciowe. Za grosze potrafi się obrazić.


Najbardziej polecanym czasem na ogl±danie ¶wi±tyń s± wschód i zachód słońca. Chcieli¶my zobaczyć oba, nastawili¶my więc budzik na 4:00 rano. No i musieli¶my zostać w Riem Siep o jeden dzień dłużej, bo wstawanie jako¶ nam nie wyszło. Do Angkor trafili¶my dopiero wieczorem. W ofercie maj± mał± promocję: je¶li kupuje się bilet po 17:00 jednego dnia, ważny jest on również na kolejny dzień. Wej¶ciówki kosztuj± swoje, więc jest to najsensowniejsze rozwi±zanie, je¶li ma się niewiele czasu.


Angkor można zwiedzać na wiele sposobów. Bardzo popularne s± wycieczki tuktukami, większe grupy poruszaj± się autobusami, można wybrać także słonie, w¶ród propozycji jest nawet helikopter. My, tradycyjnie, wzięli¶my rowery.


Angkor, największe miasto ¶wiata sprzed rewolucji przemysłowej, to kompleks zabytków rozrzuconych na obszarze ponad 400 kilometrów kwadratowych. Budowle były wznoszone przez kolejnych władców pomiędzy IX a XV wiekiem. Jeden dzień to za mało, żeby to wszystko obejrzeć, ale nam 50 kilometrów z kilkunastoma przystankami przy bardziej i mniej znanych ¶wi±tyniach musiało wystarczyć. Szczerze mówi±c, je¶li kto¶ nie jest specjalist± w dziedzinie historii sztuki b±dĽ pokrewnej, raczej nie będzie czuł niedosytu po spędzeniu w Angkor kilkunastu godzin.


Większo¶ć budowli w Angkor jest restaurowana lub wci±ż jeszcze składana do kupy po rz±dach Czerwonych Khmerów. Pracami zajmuj± się głównie specjali¶ci z innych krajów, kambodżański rz±d niespecjalnie poczuwa się do obowi±zku.


Angkor, mimo że pokawałkowany i skomercjalizowany, robi wrażenie. Nie można było pomin±ć go przy okazji odwiedzin w Kambodży. Nie jest to jednak miejsce, w którym można zobaczyć, jak naprawdę żyj± mieszkańcy tego kraju. W tym celu trzeba pojechać w nieco mniej turystyczne miejsca, na przykład do Kratie. Tam też jedziemy, spędzić kilka dni w małym miasteczku i przyległych wioskach.


Komentuj [0]


