magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
KUCHNIA KOREAŃSKA @ 2010-08-31 17:40

Tu znów nie ma no co narzekać. Po krótkim doświadczeniu z kuchnią chińską wydaje mi się, że ta druga wygrywa, nie da się też ukryć, że jest kilka razy tańsza, ale za to w Korei mają cudowny zwyczaj: dodatki. W barze czy restauracji płaci się jedynie za główne danie, czyli ryż, zupę etc., a wszystko, z czym się je je, a więc właśnie „side dishes” jest za darmo i w dowolnej ilości. Na małych talerzykach można znaleźć różne rzeczy w zależności od lokalu (co przypomina nam nieco hiszpańskie tapas), są tam warzywa świeże i gotowane, sosy, czasem ryba oraz – co najważniejsze – kim chi. Kim chi, czyli kapusta pekińska marynowana w ostrym sosie, to nieodłączny element każdego koreańskiego posiłku i jedyna rzecz, której można być pewnym zamawiając coś z karty. Reszta dla nieznających koreańskiego jest niespodzianką, bo ciężko tu znaleźć zdjęcia przy nazwach potraw. Osobiście wyszliśmy całkiem nieźle na wskazywaniu na chybił-trafił czegoś z menu, raz tylko mieliśmy mały problem, kiedy to prawie zamówiliśmy dwie butelki piwa na pierwsze i dwie butelki koreańskiej wódki na drugie danie.
Jedną ze specjalności regionu jest faszerowany kalmar. Spróbowaliśmy go na targowisku rybnym nazywanym na potrzeby obcokrajowców Sushi Market. Zupełnie niezła rzecz, chociaż wolałabym widzieć ją od razu pokrojoną. Oprócz tego na targu można dostać kraby, ośmiornice, małże i ryby, większość w przynajmniej dwóch formach: świeżej i wysuszonej. Owoce morza to istotny element kuchni koreańskiej, ale nie stronią też od mięsa. Popularną formą posiłku jest barbecue. W wielu miejscach stoły wyposażone są w blat barbecue lub ewentualnie gazowy palnik, na którym klienci sami przygotowują swoje jedzenie. Do krojenia rzadko kiedy używa się noża, częściej są to nożyczki, co w wielu wypadkach jest jak najbardziej uzasadnione. Je się pałeczkami oraz łyżką. W przeciwieństwie do reszty Azji, pałeczki w Korei są metalowe, do tego bywają nieco mniejsze od drewnianych. Dodatki zazwyczaj ustawione są pośrodku stołu, tak że każdy nakłada sobie do miseczki to, na co ma akurat ochotę lub je prosto ze wspólnej miski. Czasami między dodatkami można znaleźć liście, może to być sałata lub inna roślina, widzieliśmy dwa różne typy, ale nie jestem w stanie powiedzieć, co to było, wyglądało jak zerwane z drzewa. Bardzo przypadł nam do gustu sposób ich użycia. Na liścia nakłada się w niewielkiej ilości dowolne rzeczy z pozostałych misek, następnie zawija w coś na kształt gołąbka i zjada na raz.
To, czego nie widzieliśmy w Korei to dobry chleb. Pieczywo jako takie nie jest częścią koreańskiej tradycji, piekarnie obecnie istnieją, zazwyczaj pod jakimiś europejskimi nazwami typu „Paris baguette”, ale dostać tam można głównie ciastka, z chleba jest jedynie biały tostowy oraz w wyżej wymienionej piekarni także bagietka. W normalnych spożywczakach pieczywa zazwyczaj w ogóle nie ma. Jest za to kim bab, czyli coś, o czym w Europie powiedziano by sushi. Jest to chyba najtańsze jedzenie, jakie można tu znaleźć. Za 10-12 kawałków trzeba zapłacić mniej niż 3 złote, z czego korzystamy dosyć często.
No i na koniec o czymś jedynie pośrednio dotyczącym jedzenia. W Korei dostaliśmy mnóstwo drobnych prezentów, prawie zawsze w postaci jedzenia. A to bakłażan od starszej pani sprzedającej warzywa, a to dodatkowe ciastko w piekarni, innym razem lody w „Family Mart” czy mrożona kawa od właściciela kawiarni. Jak już mówiłam, Korea to jedno z najbardziej przyjaznych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy.
Komentuj [0]


WAKACJE W SOKCHO @ 2010-08-30 17:44

Przed przyjazdem do Sokcho nie zdążyłam kupić kremu do opalania. I całe szczęście, była by jeszcze jedna rzecz do noszenia. Padać zaczęło już po drodze, pierwszego dnia naszego pobytu nad morzem padać przestało, a zaczęło lać. Uznaliśmy, że niemożliwe, żeby tak było przez całe pięć dni, szczególnie, że do tej pory przez długi czas było 40 stopni w cieniu. Pomyliliśmy się. Pięć dni z rzędu padać może. Słońce widzieliśmy tak naprawdę raz, zdaje się czwartego dnia. Chmury nad pobliską plażą (i tylko nad plażą) rozstąpiły się na kilka godzin. Zdarzyło się to rano, niemal siłą wyciągnęłam Petera z lóżka, żeby przełożył się nad wodę. Koreańczycy nie podzielali naszego zachwytu słońcem, dwóch młodych mężczyzn zaoferowało nam nawet miejsce pod swoją rozciągniętą na metalowym stelażu płachtą mającą chronić od promieni słonecznych. Nie wiemy, czy wynika to z tego, że skóra Koreańczyków jest zbyt wrażliwa, czy może opalenizna nie jest modna, ale na plażę wszyscy przychodzą chować się przed słońcem. Rzadko kiedy można zobaczyć kogoś w kąpielówkach czy bikini, siedzą pod tymi płachtami normalnie ubrani, tak też wchodzą do wody. Widziałam nawet kilka osób w krótkich dżinsach. Nienajlepszy, moim zdaniem, wybór na strój kąpielowy, ale też mało kto pływa, Koreańczycy w wodzie zajmują się głównie siedzeniem na dmuchanych kołach i piszczeniem przed każdą nadchodzącą falką. Więc może dżinsy im nie przeszkadzają.
Pogoda nie dopisała, ale tak czy tak odpoczęliśmy. Od wyjazdu z domu tylko w jednym miejscu spędziliśmy trzy noce, poza tym zawsze jedna lub dwie. Trochę biegania jak na półtora miesiąca. Kilka nocy pod rząd w jednym łóżku, do tego rozpakowany wreszcie plecak – to daje siłę na dalszą podróż. Pomimo chmur i deszczu udało nam się trochę popływać, pobiegać, znaleźć siłownię, odwiedzić tzw. Sushi Market, trafić do kilku miłych knajpek i wreszcie się wyspać. Z angielskim nie jest tu już tak dobrze, jak w Seulu, w zasadzie jest z nim zupełnie źle, ale udało nam się zawrzeć kilka ciekawych znajomości. Pismo obrazkowe działa bez zarzutu. Mały notesik i długopis powinny być podstawowym wyposażeniem każdego podróżującego obcokrajowca. Za jego pomocą wynajęliśmy też minbak, czyli najtańszy rodzaj noclegu, coś w stylu mini mieszkania wydzielonego z domu właściciela i wynajmowanego przyjezdnym. Śmiało można powiedzieć, że nasz pokój był luksusowy. Wybraliśmy nieco droższą wersję, ale za to z małą kuchnią i normalnym łóżkiem. Spanie u Theo nie przekonało nas jakoś do ich mat. Ceny noclegu i tak były zupełnie sensowne, jako że oficjalny sezon już się skończył.
Dlaczego wybraliśmy akurat to miejsce? Sokcho to niewielka malownicza miejscowość otoczona z jednej strony porośniętymi lasem górami, a z drugiej szerokimi plażami i przezroczystą wodą Morza Wschodniego (czy też, jeśli ktoś woli, Morza Japońskiego). Myśmy tego oczywiście nie wiedzieli. Próbowaliśmy dowiedzieć się od kilku osób, włączając w to informację turystyczną, gdzie w Korei można spędzić kilka spokojnych dni nad wodą, ale wszyscy tylko rozkładali ręce, twierdząc, że o mało turystycznych miejscach nic nie wiedzą. Ale gdy powiedziano nam, że sezon właśnie się skończył, stwierdziliśmy, że możemy jechać gdziekolwiek, więc wsiedliśmy w jakiś jadący na wschód autobus i wysiedliśmy na ostatniej stacji w niewielkiej odległości od morza, a następnie przesiedliśmy się do podmiejskiego autobusu, którym chcieliśmy dojechać jak najbliżej malutkiej wioski, o której nikt niczego nie wiedział, poza tym, gdzie jest na mapie. Kierowca autobusu niestety tylko udawał, że rozumie znaczenie słów „the last stop” i, myśląc, że oddaje nam przysługę, radośnie wysadził nas przy jakiejś popularnej plaży. Do następnego autobusu zostało trochę czasu, spróbowaliśmy więc stopa. Ostrzeżono nas wcześniej, że w Korei łapanie okazji nie jest zbyt popularne, że jeśli będziemy machali na samochód to się on zatrzyma, ale dlatego, że kierowca będzie myślał, że stało się coś złego. Napisaliśmy więc na kartce nazwę miejscowości w dwóch alfabetach: łacińskim i koreańskim. Poprawność tej drugiej była wątpliwa, bo mieliśmy tylko angielską mapę, ale ktoś nas zabrał po kilku minutach i w dodatku wysadził tam, gdzie chcieliśmy. Z tym że tam faktycznie nie było czego szukać. Ruszyliśmy dalej, zahaczając po drodze o bank. W Korei nie każdy bankomat akceptuje zagraniczne karty. Może inaczej: mało który je akceptuje. Peter wszedł więc do banku zapytać, czy da radę jakoś inaczej wyciągnąć gotówkę. Nikt po angielsku ani słowa, ale wszyscy pracownicy zbiegli się, żeby nam pomóc. Wsadzali kartę w różne czytniki, dzwonili, kombinowali, co by tu zrobić. I znaleźli rozwiązanie, ale tłumaczenie go nam po koreańsku niewiele pomogło. Ktoś, chyba szef, wpadł na pomysł, żeby zadzwonić do znajomego, który zna trochę angielski. Skończyło się na tym, że ten sam gość wpakował nas do swojego samochodu, zawiózł do Yang Yang, zaprowadził do bankomatu, a następnie na przystanek autobusowy, gdzie poczekał z nami i poinstruował kierowcę, że ma nas wysadzić w sąsiedniej miejscowość przy ładnej plaży. Brakowało tylko, żeby nas nakarmił. Nic straconego, podobno w Chinach karmi się autostopowiczów, wiemy to z pewnego źródła. W każdym razie z autobusu wysiedliśmy przy plaży właśnie w Sokcho, gdzie spędziliśmy udane deszczowe wakacje.
Komentuj [0]


2010. 08. 11. – Szerda (Wierszyna) @ 2010-08-27 16:05

Elvileg. Busz persze nincs, de ezen nem lepodunk meg kulonosebben. Biztosan elore le kellett volna foglalni a neten, akkor nem lett volna gond. Akkor taxi. Az draga. Persze vannak onjelolt „taxik” is, esetunkben egy fogatlan, mosolygos bacsi piros Zsigulival. Hat kell ennel jobb? Raadasul egeszen Wierszynaig visz es meg az arbol is sikerul alkudni, ugyhogy megint vegul ugy erezzuk, hogy o tesz nekunk szivesseget (habar ha belegondolunk, hogy Wierszyna 80 km (azaz neki 160 km út) es mindezt 5000 forint alatti arert, raadasul piros Zsiguliban…). Az út persze eltart egy darabig, meg megallunk tankolni, kereket cserelni (tiszta Forma 1), majd meg feluton egy burjatok altal szentnek tartott helyen is (itt a bacsi olajat ellenoriz es ragyujt ugy, hogy a cigijenek a vegebol lecsippent egy darabot es kidobja az ablakon azzal, hogy ezt a burjat isteneknek szanja. Nem egy ilyet lattunk. Erdekes. O maga egyebkent nem burjat, hanem orosz. Delutan erkezunk meg Wierszynaba, valamivel vegul tobbet adok a soforunknek (igaz, nem o keri), meg szamot (es persze Facebook bejelentkezo nevet) cserelunk arra az esetre, ha visszafele nem kapnank fuvart, majd elindulunk felfedezni Wierszynat. A falurol roviden: 1910-ben alapitottak lengyel kivandorlok. Oket nem eroszakkal hoztak ide, hanem ebben az idoben ez a kornyek annyira lakatlan volt, hogy ingyen lehetett foldhoz jutni, es voltak olyanok, akik ugy dontottek, hogy itt jobban boldogulnak majd. Igy vannak a kornyeken ukranok es egyeb kivandorolt nepek is. Azert 39-ben nem jartak tul jol, mert nehany tucat fiatalt elvittek, majd evek mulva kaptak vissza a halotti jelentest rolunk ezzel a bejegyzessel: halal oka: tarkoloves (a rendszer ellensege). No azert manapsag nincs ilyen, de persze nem kolbaszbol van a kerites. A faluba foldut vezet, igy nagyobb esozes alkalmaval lehetetlenseg eljutni ide (bar magaban a faluban aszfaltozott út van), ugy hatszaz ember el itt, akinek a 70 %-a lengyelul beszel. Meglepoen sok gyereket lattunk a faluban mindenfele, az iskolaban oroszul tanitanak, de lengyelorak is vannak (Lengyelorszagban vegzett tanar tanitja). Van egy lengyel kulturhaz is amit lathatoan felujitottak, a falu szazeves evfordulojanak alkalmabol, amikor allitolag nagy buli volt. A hazak egyebkent feltunoen rendezettebbek mint altalaban az orosz falvakban, sokkal kevesebb a szemet es a folosleges holmi az udvarokon. Lassan elsetalunk a templomig, ami nagyon szep kis faepulet, mogotte pedig ott a plebania, ahol megtalaljuk a papot. Lengyelorszagban elt eddig o is, november ota van csak itt (egyebkent valoszinuleg o el a legjobban az egesz faluban, legalabbis a lakasat elnezve). O azt mondja, hogy mivel nala eppen van negy fiatal nem tudunk itt aludni, de probaljuk meg a kulturhazban, hatha. El is setalunk ide, de senki nincs, igy vegul lefekszunk a sorpadokra es alszunk par orat, majd megebedelunk. Keso delutan erunk vissza a paplakhoz, ahol mar ott vannak az atya vendegei, negy fiatal Kielcebol. Beszelgetunk, iszogatunk, es vegul ok mondjak, hogy meg van hely a szobaban, a foldon el tudunk aludni. Ezt ki is hasznaljuk, a zuhanyzasi lehetoseggel egyutt, majd hamarosan lefekszunk, mert masnap reggel negyed hatkor indul a busz Irkutskba, persze nem Wierszynabol, hamen az ot kilometerrel arrebb levo falucskabol. Legalabb sok csillagot latunk majd, mert a vilagitas nem veszi el a fenyuket.
Komentuj [0]


2010. 08. 10. – Kedd (Olkhon, Ust-Urdinski) @ 2010-08-27 16:05

Masnap reggel megint nem jon ossze az, hogy a buszrol barmit is mondjanak (bar az kiderul, hogy Ust-Urdinskibe nincs jarat, ide egyebkent azert szeretnenk menni, mert Wierszyna innen kozelebb van mint Irkutskbol, de errol majd kesobb). Vegul ugy dontok, hogy bemegyek a faluba, hatha ott sikerul tobbet megtudnom. No, a buszallomason ki is derul, hogy persz, hogy van busz oda, ahova mi szeretnenk menni, sot joval olcsobb is mint a hosteles ar (ujabb trukk). Veszek ket jegyet egy orara, Magdussal osszepakolunk, majd visszasetalunk a buszallomasra. Itt mar all a jo oreg kommunista idokbol visszamaradt busz, meg a megkommunistabb idokbol visszamaradt bajszos buszvezeto, aki meg mindig ugy gondolja, hogy szivesseget tesz nekunk azzal, hogy elvisz. Az otvenfos buszon tizenot fo ul, de nem akarja engedni, hogy felvigyuk a hatiszakokat (ebben van minden cuccunk, ha ugyis ilyen kevesen vannak, minek kipakolni). Azert megis felvisszuk oket, de a bajszos mar jon is, hogy vigyuk le (mondjuk ha az elejetol fogva normalisan kerte volna, akkor szerintem egybol betettuk volna alulra). Nem visszuk. Akkor en menjek le es beszeljek a jegyeladokkal. Jo. Egy jo husz percet vitatkozunk, allitolag plusz penzt kell fizetni a csomagokert, mire en mondom, hogy ezt nem mondtak, ok meg, hogy en nem mondtam, hogy van csomagunk (na, mondjuk ez is igaz). Szerencsere van egy fiatal lany aki beszel angolul, igy vegul egy csomag arat fizetem ki, amit a bajszos egybol zsebre tesz. Oroszorszag – harmadik resz. A buszut egyebkent korubelul het oran keresztul tart (150-200 km), utkozben meg afonyat is veszek ket kedves burjattol, majd megerkezunk Ust-Urdinski kulvarosaba. Innen tehenekkel szegelyezett uton besetalunk a kozpontba (szokasos felhokarcolok), meg megprobalunk stoppolni Wierszyna fele, de csak par szaz metert utazunk egy kedves helybelivel egy szallodaig. Haromcsillagos, de mar olyan faradtak vagyunk, hogy nem banjuk (meg nem is hiszem, hogy sok mas szallas lenne ebben a turistakozpontnak nem igazan nevezheto varosban). Na mindegy, majd mason sporolunk (azota mar nehanyszor monduk ezt, de Kinaban meg Indiaban majd tenyleg). Itt vegre rendesen megfurdunk (meg kad is van, igaz a víz vasas, de hat biztosan welness szalloba csoppentunk), elsetalunk, hogy vegyunk valamit vacsorara majd lefekszunk aludni, mert masnap viszonylag koran indul az egyetlen busz, ami a Wierszyna melletti falucskaig visz.
Komentuj [0]