Kochi @ 2010-12-06 16:27

Egy másik India: kókuszpálmák, elefántok és nyugalom

„Valami nincs rendben...” – gondoltunk, mikor kijöttünk a repülőtér váróterméből Kochiban, Kerala tartomány egyik legnagyobb városában. Valami hiányzik. Hol vannak a ránk törő taxisok? Miért nem ajánl senki túk-túkot és miért nem mondják, hogy leégett a szálloda ahol szobát foglaltunk, de ők tudnak egy jó helyet? Miért mondják meg az információs irodában, hogy van busz amelyik a városba visz és jóval olcsóbb mint a taxi? Nem lehetünk másik országban, mert nem kérték az útlevelünket (hacsak India nem lett közben EU-tag, mert hallották hogy januártól mi vesszük át az elnöki stafétabotot). Aztán lassan kiderül, hogy Dél-India más, legalábbis Kerala tartomány. Az ország ezen része nem állt közvetlen angol uralom alatt, hanem maharadzsák vezették itt a közügyeket évszázadokon keresztül, igaz azért brit felügyelet alatt. Gyakorlatilag mindenki tud írni és olvasni, a nők pedig sokkal fontosabb szerepet töltenek be mint India más részein. A Fort Kochi nevű városrészben találunk szállást, amolyan ”zimmer frei”-ben, ami itt nagyon népszerű és rengeteg háznál van kiadó szoba vagy lakrész. Szerencsére a szezon kezdete előtt két-három héttel érkezünk, így még nincs sok fehér valamint könnyebben lehet alkudozni (bár ez itt nem annyira divat mint északon, mert szinte egyből tisztességes, elfogadható árat mondanak, mi például összesen 1500 forintot fizetünk egy éjszakáért). Négyet alszunk itt összesen. Első nap nem megyünk sehová, hanem inkább pihenünk mert az előző napi utazásban eléggé elfáradtunk. Sétálgatunk a környéken, megnézzük a híres kínai halászhálókat és találunk egy nagyon kellemes kis kávézót, ahol kotyogósban főzik a feketét és finom sütiket készítenek. Pár napra ez lesz a törzshelyünk. Második nap elmegyünk elefántokat nézni, mert Magdust nagyon érdeklik ezek a nagy, intelligens állatok. Klasszikus, fehér Ambassador taxival (ez igen népszerű Indiában, szinte kötelező legalább egyszer ilyennel utazni) visznek ki minket az ”Elefántközpontba”, ahol először megnézzük, hogyan fürdetik ezeket a hatalmas emlősöket (a fürdetők itt is borravalót kérnek, de már kezd elegünk lenni abból, hogy itt a fehér bőrszín az egyenlő a gazdagsággal és a pénzünkön túl a legtöbb embert nem igazán érdekli, hogy valójában kik is vagyunk), majd sétálgatunk az állatkertben (no, nem kell valami hatalmas dologra gondolni, pár majom, madár és patás állat jeleni az állatállományt, de azért érdekesek). Hamarosan visszataxizunk a városba és még arra is jut időnk, hogy délután bicikliket béreljünk. Átkompozunk az öböl túlpartjára és elindulunk észak felé a tengerpart közelében. Hamar kiderül, hogy itt nem sok fehér embert láttak még a helyiek életükben, mert folyamatosan integetnek a gyerekek és mosolyogva köszönnek a felnőttek. Miután elhagyjuk az aszfaltozott utat, kis falvakon keresztül vezet az utunk, ahol kókuszpálmák és banánfák között fakunyhók gubbasztanak, kutyák és tehenek kóborolnak mindenfelé és egyenruhás iskolások bicikliznek hazafelé (vagy ki tudja, hová). Sajnos a tengerpart nagy része le van zárva, mert egy hatalmas vegyi üzem működik itt, valószínűleg olajfinomító. Azért végül kijutunk a vízhez (ez a Bengáli-öböl), látunk néhány ideges rákot akik állandóan elmenekülnek előlünk, majd visszaindulunk, mert már sötétedik, de nem sokáig jutunk, mert egy autóból kiszólnak, hogy várjunk egy pillanatot. No, vajon mit akarnak eladni? Kiderül, hogy semmit (már megint elfelejtettük, hogy ez Kerala), hanem egy filmet forgatnak a környékről, és minket is felkérnek, hogy szerepeljünk egy pár másodperces beszélgetés keretében. A főszereplő (mi legalábbis így tippeljük) jön, bemutatkozik, mi is megtesszük ugyanezt, és már véget is ér hirtelen felívelt karrierünk. E-mail címert cserélünk azzal, hogy majd átküldik a kész művet, de azóta még semmit nem kaptunk. Alkonyatkor kompozunk vissza a túlpartra és elégedetten nyugtázzuk, hogy itt is sikerült eljutnunk egy turisták által kevésbé látogatott helyre. Másnap sajnos korán kelünk, mert megyünk hajókázni! Kerala egyik híressége a csatornarendszer amely több száz kilométer hosszan hálózza be a tartományt. Két amerikai, egy Ausztráliában élő horvát valamit egy csendes izlandi társaságában vágunk neki a rövid buszútnak, majd kevesebb mint egy óra elteltével egy kis fahajóba szállunk át amit hatalmas evezővel kormányoz egy hozzáértő helyi. Csendes vizeken ringatózunk (bár Magdus szerint a horvát túl sokat beszél, no valahol igaza is van), látunk királyhalászt (ez egy nagyon szép, színes helyi madár amit egy repülőtársaság és egy sör után neveztek el így) majd kikötünk ebédelni. Indiai tartózkodásunk alatt az egyik legfinomabb étkezésben van részünk (és ez tényleg nagy dolog, mert rengeteg finomságot próbálunk ki három és fél hét alatt), banánlevélen szolgálnak fel különféle ínyencségeket, amelyek mindegyike vegetáriánus. Délután meglátogatunk egy kis falut ahol kókuszhéjból sodornak kötelet (mosolygunk egyet azon, hogy a szárítókötelek műanyagból vannak)és megkínálnak frissen feltört kókusszal, aminek a héját eltesszük emlékbe. Most még kisebb csatornákon haladunk, a horvát továbbra is sokat beszél, Magdus egyre mérgesebb, de azért végül verekedés nélkül végződik a nap és a törzshelyünkön egy kávéval ünnepeljük meg, hogy újra sok élményben volt részünk. Másnap reggel (kis késéssel) meggyújtunk egy néhány gyertyát halottak napja alkalmából, majd buszra szállunk, kimegyünk a pályaudvarra és a következő több mint egy napot vonaton töltjük. Sleeper osztályon utazunk Mumbaiba, és személyesen is meggyőződünk arról hogy a hindi nyelvben a ”sleeper” szó nem ”alvást” jelent.
Komentuj [0]