2010. 08. 09. – Hetfo (Olkhon) @ 2010-08-27 16:04

Ma igazi turistak vagyunk. Reggeli utan kisbuszos kirandulasra megyunk. No azert annyira nem veszes, mint a Japanok Romaban, de azert eleg tomeg van (na jo, mondjuk 15-20 kisbusz megy ugyanazon az utvonalon). Mivel keves idonk van itt, sajnos csak igy erdemes kozlekedni a szigeten, mert azert a masik vege 40 kilometerre van, amire gyalog ugy 3-4 nap kellene. Majd legkozelebb. A kisbusszal a sziget nyugati partjan megyunk vegig, par helyen kiszallunk, majd megerkezunk a legeszakibb pontra (Khoboy) ahol neha Nerpa-t, azaz bajkali fokat is lehet latni. Mi nezelodunk, es latunk is egy tavoli szurke pontot mozogni egy sziklan, amit ki is nevezunk fokanak (lasd: fotok). Ezutan visszasetalunk a buszhoz (ez nem egyszeru, mert eleg sok van meloluk es mind hasonloak) ahol megebedelunk (soforunk foz halaszlet – halfejjel – teat, sajtos kenyeret (ezt nem fozi)), majd indulunk is vissza. Utitarsaink egyebkent ket brazil, ket osztrak, ket francia es egy idosebb orosz no, aki mindig ugy erzi, hogy mindent meg kell magyaraznia. Lehet, hogy o is a Kossuth-ot hallgatja? Meg nehany helyen megallunk, latunk egy nagydarab burjatot lovaskocsizni a pusztaban es itatni a tonal (lasd: fotok) es vegul visszaerunk a szallasra. Itt vacsorazunk, megprobalok par dolgot kideriteni a masnapi buszrol (igen segitokeszek, tiz korul megyek le a recepciora, meg ketten ott ulnek, de amikor busz utan erdeklodom azt mondjak, hogy sajnos csak kilencig van felvilagositas. Oroszorszag – masodik resz). Sebaj, azert megprobalunk valamennyit aludni.
Komentuj [0]


2010. 08. 08. – Vasarnap (Olkhon) @ 2010-08-27 16:03

Nem tudom, hogy miert, de mindig sportban jutnak eszembe a dolgok. A mai datumrol peladul az, hogy pont ket eve kezdodott a pekingi olimpia. Ennek ellenere mi meg mindig Oroszorszagban vagyunk (vagyis mar Del-Koreaban, de olyan regen nem irtam, hogy szegeny blog Olkhon szigeten ragadt). Szoval… elso napunk Olkhonon nyugisan telt. Magdus delelott irt, elrendezett par dolgot az Interneten (a WiFi itt pluszpenzbe kerul, egyebkent a szallas sok mas dolog miatt sem szimpatikus, de errol majd talan kesobb). En ezalaltt elmentem setalni, ultem egy kicsit a toparton, majd visszabaktattam a szallasra ebedelni. Kozben meg sikerult azert talalnom egy vizforralot (az amit otthonrol hoztunk kicsit elolvadt). Ebed utan pihenes, majd elsetaltunk a kozpontb (huhuuuu, felhokarcolok meg ilyesmi), ettunk egy fagyit (ez az egyetlen igazan jo kaja Oroszorszagban, ja meg a kaviar es a szaritott hal is, de Magdus ezeket nem szereti, igy en dupla adagot kapok. Ennel mar csak egy muzulman feleseg lenne jobb), majd mikor visszaerunk en leultem irogatni (szakdolgozatot). Egy kave mellett sikerult is befejezni egy ujabb reszt, az ido meg ugy elszaladt, hogy mehettunk is vacsorazni. Egy kis pihenes utan meg elmentunk futni a Bajkal partjan, lattuk, hogy mikeppen kempingeznek orosz fiatalok es a napot vegul egy szaunazassal zartuk (ez nagyon jo volt, de kesobb felfedeztuk, hogy ez egy ujabb trukk: mikor megjon az ember, akkor megmutatjak neki a „banya”-t, ami egy kis futott szoba meleg es hideg vizzel, semmi kulonos, de tisztalkodni azert jo. Itt, ha feliratkozol, akkor eltolthetsz 20 percet. Ezutan megmutatjak a mellette levo szaunat, ami tenyleg jo, kis pihenohelyiseggel, stb. Ez viszont fizetos. Gondolkodtunk, hogy megeri-e, de vegul ugy dontottunk, hogy hat egyszer vagyunk itt, majd mason sporolunk. Igenam, de mint kesobb kiderult, van egy ugyan ilyen szauna a tabor masik reszen, ami nem fizetos, csak azt nem mutatjak meg. Sajnos sok ilyen kis dolog van meg amin probalnak keresni, de hat kihasznaljak azt, hogy ez az egyeduli hely a szigeten ami nemzetkozileg ismert – Wikitravel, Lonely Planet, stb. A masik pedig az, hogy az emberek az ilyen „hostel” jellegu helyeken ahoz vannak hozzaszokva, hogy altalaban az uzemeltetok nem arra mennek ra, hogy levegyenek, hanem hogy amellett, hogy keresnek valamit, egy baratsagos legkort biztositsanak. Hat ez itt nem ilyen, es bizony – habar nem szeretek igy altalanositani – eleg orosz stilusus. Na mindegy). Kepzelheto, hogy szaunazas utan jot aludtunk.
Komentuj [0]


O KOREI I KOREAŃCZYKACH OGÓLNIE @ 2010-08-25 14:39

Koreańczycy to nie są prawdziwi ludzie. Są narysowani. Powyłazili ze swoich własnych kreskówek, biegają, cieszą się i chichoczą chowając się większymi przedmiotami. Infantylni do granic możliwości. Uwielbiam ich:) Nie spotkałam się jeszcze nigdzie z taką życzliwością. Wszyscy co do jednego uśmiechnięci i bardzo pomocni. Wystarczy stanąć gdzieś (na przykład przed mapą) z głupią miną, a zaraz ktoś podejdzie zapytać, czy przypadkiem nie potrzebujemy pomocy. Potrąć kogoś niechcący to cię przeprosi i będzie się do tego cieszył. Przestępczość w Korei mają prawie zerową i jakoś nas to nie dziwi. Zero tolerancji dla broni i narkotyków. Na stadionie, na którym byliśmy nie było ochrony. Policji też nigdzie ani śladu. Pierwsze miejsce w Azji, w którym czujemy, że ceny są dla nas takie same jak dla tubylców. Do tego kraj jest przepiękny. Maleńki jak na taką ilość ludzi: w Korei Południowej na powierzchni około 100 tysięcy kilometrów kwadratowych żyje 49 milionów ludzi. Straszny tłok, szczególnie w porównaniu z Mongolią, w której na ponad 1,5 miliona kilometrach kwadratowych mieszka zaledwie 2,7 miliona osób (czyli tyle, ile ma Budapeszt na terenie jakieś 17 razy większym od całych Węgier). Ale ścisk nie jest wcale odczuwalny. Koreańczycy są na tyle dobrze zorganizowani, że nigdzie nie ma kolejek. Ani na stacjach, ani w dużym supermarkecie w niedzielę po południu. Wszystko jest pomyślane tak, żeby ułatwić mieszkańcom i przyjezdnym życie. Turystów w Korei nie ma zbyt wiele, ale są na nich bardzo dobrze przygotowani. Pomijam angielskie tłumaczenia w Seulu, mapy i dobre oznakowanie. Poza nimi mają bardzo dobrze przygotowaną informację turystyczną z darmowym Internetem i również darmowym telefonem do połączeń międzynarodowych. Do tego materiały o każdym regionie i każdym aspekcie koreańskiej kultury. Gruby przewodnik łącznie z popularnymi zwrotami, alfabetem etc., za który w każdym innym kraju trzeba byłoby zapłacić tu jest za darmo. Na ich oficjalnej stronie znaleźć można także darmowe lekcje do nauki koreańskiego. Poza tym mają czym się pochwalić. Jest tu wszystko: góry, jeziora, czyste i ciepłe morze. Każdy zakątek kraju ma wygodne i szybkie połączenia z Seulem. W najtańszym autobusie, który był nowoczesny, bardzo czysty i wygodny po angielsku ogłaszają, za ile się dojedzie i gdzie, ile będzie trwać przerwa itd. Są i drobne niedogodności, ale to szczegóły. Na przykład brak koszy na śmieci na ulicach. Za to nadrabiają toaletami publicznymi, w których zawsze jest papier i mydło (w jednej znalazłam nawet urządzenie, które wydaje odgłosy płynącej wody. Nie wiem po co, mam dwie teorie, ale pozostawię to do indywidualnego interpretacji). Sporo wspominam o toaletach, wiem, ale moim zdaniem jest to aspekt, który dosyć dobrze oddaje mentalność danej narodowości. Porównanie czystych łazienek koreańskich z chińskimi toaletami, które w większości składają się z nieprzedzielonych nawet ścianką dziur w podłodze, zupełnie jakby kilka osób kucnęło sobie w jednym lub dwóch rzędach w lesie, do tego żadnego papieru, mydła, często brak wody czy chociażby kosza na śmieci daje do myślenia. No i język. Koreańczycy mają problem z angielskim. Większość umie go lub rozumie przynajmniej na jakimś bardzo podstawowym poziomie, trudność sprawia im wymowa. Podobno jest to wina systemu szkolnictwa, gdzie nie mają zbytnio konwersacji. Ale za to chcą się porozumiewać, próbują w ten czy inny sposób, to już nie rosyjskie „niet!”.
W Korei bardzo dużą rolę odgrywa wiek. Mają siedem różnych systemów zwracania się do drugiej osoby czy mówienia o innych w zależności od jej pozycji w hierarchii społecznej, a podstawą do oceny tej pozycji jest właśnie wiek. Już różnica jednego roku sprawia, że trzeba używać form grzecznościowych, czyli osiemnastolatek do dziewiętnastolatka musi zwracać się z szacunkiem. To samo w rodzinie. Zawsze ktoś jest wyżej. Zapytaliśmy, co w przypadku bliźniąt, czy wśród nich też ktoś jest wyżej. Theo nie był do końca pewien, ale stwierdził, że najprawdopodobniej ten, który wyszedł jako drugi będzie się musiał zwracać z szacunkiem do „starszego”. Czyli gdybym urodziła się w Korei pewnie musiałabym używać form grzecznościowych w rozmowie z moimi braćmi. Biorąc pod uwagę ten aspekt chyba wolę Polskę, ale ogólnie rzecz biorąc jesteśmy Koreą zachwyceni.
Komentuj [0]


SEUL @ 2010-08-25 14:33

Jeśli spośród tych miejsc, w których byliśmy do tej pory mielibyśmy wybrać jedno, żeby w nim zamieszkać, bez wątpienia byłby to Seul. Miasto do razu po przylocie robi dobre wrażenie. Lotnisko znajduje się na wyspie, do samego Seulu trzeba trochę dojechać, można to zrobić doprowadzonym aż do wyspy metrem. Seul ma najlepszy system metra, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Jest on wciąż rozbudowywany, a mapa rozbudowy zaplanowanej na najbliższy czas robi wrażenie. Duży plus. Na nasz pobyt w stolicy Korei umówiliśmy się z Theo. Chłopak około dwudziestoczteroletni, przesympatyczny, w marcu wrócił z trwającej 600 dni samotnej podróży po świecie. Obecnie uczy się wszystkiego, czego może, łącznie z magią, grą na klarnecie i skrzypcach, teakwondo oraz ze czterema językami. Spędziliśmy u niego trzy noce.
W Seulu jest niesamowita ilość sklepów, barów, piekarni i usług. W Pekinie było tego dużo, tu jest jeszcze więcej. Odnosi się wrażenie, że nikt nie gotuje w domu, wszyscy jedzą w barach. Miasto położone na nieco górzystym terenie, bardzo dobrze oznakowane. Napisy są w dwóch językach: koreańskim i angielskim. W mieście trudno się zgubić. Wszystko jest zadbane i zrobione w przemyślany sposób, aż samo się nasuwa określenie user-friendly. Podobno Seul jest drogi. Na pewno w porównaniu do Chin czy Indii ceny są o wiele wyższe, ale nie jest droższy od Polski. Nasz czas w Seulu spędziliśmy kręcąc się po tradycyjnych targowiskach, małych barach i starych pałacach. O tej porze roku jest wciąż dosyć gorąco, a biorąc pod uwagę wilgotność powietrza miasto nie jest najlepszym miejscem na dłuższy pobyt, dlatego na nasz pięciodniowy odpoczynek postanowiliśmy pojechać gdzieś nad morze. Wybór jest szeroki, szczególnie że sezon wakacyjny skończył się jeden dzień przed zaplanowanym przez nas wyjazdem.
Komentuj [0]


PEKIN @ 2010-08-25 14:25

Było popołudnie, kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie. A była to dopiero połowa drogi. Czekało nas jeszcze kilkanaście godzin jazdy do Pekinu. Wybraliśmy opcję najtańszą – autobus sypialny. Ciekawe doświadczenie, ale nigdy więcej. Leżanki w dziecięcej rozmiarówce, trzy rzędy góra-dół przez cały autobus. Śmierdzi, czego można się spodziewać. Czego się nie spodziewałam to niezmieniana od przynajmniej kilku tygodni poplamiona pościel, z którą zwyczajnie nie ma co zrobić. W autobusie nie ma ani milimetra przestrzeni, gdzie można coś wsadzić czy położyć. Żadnej przerwy pod łóżkiem, półeczki, niczego. Wszystko, co ma się ze sobą, łącznie z butami, które należy zdjąć na wejściu, trzeba jakoś upchnąć obok siebie na mini leżance (w mojej była jeszcze dodatkowa atrakcja – niewiadomo do czego służący filar). Większość przerw na toaletę w miejscach, w których próżno szukać toalety. I żadnego budzenia z okazji przyjazdu na miejsce. Gdyby mnie ktoś nie potrącił pewnie obudzilibyśmy się w drodze powrotnej.
W Pekinie byliśmy umówieni z dziewczyną z CS. Dojechaliśmy metrem gdzieś na obrzeża miasta wedle jej instrukcji, niestety Peter pomylił się przy zapisywaniu jej numeru i nie mogliśmy dać jej znać, że już jesteśmy. Pozostało szukać sieci. Po półgodzinie tłumaczenia Chińczykom na migi, że szukamy Internetu znaleźliśmy miejsce. Okazało się, że Sunny kilka godzin wcześniej napisała nam radośnie, że jednak tego dnia nie może. Wróciliśmy więc bliżej centrum poszukać jakiegoś niedrogiego miejsca.
Są dwie rzeczy, które na pewno zapamiętamy z Pekinu. Pierwsza to niebo, które nigdy nie jest niebieskie. Zanieczyszczenie jest na tyle silne, że nawet w słoneczny dzień jedyne co widać nad miastem to szara kopuła. Druga rzecz to jedzenie. Nareszcie! Bar na barze, restauracja na restauracji, a wszystko tanie i rewelacyjne. Najmniejszy lokal ma kilkadziesiąt różnych rzeczy do wyboru, do tego prawie wszędzie zdjęcia, żeby nie było wątpliwości, co się zamawia. Tutejsze jedzenie nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co można dostać w chińskich budkach w Europie. Oprócz być może ceny. Za obiad dla dwóch osób, którego nie byliśmy w stanie przejeść (ani razu, bo podejść było kilka i do różnych rzeczy) łącznie z napojami płaci się poniżej 10zł. Jeśli takie ceny są w stolicy, to już nie mogę doczekać się prowincjonalnych miasteczek. Do tego dużo warzyw i orzechów różnego rodzaju. A wszystko przygotowywane w kuchniach połączonych z salą przynajmniej oknem, tak że można patrzeć kucharzom na ręce. Odbijemy sobie ten miesiąc w Rosji.
Komentuj [0]


NA GRANICY CHIŃSKO-MONGOLSKIEJ @ 2010-08-25 14:22

Na pociąg udało nam się załapać jeszcze tego samego dnia, którego wróciliśmy do Ulaanbaatar. Odjeżdżał o 20:00, mieliśmy więc sporo czasu na przyjemności typu basen. Malutki i drogi, ale zawsze, nie można wymagać zbyt wiele. Przy okazji poznaliśmy dwóch Francuzów i, nieco mniej typowo, dwóch Izraelczyków będących także w dłuższej podróży. Pociąg dojeżdżał tylko do granicy, którejś z jakiś powodów nie można przekraczać na piechotę, musieliśmy zorganizować sobie jakiś transport na te 2 kilometry, które dzieliły nas od Chin. Najsensowniejsze okazało się najbardziej popularne rozwiązanie. Przy stacji kolejowej stoi pokaźna ilość Łazów, których właściciele oferują przewóz przez granicę. Początkowo nie chciałam z nimi jechać uważając ceny za tak krótki odcinek za zbyt wygórowane, ale po krótkich poszukiwaniach innej możliwości uznaliśmy, że nie warto tracić czasu. Pojechaliśmy z młodym Mongołem, u którego wytargowaliśmy przejazd za 20 000 tugrików (opuszczone z 35 000). Dosyć szybko zrozumiałam, skąd ta cena. Przekroczenie granicy nie zajmuje pół godziny, zajmuje przynajmniej pół dnia. Jak na każdym innym przejściu granicznym spodziewaliśmy się dwóch kolejek (czy raczej dwóch okienek), w tym przypadku po piątej przestałam liczyć. Do czego była pierwsza kolejka – nie mam pojęcia, na końcu drugiej trzeba było zapłacić jakiś podatek, chyba od wjechania na jakiś teren, trzecia to kontrola po mongolskiej stronie, w czwartej czekaliśmy do jakiejś maszyny sprawdzającej, czy nie przewozi się materiałów radioaktywnych (a przynajmniej tyle wywnioskowaliśmy z nazwy zapisanej czymś podobnym do angielskiego; zapytać nie dało rady, bo jechaliśmy z samymi Mongołami nie znającymi innego języka), piąta to znów jakiś podatek, prawdopodobnie za wyjechanie z wyżej wymienionego terenu itp. itd. Do tego sposób działania tych kolejek pozostał dla nas tajemnicą, przestaliśmy nawet próbować doszukiwać się logiki w tym, co robili kierowcy. Łazy, zamiast ustawić się w po kolei, raz ustawiały się na poboczu po jednej stronie, czekając, aż kolejka zrobi się dłuższa, potem wjeżdżały z drugiej, potem ktoś kogoś przepuszczał lub nie przepuszczał, kilka samochodów zakopało się w piachu obok drogi próbując wepchnąć się przed kogoś innego. Parę ładnych godzin kombinacji i przepychanki. I oczywiście żadnej łazienki w promieniu kilku kilometrów. Jeden ze strażników zapytany o toaletę powiedział „No przecież tu jest” wskazując wokół, czyli na zupełnie płaski i pozbawiony jednego krzaka teren wokół przejścia granicznego. Uznaliśmy, że posiedzimy i zobaczymy, naszemu kierowcy i współpasażerom też na pewno zależało na czasie, a że wyglądali na obeznanych w temacie, więc postanowiliśmy nie pytać tylko robić to co oni. I faktycznie zajęli się nami. Żeby było szybciej przepychali nas w kolejkach broniąc przed innymi próbującymi się wepchnąć ludźmi, a nawet zapłacili za nas drugi podatek, bo, idąc za radą Izraelczyków pozbyliśmy się całej lokalnej gotówki, której podobno nie da rady wymienić w Chinach. A bankomatu nie było.
Komentuj [0]