MIĘDZY TAJLANDIˇ A KAMBODŻˇ @ 2010-12-02 06:14

Tajowie to generalnie rzecz bior±c mili i uczciwi ludzie. Ale, jak zwykle, bywaj± wyj±tki. Przewodniki turystyczne ostrzegaj±, że w Tajlandii nie należy publicznie nikogo krytykować, a tym bardziej robić tego podniesionym głosem, bo może się on stać agresywny. Każde inne zachowanie ze strony przyjezdnego niż spokojna rozmowa może zostać odebrane jako obraza, czyli co¶, co Tajowie nazywaj± traceniem twarzy. A tego boj± się oni panicznie.

Wiedzieli¶my o tym od pocz±tku i, choć nie bardzo wierzyli¶my, że ci ludzie s± w stanie być agresywni, zgodnie z zaleceniami, każd± sytuację konfliktow± rozwi±zywali¶my spokojnie i z u¶miechem na ustach. Nie inne było nasze podej¶cie do kierowcy minibusa, który miał nas zawieĽć do Kambodży. Tym razem to jednak nie wystarczyło, bo w imię bycia uprzejmym nie mieli¶my zamiaru dać się oszukać. No i skończyło się na policji.
Przej¶cie graniczne między Tajlandi± a Kambodż± w Poipet to jeden wielki przekręt. Zaczyna się od najpopularniejszej sztuczki, na której też zazwyczaj również się kończy, chodzi mianowicie o to, że kierowca busa wysadza grupę w restauracji (zupełnie przypadkiem należ±cej do jego rodziny), ogłasza przerwę, po czym podtyka ludziom pod nos papiery potrzebne do otrzymania kambodżańskiej wizy, ż±daj±c za ni± 1200 bath. Byli¶my na to przygotowani. Na granicy wiza turystyczna kosztuje 20 dolarów, czyli około 600 bath. Ale kierowca bezczelnie twierdził, że na granicy (jakim¶ cudem) jest o wiele drożej. Uprzejmie podziękowali¶my, powiedzieli¶my, że to dla nas żaden kłopot i nasze wizy chcemy mimo wszystko zrobić na granicy. U¶wiadomili¶my też resztę grupy (parę z Anglii, dwie Finki, dwie Niemki i Kanadyjczyka). Wszyscy zgodnie stwierdzili, że (nie dla pieniędzy, ale dla zasady) robimy wizy na granicy. I wtedy się zaczęło.