JESZCZE O ROSJI @ 2010-08-25 14:21

Już z pewnej perspektywy. Generalnie rzecz biorąc kraj jest bardziej cywilizowany niż można się tego spodziewać po relacjach ludzi, którzy spędzili w nim trochę czasu. Fakt, to nie Europa, różnice da się znaleźć i bez większego zagłębiania się w kulturę i mentalność Rosjan, ale nie jest tak źle. Ludzie na ulicach wyglądają dosyć normalnie, są zazwyczaj czysto ubrani, pijacy, o których tyle się słyszy, wcale nie rzucają się w oczy i nie sądzę, żeby w Warszawie było ich dużo mniej niż w podobnej wielkości rosyjskim mieście. Sporo osób chodzi z piwem w ręku, ale wódki w zasadzie w ogóle nie widzieliśmy. Co więcej – przez cały nasz pobyt (a mieszkaliśmy u Rosjan, jeździliśmy plackartą, byliśmy na wsi i na większej imprezie) nikt wódki nam nie zaoferował. Piwo, wino owszem, ale wódki nie. Kłóci się to nieco z legendami o tym, że w Rosji wódkę pić trzeba na każdym kroku i z każdym, żeby się nie obrazili. Jedyny ślad po tym, na jaki się natknęliśmy, to kilka osób z koszulkami „Vodka – connecting people”. Choć to oczywiście tylko nasze doświadczenie, być może po prostu mieliśmy szczęście.
Zaskoczyła nas za to inna rzecz, która odpowiada stereotypom, a której, patrząc na sklepy, ulice i przechodniów trudno się spodziewać. Chodzi o mieszkania Rosjan. Zdarzyło nam się być w kilku miejscach u różnych ludzi, w różnych miastach. W większości właściciele byli młodymi wykształconymi osobami. Tym większe było nasze zaskoczenie. Żaden akademik czy pokój nastolatka w Polsce nie wygląda tak jak te domy. W kwestii mieszkania Rosjanie zdają się wyznawać filozofię „przewróciło się – niech leży”. Wszystko porozrzucane bez porządku i logiki, pokoje sprawiają wrażenie, jakby ktoś przeprowadzał się od dawna i w mieszkaniu zostawił już tylko zbędne rzeczy czekające na wyniesienie na śmietnik. Ale nie pokoje są najgorsze. Inne wyobrażenie o higienie mieszkania widać najbardziej w kuchniach i łazienkach. Niestety, są one po prostu brudne, w wielu miejscach widać pleśń, ignorowane od miesięcy zacieki, kilogramy kurzu. Do tego ich wyposażenie raczej pozostawia wiele do życzenia. Nie jest to kwestia złej woli czy braku funduszy, przynajmniej nie był to problem w przypadku większości miejsc, które odwiedziliśmy. Ludzie zwyczajnie nie są przyzwyczajeni do dbania o miejsca, w których mieszkają. To samo tyczy się wsi. Gdy przejeżdża się przez jakąś wioskę, co kilka domów stoi jakiś zawalony czy spalony budynek, którym nikt się nie przejmuje. Nie działa? – trudno, przeniosę się gdzieś indziej. Zamieszkałe domy nie wyglądają lepiej. Często stoją przechylone, jakby miały za chwilę runąć, wiele ma wybite szyby, nieraz wraki samochodów stoją sobie i rdzewieją ot tak porzucone przed drzwiami wejściowymi. Istnieją od tej reguły pewne wyjątki, ale ogólna tendencja jest dosyć wyraźna i z rozmów z innymi obcokrajowcami wynika, że zwróciła nie tylko nasza uwagę.
No i ostatnia rzecz – jedzenie. Tu w zasadzie nie ma o czym mówić. Rosyjskie jedzenie to głównie mielone mięso podejrzanego pochodzenia z dużą ilością cebuli i zawinięte w jakieś ciasto. Do tego barszcz. Nawet Rosjanie zapytani o tradycyjne rosyjskie potrawy nie potrafili wskazać nic poza dwoma wyżej wymienionymi. Można doszukiwać się jeszcze czegoś zrobionego z ziemniaków. Wszystko tłuste i bez wyraźnego smaku, a do tego gdzie się tylko da Rosjanie wrzucają dwie przyprawy: koperek, który jest chyba jedyną rzeczą, jakiej nie lubi Peter oraz cebulę, której nie trawię ja. Znaleźliśmy je nawet na pizzy margaricie. A jeśli o pizzy mowa, trafienie na porządną pizzerię graniczy z cudem. Najlepsze lokale (noszące dumne nazwy w stylu „Mama Pizza” czy „Pizza Mia”) oferują zazwyczaj około pięciu jej rodzajów. Całą pizze robią tylko na specjalne zamówienie i kosztuje ona więcej niż ta sama ilość kupiona na kawałki. Nie szukaliśmy wprawdzie pizzerii, znudzeni nieco tym bardziej lokalnym jedzeniem mieliśmy ochotę na jakąś pastę, która w Europie jest zazwyczaj łatwo dostępna i tania, tu jednak nie znaleźliśmy jej w ogóle. Znajoma wyjaśniła nam, że w jej kraju makaron można kupić, owszem, ale nigdy nie podają go z sosem, co najwyżej kładą po prostu na talerzu obok mięsa. Jedyne względnie dobre rzeczy to wcześniej już wspominane lody i suszone ryby oraz – tu zwracam honor – piwo. Nie mówię tu o tym, które można kupić w supermarkecie, tam wybór jest niewielki. Odkryliśmy za to małe osiedlowe sklepiki, często w postaci drewnianych budek z napisem „Rozlewnoje piwo”, w których można dostać piwo niepasteryzowane i niefiltrowane na litry, zawsze do wyboru kilka lub kilkanaście rodzajów.
Podsumowując: w Rosji nie było źle, ale granicę przekroczyliśmy z pewną ulgą. Przy okazji przegrałam zakład – nikt nie czepnął się naszego braku rejestracji.
Komentuj [0]


POZA MIASTEM @ 2010-08-17 07:40

Przejażdżka konna po mongolskich wzgórzach to najfajniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła od wyjazdu z Warszawy. Przepiękne krajobrazy i niesamowity spokój. Pojechaliśmy we czwórkę: przewodnik (ani słowa po angielsku), para, którą poznaliśmy w autobusie (Włoch i Finka, która ma alergię na konie, więc jechała w okularkach pływacki, maseczce i rękawiczkach) no i ja. Petera musiałam zostawić w gerze. W nocy trochę się rozchorował, więcej czasu spędził w łazience niż w łóżku i nie miał siły na żadne wycieczki. Popołudniu czuł się już na tyle dobrze, że bez większych wyrzutów sumienia mogłam go zostawić na kilka godzin.
Spanie w gerze ma swoje uroki, ale tylko dopóki pali się ogień. Nie sposób całą noc siedzieć i dorzucać drzewa, kiedyś trzeba iść spać. A wtedy robi się zimno. Nie zimno jak latem w namiocie na Mazurach, ale zimno tak, że pomimo ubrań, śpiwora z jedwabną wkładką, kołdry i dwóch kocy nie idzie zasnąć. W dzień temperatura jest znośna, szczególnie w słońcu, ale to nie wystarczy, żeby nagrzać ziemię, a w namiocie w zasadzie nie ma żadnej izolacji. Ger wynajęliśmy od Berta, człowieka, którego poznaliśmy dzień wcześniej na dworcu. Potem okazało się, że to całkiem popularne miejsce wśród obcokrajowców, ale oznacza to około 12 osób na raz w kilku namiotach, a nie jak na Olcholnie, dwieście. Dojazd dosyć skomplikowany. Najpierw dwie godziny z Ulaanbaatar w zapchanym do granic możliwości autobusie, potem pół godziny drewnianym wozem. Na piechotę nie da rady, bo trzeba przeprawić się przez dwie rzeki, przez które nie ma mostów. Na przejażdżce również musieliśmy przekroczyć rzekę, ostrzeżono nas na początku, że do połowy uda będziemy mokrzy. Powiedziano nam także, cytuję: „Don’t leave your things outside, because the night cows will come and eat it”. I faktycznie, podczas jeden z wypraw do toalety Peter spotkał krowę przeżuwającą czyjąś koszulkę. Oprócz krów, po obozie chodziły sobie psy, konie oraz wielka szara świnia. W okolicy było jeszcze kilka jaków. Generalnie rzecz biorąc bardzo udane dwa dni, szczególnie, że posiłki przygotowywane przez żonę Berta były rewelacyjne. Odczuwalna zmiana po Rosji.
Nasz czas w Mongolii powoli się kończy, w ciągu dwóch dni musimy dostać się do Pekinu. Od dwóch tygodni nie ma biletów, będziemy musieli trochę pokombinować. Prawdopodobnie skończy się jakimś lokalnym pociągiem w okolice granicy, a potem samochodem, najpewniej z jakimiś przemytnikami. Osobiście liczę na tych, na których trafili nasi znajomi z gerów: ich kierowcy przemycali cukierki. Tak, takie zwykłe cukierki.
Komentuj [0]


ULAANBAATAR @ 2010-08-14 19:59

Mongolia!:) Ludzie się uśmiechają (i chichoczą. Taka, zdaje się, azjatycka przypadłość), są mili i pomocni, używają angielskiego nawet znając trzy słowa. Miasto szare, słyszałam opinię, że jest to najbrzydsza stolica na świecie. Pewnie racja, ale za to mają mnóstwo barów i kawiarenek, nie brakuje restauracji oferujących jedzenie z całego świata oraz najróżniejszych sklepów i sklepików. No i ceny wreszcie spadły. W Ulaanbaatar będziemy tylko jedną noc, wystarczająco, żeby doprowadzić siebie i rzeczy do porządku (do prania wsypują proszek. Płynu do płukania jeszcze nie, ale i tak fajnie). Jutro jedziemy gdzieś w teren poszukać spokojniejszego miejsca, prawdopodobnie jakiegoś geru na najbliższe trzy dni.
Jeszcze dwa słowa o pociągu. Musieliśmy pojechać kupe, na połączenia międzynarodowe nie ma plackarty. Znów ponad 30h (w tym z 9 stania na granicy), przejazd kosztował swoje, ale było warto. Dosyć czysto, w przedziale cztery osoby, wygodne łóżka i telewizor (nie działał, ale był). No i najważniejsze – dowiedzieliśmy się, gdzie w pociągu odbywają się imprezy. Nie robią ich Rosjanie, którzy zazwyczaj jeżdżą, bo muszą, zajmują się tym obcokrajowcy na wakacjach, którzy najczęściej wybierają właśnie kupe. Nie wiem, czy w naszym wagonie był choćby jeden Rosjanin (za wyjątkiem niemiłej konduktorki), wewnątrz kraju bywa ich podobno sporo, ale na linii międzynarodowej pozostali sami obcokrajowcy, w przeważającej większości młodzi. Przez dwie noce przedział dzieliliśmy z dziewczynami z Norwegii, Lailą i Mają, obok mieliśmy sporą grupę Hiszpanów. Większość ludzi znała się z wcześniejszych odcinków. Absolutnie nie żałujemy jeżdżenia plackartą, ale miło było wypróbować też inną opcję.
Komentuj [0]


WIERSZYNA @ 2010-08-14 19:53

Dziesiątego sierpnia wyjechaliśmy z wyspy. Zostały nam trzy dni do opuszczenia Rosji, wystarczająco czasu, żeby odwiedzić Wierszynę – polską wieś na Syberii. Z autobusem powrotnym mieliśmy tylko trochę problemu. Kierowca, pomimo że w całym autobusie było jakieś osiem osób, a w biurze sprzedającym bilety zapewniono nas o takiej możliwości, nie chciał pozwolić nam zabrać naszych rzeczy z nami do autobusu. Sztuczka polegała na tym, że przy wydawaniu bagażu z luków bagażowych kierowca żądał dodatkowej opłaty za przewóz toreb, która szła do jego kieszeni. Dlatego zapytany o powód, dlaczego plecaki nie mogą jechać z nami, zrobił się czerwony i zaczął krzyczeć (łącznie z groźbami, że wezwie milicję). W końcu to „jego” dodatkowe 200 rubli. Rzeczy ostatecznie pojechały z nami, ale sprawa trwała chwilę, a kierowca pozostał na nas obrażony, zdaje się, że nawet wybrał dłuższą trasę, żeby przypadkiem nie wysadzić nas w wiosce, do której jechaliśmy, ale kilka kilometrów dalej.
W Ust’-Ordyńskim spędziliśmy jedną noc. Było zbyt późno, żeby dostać się tam, gdzie chcieliśmy, jakiś Rosjanin podrzucił nas tylko do jedynej w okolicy noclegowni o całkiem przyzwoitym standardzie. W recepcji poinformowano nas, że w stronę Wierszyny jeździ jedna marszrutka dziennie. Zatrzymuje się wprawdzie we wcześniejszej miejscowości, ale to tylko 15km od celu. Pierwsza wersja brzmiała: godzina 14:00. Za jakiś czas recepcjonistka zmieniła zdanie: sprawdziła jeszcze raz i marszrutka jedzie o 9:00. Ok, o 9:00 byliśmy na dworcu autobusowym (dumne określenie). Tu okazało się, że marszrutki w tym kierunku nie ma i nigdy nie było. Czas na gonił, ze stopa w tym wypadku zrezygnowaliśmy. Wiemy już, że wcale nie działa on w Rosji aż tak dobrze, a prawdopodobieństwo, że ktoś jedzie z miejsca, w którym byliśmy do małej wioski, do której prowadzi jedna droga było niewielkie. Zostało taxi. Za oficjalne krzyknęli sobie 1250 rubli. Dużo. Ale jak to zwykle w Rosji można było liczyć jeszcze na to nieoficjalne, które zazwyczaj samo się oferuje. Po krótkich negocjacjach zeszliśmy z 1200 do 700 rubli. Kierowca, niemłody człowiek, sądząc po tatuażach były więzień, okazał się być bardzo wesołym człowiekiem. Samochód też niczego sobie.
W Wierszynie około 70% mieszkańców to Polacy, 20% - Ukraińcy i Białorusini, reszta to głównie Rosjanie. Na pierwszy rzut oka widać różnicę w porównaniu do typowo rosyjskich wsi. Nadal większość domów jest drewniana i skromna, ale za to zadbana. Wieś została założona równo sto lat temu (w lipcu obchodzono jubileusz), kiedy pierwsi Polacy przybyli tu w ramach programu zaludniania Syberii. W okolicy Irkucka nie brakuje potomków zesłańców syberyjskich, ale do Wierszyny ludzie przeprowadzili się dobrowolnie. We wsi jest dom polski i polski kościół, którym aktualnie opiekuje się ksiądz Karol (mieszkał kiedyś w Pruszkowie). Noc spędziliśmy na plebanii razem z grupą czterech innych osób z Kielc, którzy przyjechali po znajomości z nieco dłuższą i zapowiedzianą wizytą. Jednemu z nich udało się to, co myślałam, że przydarzy się optymistycznie do czasu nastawionemu Peterowi. Po drodze na jednym z dłuższych postojów wysiadł z pociągu i, myśląc że ma 35 a nie 25 minut, nie wrócił na czas. Został w jakimś miasteczku w klapkach i koszulce, bez telefonu, ale na szczęście z paszportem. Trochę mu zajęło dojechanie do reszty.
Jedyną oficjalną możliwością dostania się z Wierszyny do Irkucka jest marszrutka ze wsi oddalonej o 5 km, która odjeżdża raz dziennie o 5:15. Nieludzkie, ale następnego dnia musieliśmy wyjechać z Rosji, nasze paszporty były wciąż w ambasadzie mongolskiej otwartej tylko w określonych godzinach, a do granicy bądź co bądź daleko. Uznaliśmy, że jedziemy. Obudziliśmy się o 3:00 i stwierdziliśmy, że leje. Podczas większego deszczu jedyna droga prowadząca do Wierszyny robi się nieprzejezdna. Kiepska perspektywa, ale brodzenie w błocie w czasie burzy i w zupełnych ciemnościach przez kilka kilometrów i ze wszystkimi rzeczami też nie było dobrą opcją, a my prawie nie spaliśmy od kilku nocy. Wróciliśmy więc na nasze maty.
Następnego dnia rano ruszyliśmy. Nie padało już, ale konkretne błoto pozostało. Po jakiś 7km udało się nam złapać okazję. Para z sąsiedniej wsi podrzuciła nas spory kawałek do miejsca, z którego odchodziły busiki do Irkucka. W ambasadzie byliśmy o 15:00. Wydawanie paszportów do 13:00 (ale instytucja otwarta do 17:00 i obydwoje zapamiętaliśmy tę godzinę). Mongołowie na szczęście są bezstresowi. Bez żadnych pretensji i pytań stwierdzili „a, niby trochę późno, ale wchodźcie, zaraz znajdziemy wasze paszporty”. Załapaliśmy się na ostatni pociąg, którym mogliśmy względnie spokojnie i na czas wyjechać z Rosji, ale z dostaniem biletów nie było łatwo.
Komentuj [0]