Kierowca zacz±ł od krzyczenia, że wizy mamy zrobić u niego. Kiedy po raz kolejny uprzejmie podziękowali¶my (na razie tylko my dwoje), kazał nam się wynosić z autobusu. Poprosili¶my więc o zwrot połowy pieniędzy, bo byli¶my w połowie drogi i o¶wiadczyli¶my, że wysi±dziemy, ale na granicy, a nie osiem kilometrów przed ni±, gdzie znajdowała się restauracja. O żadnym zwrocie pieniędzy oczywi¶cie nie było mowy, a zabranie nas do granicy oznaczałoby, że zostaniemy z grup±, która miałaby wtedy namacalny dowód na to, że została oszukana. Kierowca poczuł, że może „stracić twarz” i zareagował podręcznikowo: rzucił się na Pétera z łapami, celuj±c w głowę i przechwalaj±c się, jak na buraka przystało, że trenuje tajski boks. Péter jednak (wielki szacun) zachował stoicki spokój, nie dał się sprowokować. Akt agresji, na który odpowiedziano spokojem jest dla Taja o wiele większym poniżeniem niż wzięcie udziału w bójce.

Po incydencie kierowca schował się gdzie¶ na zapleczu. Postanowili¶my nie ryzykować kolejnego spotkania z idiot± i zabrali¶my nasze rzeczy. Zostawili¶my mu jedynie wiadomo¶ć, że dopilnujemy, aby o informacja o zaj¶ciu doszła do jak największej liczby portali turystycznych (typu Wiki Travel), do po¶redników na wyspie etc. Reszta grupy, oburzona zachowaniem kierowcy, pobiegła do jego żony wypełnić wnioski o wizę. Kompletny brak jaj. A żeby ich przekonać, opuszczono „państwow±” cenę wizy z 1200 na 1000 bath.

Do granicy dojechali¶my tuk-tukiem. Jego kierowca też próbował wysadzić nas u znajomego, który robi wizy, ale tym razem przynajmniej odmowa została zrozumiana już za pierwszym razem.

Na granicy, z pewnymi obawami, zgłosili¶my sprawę na policji. Procedura okazała się szybka i bezproblemowa, mała szansa jednak, że zgłoszenie będzie miało jaki¶ realny efekt.

To była próba oszustwa numer jeden. Drugie podej¶cie – kole¶ stoj±cy przed okienkiem, gdzie wydawane s± wizy, twierdz±cy, że jak zapłacimy 1000 bath, to wiza będzie gotowa w 5 minut, w przeciwnym razie będziemy musieli czekać 20-30 minut. Chwilę wcze¶niej spotkali¶my się z nasz± grup±, któr± przej±ł kambodżański kierowca. Była więc szansa, że załapiemy się na autobus, za który w końcu zapłacili¶my. A kole¶ przed okienkiem sk±d¶ o tym wiedział.

Podziękowali¶my. Nie mieli¶my dolarów, za wizę (która tak czy owak wydawana jest od ręki) musieli¶my zapłacić w tajskiej walucie. Policzyli nam 800 zamiast 600, twierdz±c, że taki jest oficjalny przelicznik. No ale trudno, tego już nie mieli¶my jak im udowodnić. Nie dali¶my się za to naci±gn±ć na dodatkowe 100 bath od wypełnionego wniosku, których zaż±dał wydaj±cy nam je mundurowy. Kiedy powiedzieli¶my „nie”, usłyszeli¶my „No weĽcie, tylko 100, na kawę”. Próba numer cztery.

Przez konieczno¶ć wyrobienia wizy, wyl±dowali¶my na końcu kolejki do ostatecznego sprawdzenia dokumentów, tuż za Niemkami z naszej grupy. Byli¶my więc nie więcej niż minutę za nimi. Wystarczaj±co czasu, żeby kambodżański kierowca upchn±ł grupę do minibusa i w po¶piechu odjechał, zostawiaj±c nas na pastwę tego samego człowieka, który próbował przekonać nas do wyrobienia wizy w pięć minut.