NIERPA @ 2010-08-14 19:51

Czyli bajkalska foka (nazwa rosyjska), obok omuła jeden z dwóch najbardziej znanych symboli Bajkału. Musieliśmy ją znaleźć. Jeśli nie ma się zbyt dużo czasu ani samochodu terenowego, jedynym sposobem obejrzenia wyspy jest wybranie się na zorganizowaną wycieczkę. Do busika wchodzi 8-10 osób, całość trwa jakieś 8h, kierowca wysadza grupę w co ciekawszych miejscach. Po południu posiłek składający się z zupy rybnej. Do wyboru są także dłuższe wycieczki, zawierające między innymi kąpiel w gorącym jeziorze (maksymalnie 15 stopni), ale my zdecydowaliśmy się na najprostszą wersję licząc na dużą ilość czasu niezorganizowanego. Busiki, których tu używają to prawdziwy cud techniki. Jeżdżą pod niemożliwymi kątami, w błocie, piasku, po głazach. No i niestety w grupach, może nie dosłownie, ale na każdym postoju było ich zaparkowanych kilka. Porzuciliśmy już pomysł znalezienia nierpy, zwierzęta przyjazne, ale raczej nie siedzą tam, gdzie są ludzie. Okazało się, że niepotrzebnie. Na przedostatnim postoju na najbardziej na północ wysuniętym krańcu Olcholnu na głazie siedziała foka. Mamy dowód. Pewnie da się go podważyć, ale my nie mamy wątpliwości: ta czarna plama na zdjęciu to foka.
Komentuj [0]


OLCHON @ 2010-08-14 19:48

Olchon ma długość ponad 70km, jest trzecią co do wielkości wyspą na świcie otoczoną przez słodkie wody. Pod względem roślinności jest połączeniem tajgi i stepu, podobno gdzieś na wyspie znajduje się nawet mała pustynia. Od stuleci jest to miejsce burjackiego kultu, także Rosjanie wierzą, że wyspa jest pełna pozytywnej energii. Faktycznie, na Olchonie można odpocząć, o ile nie wybierze się Nikita Guesthouse, co niestety zrobiliśmy. Jako że na wyspę mieliśmy jedynie kilka dni, jechaliśmy tam w środku sezonu, a w sieci można znaleźć tylko jedno miejsce oferujące noclegi, postanowiliśmy trochę nietypowo zarezerwować sobie pokój. Nikita Gueshouse nie jest najtańszym hostelem na świecie, ale w cenę wliczone są trzy posiłki dziennie, do tego figuruje w przewodnikach takich jak Lonely Planet jako międzynarodowy hostel o dobrym standardzie. Stwierdziliśmy, że najwyższy czas spędzić trochę czasu w czystym miejscu, gdzie będzie można odpocząć nieco od rosyjskiego wyobrażenia o higienie, zrobić normalne pranie, wyspać się etc. Wiadomo, że sporo zależy od nastawienia, być może zbyt dużo oczekiwaliśmy. Brak bieżącej wody jest zrozumiały, przy ich klimacie instalowanie rur po prostu się nie opłaca (elektryczność mają dopiero od 2005 roku). Prysznice w drewnianych budkach na zewnątrz też nie są jeszcze niczym niezwykłym, tyle, że na początku poinformowano nas, że jest w nich ciepła woda. Spróbowaliśmy – jeden kurek, z prysznica leci coś, co na pewno nie jest ciepłe. Zapytaliśmy raz jeszcze w recepcji. Tak, ciepła woda jest. Zapytaliśmy, co rozumieją przez ciepłą wodę. „No, cieplejsza niż w Bajkale”. Bajkał ma 8-10 stopni. To w prysznicu miało około 12. Trudno. Każdej osobie przysługuje raz dziennie przez 20 minut darmowa bania, czyli drewniany pokój, w którym jest bojler i beczka z zimną wodą, miesza się je i wylewa na siebie. Całkiem miła rzecz. Obowiązują wcześniejsze zapisy. W tym samym budynku znajduje się bania płatna, czyli oprócz takiego pokoju obok jest sauna i pokój do odpoczynku. Około 50zł za godzinę użytkowania, zapisy przynajmniej dzień wcześniej. Szkoda tylko, że nie informują klientów, że wersja z sauną jest tak naprawdę bezpłatna, trzeba zapłacić dopiero, jeśli chce się przekroczyć przydziałowe 20 minut. Nie szkodzi, zapłaciliśmy, sauna była rewelacyjna i z pewnością nie było to 100 stopni, co było tym milsze, że w nocy na zewnątrz temperatura nie przekraczała pięciu.
Hostel oferował pranie, oczywiście płatne, z czego korzystał niemal każdy klient, bo bez dostępu do ciepłej wody ciężko samemu coś wyprać. Rzeczy wróciły mokre, pokryte małymi białymi kłaczkami i śmierdzące starą wodą. Po zapachu jakiegokolwiek detergentu nie było ani śladu. Moja szmaciana torebka straciła kilka mniejszych części, większość koloru i nadawała się tylko do szycia. No nic, raz już robiliśmy tego typu pranie w Rosji, mogliśmy się tego spodziewać. Prawdziwym przegięciem jest za to dostęp do sieci. Za bardzo miernej jakości WiFi trzeba zapłacić 20zł dziennie. Do tego nie ma miejsca, w którym można po prostu usiąść i porozmawiać z ludźmi. W lecie codziennie mają około 200 osób z całego świata (w dużej części Hiszpanów), ale w zasadzie tylko się koło siebie przechodzi, jedynym miejscem, gdzie są jakieś stoliki jest mała kawiarenka działająca niezależnie od godzin wypisanych na drzwiach, ciasna, droga, z bardzo ograniczonym menu. Do tego papierowe ściany w pokojach. Nam trafiła się włoska wycieczka z jednej oraz Nikita – właściciel hotelu, który nie trzeźwiał i jak nie pokrzykiwał, to się krztusił, jak się nie krztusił, to spał i chrapał – z drugiej. O spokojnym wyspaniu się też musieliśmy zapomnieć. Jedyne, co ich ratuje, to jedzenie. Było zupełnie niezłe i przygotowywane z miejscowych produktów. Fakt, że codziennie podawano to samo, ale w ciągu trzech dni nie zdążyliśmy się znudzić.
Komentuj [0]


2010. 08. 07. – Szombat (Olkhon sziget) @ 2010-08-08 14:05

Delutan ebredtunk, mivel a termeszetbe indultunk kint szakadt az eso, ennek ellenere sietve indultunk el a Bajkal fele igaz, azt, hogy hogyan jutunk el oda, meg nem tudtuk pontosan. Stoppal probalkoztunk, de annak ellenere, hogy sokan allitottak, hogy Oroszorszagban konnyu ez az utazasi forma, nem igazan akartak felvenni minket. Egy bacsi vallalkozott, hogy 1000 rubel fejeben elvisz minket 45 kilometerre, de ezt a lehetoseget nem hasznaltuk ki, ellenben azt igen, amikor egy masik ficko megallt es mondta, hogy o szivesen felvesz. Egy darabig jol is mentunk, de az igazi kaland akkor kezdodott, amikor veget ert az aszfaltozott út. Egy darabig meg ott haladtunk ahol a tobbi kocsi, de egyszer csak soforunk letert a ”foutrol” es meg mellekebb utakon vitt minket tovabb. Az elejen meg lattuk a fent emlitett ”foutat”, de egy ido utan ez is eltunt es korulottunk csak hegyek, sziklak es fenyok latszottak. Nagyon szep tajon haladtunk, es Viktor (ez volt a bacsi neve) a kedvunkert meg kisebb kiteroket is tett, hogy megmutasson nekunk gyonyoru volgyeket es a Bajkal-tavat. Hihetetlenul jol ismerte a kornyeket ami nem is csoda, mert mint kesobb kiderult itt nott fel. Ezt onnan tudtuk meg, hogy megalltunk egy kisebb telepulesnel ahol uj fahazak sorakoztak, kiszalltunk, es megismerkedtunk Viktor lanyaval, Irinaval, aki Jelenciben szuletett, Irkutskban jart orvosi egyetemre es jelenleg Detroit mellett el es dolgozik. Eleg jol beszelt angolul, meghivott minket kavera es levesre, elmeselt jopar dolgot magarol (peldaul azt, hogy nagyon szeret utazni es egyik kedven helye Vancouver), majd indultunk tovabb, most mar tenyleg a kikotobe. Persze nem lepodtunk meg, hogy a komp pont erkezesunk elott egy perccel ment el, de szerencsere nem kellett sokat varnunk a kovetkezore. Ezzel gyorsan atertunk Olkhon szigetere ami korubelul akkora mint a Balaton (a Bajkal terulete meg olyan nagy mint Magyarorszag harmada es a Fold edesvizkeszletenek 20%-at tartalmazza). Innen 45 perc folduton valo zotykolodes utan erkeztnk meg Nikita Bencharov szallashelyere es most itt vagyunk eppen. Ez egy eleg turisztikus hely, sok az europai no meg persze az orosz is, de meleg víz itt sincsen, csak az ugynevezett banya-ban (orosz furdo). Mara mar sajnos nem volt hely, igy zuhanyozni megint nem sikerult, de legalabb megmosdottunk es foglaltunk helyet holnapra. A kaja egyebkent eleg finom es napi harom etkezes benne van az arban (ugy 6000 forint/fo/nap, ez az olcsobb valtozat). Itt harom napot pihenunk, mert mar elegge elfaradtunk a sok utazasban es remelem, hogy holnap sikerul mindazt amit ma este irtam feltenni a honlapra, hogy akit erdekel el tudja olvasni. Most pedig lefekszem aludni, mert mar elalmosodtam. Holnap remeljuk, hogy sikerul zuhanyoznunk.
Komentuj [0]