Zignorowali¶my go i zaczęli¶my szukać transportu na własn± rękę. Nieco ciężkie zadanie, kiedy każda osoba, zapytana o dworzec autobusowy, proponuje ci swoj± taksówkę. Ostatecznie wsiedli¶my do „darmowego” autobusu z granicy na dworzec. Do podjęcia próby przekonał nas fakt, że w ¶rodku siedziało dwóch starszych Włochów, z których jeden twierdził, że mieszka gdzie¶ w okolicy. Powinni więc wiedzieć, co robi±.

Autobus wywiózł nas kilka ładnych kilometrów za miasto i zatrzymał się na „dworcu międzynarodowym”, gdzie oczywi¶cie okazało się, że niby jaki¶ autobus jest, ale za wiele godzin, za to możemy wzi±ć taksówkę. Tak± oficjaln±, państwow±, godn± zaufania. To nie to, co taksówka złapana na ulicy.

Kilka minut po nas przyjechał kolejny „darmowy” autobus. Doł±czyła do nas rodzina z Czech, chłopak z Niemiec i Nowozelandczyk. Oraz nasz stary przyjaciel, kolega od pięciominutowej wizy.

Nasza nowa grupa okazała się sensowniejsza od poprzedniej. Znów nie chodziło o cenę, na autobus wszyscy przestali¶my już liczyć, a za taksówkę st±d zapłaciliby¶my tyle samo, co za tę z granicy. Chodziło o zasady i ci ludzie tym razem je mieli.

Na dyskusjach spędzili¶my jakie¶ piętna¶cie minut. Najbardziej zirytowany był ojciec rodziny z Czech, na nasze szczę¶cie barczysty, dwumetrowy facet. W kraju, w którym nawet ja jestem wysoka, taki człowiek może mieć nieco więcej do powiedzenia niż inni. Miejscowi, widz±c, że nie trafili na łatwych klientów, zaczęli mieć dosyć, kiedy Czech wyj±ł telefon, żeby zadzwonić na policję. Zrobili co¶, na co my¶leli¶my, że się nie zdobęd± – odwieĽli nas swoim „darmowym” autobusem na granicę. I o dziwo, nie była to kolejna sztuczka.
Nie maj±c innego wyj¶cia, umówili¶my się z Niemcem i Nowozelandczykiem i razem złapali¶my taksówkę do Siem Reap, do którego dojechali¶my bez dalszych komplikacji jakie¶ dwie i pół godziny póĽniej.
Nie był to łatwy dzień, na tej całej zabawie stracili¶my też trochę pieniędzy, ale warto było.
My: przej¶cie graniczne w Poipet 4:1.


Na koniec mała rada dla osób wybieraj±cych się w te rejony, bo każde Ľródło podaje inn± informację: WIZA TURYSTYCZNA DO KAMMODŻY KOSZTUJE 20 DOLARÓW. Nie 25, ani nie 40. Najwygodniejszym sposobem dostania się z Tajlandii do Kambodży jest z góry opłacony minibus. Bilety można kupić w dowolnym hotelu lub o¶rodku. W większo¶ci przypadków kierowca BĘDZIE PRÓBOWAŁ SPRZEDAĆ WIZĘ ZA 40 DOLARÓW JESZCZE PRZED GRANICˇ. A już na pewno będ± to próbowali robić kierowcy FIRMY „KATTI POL”, KTÓREJ NIE POLECAMY. Dojeżdżaj±c do granicy lepiej mieć przy sobie dolary, bo przeliczniki s± bardzo niekorzystne. Je¶li chce się unikn±ć całego zamieszania i wykłócania się na granicy, WIZĘ MOŻNA ZROBIĆ PRZEZ INTERNET. Koszt to 25 dolarów, nieco więcej niż na granicy, ale te pięć dodatkowych dolarów może bardzo ułatwić podróż.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]