2010. 08. 06. – Pentek @ 2010-08-08 14:04

Reggel persze megint nem akkor ketunk mikor terveztuk (nem, nem korabban), es gyors oltozes es reggeli utan elindultunk a Mongol kovetsegre vizumot kerelmezni. Az interneten megadott nyitvatartasi idopontok persze nem egyeztek a valosaggal, de ezen mar igazabol nem is lepodtunk meg. Szerencsere bejutottunk, osszefutottunk azzal a francia lannyal akivel Niznij Novgorodbol Kazanba utaztunk, majd vartunk ugy egy orat mire sorra kerultunk. A rendszer egyebkent olyan, hogy a Vizum feliratu ablaknal lehet kerelmezni es fizetni, es a Kassza feliratunal felvenni a kesz vizumot. Miutan az utleveleinktol szerencsesen megszabadultunk, elindultunk kavet es buszpalyaudvart keresni, es jo sok seta utan betertunk egy szusi-etterembe (rengeteg ilyen van itt Oroszorszagban, ugy tunik, hogy ez itt szinte nemzeti etel). Itt ettunk-ittunk (no azert csak modjaval) majd elindultunk a buszpalyaudvarra, mert ugy hallottuk, hogy Irkutsktol 150 kilometerre eszakra, a Bajkalhoz kozel, van egy burjat samanosszejovetel, ami 5 evente fordul elo. Sikerult is egy kisbuszt fognunk a palyaudvar mellett (a kozlekedesi rendszer meg nem egeszen vilagos) ami elvitt minket Jelenci nevu falu hatarab, ahol az a hegy all, ami otthont ad az osszejovetelnek. Kiszalltunk, kerdezoskodtunk, megtudtuk, hogy onnan meg hat kilometerre van a hely es hogy a talalkozo pont akkor ert veget. Persze magunkat ismerve nem voltunk meglepodve, es iziben stoppolni kezdtunk vissza a faluba, hogy az ejszakat ott toltsuk. Egy erdekes szunyogos elmenyunk is volt: setaltunk egy-ket kilometert a kornyeken, ami alatt azt vettuk eszre, hogy egy egesz szunyograj (par szaz rovar) kovet minket tisztes tavolsagbol, ugy ket-harom meter magasan. Megtisztelesnek vettuk, de inkabb nem alltunk meg, hogy meghivjuk oket vacsira. Nemi varakozas utan harom neni elvitt minket egy falubeli szallashelyre (megint eleg draga volt, 6500 forint kettonk reszere ugy, hogy zuhanyzo es meleg víz nem csak a szobaban, de egyaltalan nem volt). Egy melegvizforralot es teat azert kaptunk es azzal a tudattal fekudtunk le, hogy masnap megyunk az Olkhon nevu szigetre, ami a vilag harmadik legnagyobb tavi szigete es ahol meglatjuk a Bajkal szepsegeit.
Komentuj [0]


2010. 08. 05. – Csutortok (Irkutsk) @ 2010-08-08 14:03

Helyi ido szerint este nyolckor ertunk Irkutskba (itt mar het oraval kesobb mint otthon), ahol Victoria es baratja, Dima vart minket az allomason, mivel ok vallaltak, hogy elszallasolnak egy ejszakara. A leanyzo nagyon kedves volt, csak elegge izgult, mert mi voltunk az elsok akik igy nala aludtunk. Utkozben elsetaltunk egy stadion mellett ahol eppen meccset jatszottak (par percre meg is alltunk nezni), majd miutan megerkeztunk es lezuhanyoztunk, elmentunk Victoriaval egy buliba. De meg mielott ez tortent, megismerkedtunk Nevtelennel, a kiscicaval. Victoria par hete vette 10 rubelert (65 forint), szurke es nagyon vicces. A buli eleg jo volt, a szoba kozepen ultunk korben, kozepen sorok es kaja, beszelgettunk (en foleg hallgattam) es a vegen meg zenet is kaptunk Victoria barataitol (akik egyebkent szinte mind egy barlangasz csoport tagjai). Miutan hazamentunk mar csak arra jutott ido, hogy lefekudjunk aludni. Nevtelen ugy dontott, hogy velunk alszik, es eloszor a hasamon gombolyodott ossze, majd miutan en tul sokat forgolodtam bekoltozott Magdus halozsakjaba.
Komentuj [0]


2010. 08. 04 – Szerda @ 2010-08-08 14:02

Hurra, megint vonatozunk, es megint 30 orat. Az uticel Irkutsk, ami nem eleg, hogy meg mindig Oroszorszag, de raadasul tovabbra is Sziberia. Egyebkent Oroszorszag tenyleg szinte korbeeri a fel foldgolyot, mert a keleti szelesseg 20. fokatol a nyugati szelesseg 170. fokaig terjed. Mit kepzelt Napoleon meg Hitler! A vonaton is egyre tobb azsiai arccal talakoztunk, de azon kivul, hogy most csak egy ejszakat toltottunk utazassal (ami alatt eleg jol aludtunk) semmi kulonos nem tortent, hacsak nem az, hogy befejeztem a konyvet.
Komentuj [0]


2010. 08. 03. – Kedd @ 2010-08-08 14:00

A masodik napunk Novosibirskben keson kezdodott, de azert kisebb felreertesek utan sikerult bezarnunk a lakast es Evanak odaadni (az egyetlen) kulcsot. Egy gyors reggeli utan a szomszedos burjat eteremben (huslevest ettunk, bar nem vasrnap volt, es pozit – ez egy burjat etel, a lengyel pierogihoz hasonlit egy kicsit, de persze csak husos valtozatban letezik). Mivel mar regen sportoltunk, eldontottuk, hogy keresunk egy edzotermet. Ez eloszorre nem tunt tul neheznek, de mint kesobb kiderult, szamunkra megoldhatatlan feladatnak bizonyult. Nem baj, par orat setaltunk es meg az itteni Havanna lakotelepre is betevedtunk, ahol megtapasztalhattuk az igazi helyi eletet. Erdekes volt, de annak ellenere, hogy tobben is azt allitottak, hogy tobb sportkozpont is van a kozelben, nekunk egyet sem sikerul talalnunk. Eva hamarosan telefonalt, talalkoztunk, megmutatott par helyet a varosban (tobbek kozott a Voros Sugarutat, ami allitolag az orszag leghosszabb utcaja, valamint Lenin szobrat az opera elott), majd hazaementunk (azert meg utbaejtettuk a sorboltot), Magdus megint fozott (finom paradicsomos spagettiszoszt), vacsoraztunk es lefekudtunk aludni, mert masnap indult a vonatunk.
Komentuj [0]


2010. 08. 02. – Hetfo @ 2010-08-08 13:58

Meg egy erdekes (es teljesen logikus) dolog ami eszembe jutott a vonatokkal kapcsolatban: az orak az osszes oroszorszagi allomason a moszkvai idot mutatjak, es a jegyeken is ez az ido van feltuntetve, ugyhogy mindig szamolgatni kell, hogy mikor is indulunk. Szerencsere Kaliningradon kivul mindenhol kesobb van mint Moszkvaban, igy legfeljebb korabban er oda az ember a vonathoz ha ezt nem veszi figyelembe. Jo szokasunkhoz hiven megint koran reggel erkeztunk meg, ezuttal Novosibirskbe. Megprobaltunk jegyet venni a kovetkezo szakaszra ami sikerult is, de a penztaros neni megint nem volt hajlando mosolyogni, sot meg irni sem. Irtunk Evanak (aki vallalta, hogy elszallasol minket ket ejszakara) es felultunk a szamos busz egyikere, hogy fel ora utazas utan leszalljunk az Univermag nevu megallonal. Innen megcsorgettuk Eva telefonjat, aki het perc mulva (ez, mint kesobb kiderult, valami kulonleges szam lehet a szamara, mert szinte mindenhova ennyi ido alatt ert oda vagy tudtunk mi eljutni). Muszaj volt aludnunk valamennyit, mert a vonaton, mint mar irtam, nem sokat sikerult, majd szallasadonk ebresztett delutan azzal, hogy el tudnank-e hagyni a lakast par orara. Ennek az volt az oka, hogy a mostohaanyukaja jott latogatoba (aki egyebkent csak havonta ha egyszer szokott), es egyebkent joban vannak, de azert megis menjunk mar el míg itt van. Persze nekunk ez nem volt gond, sot elotte meg bundaskenyeret is kaptunk feketeribizlivel, valamint megizlelhettuk az apukaja altal kuldott furjtojast (en tartottam magamat ahhoz az elhatarozasomhoz, hogy emberhuson kivul mindent megkostolok, bar miota olvastuk, hogy Del-Koreaban nepszeru a kutyaleves, kezdek kicsit elbizonytalanodni). A nyers tojas nem volt valami jo, Magdus meg is probalta csendben ramsozni az ovet, de vegul miutan par percig szemezett bele visszaadta Evanak. Tehat volt par orank a varosban ami alatt elinteztunk nehany dolgot az Interneten, ittunk egy kavet, setaltunk egy kicsit majd talalkoztunk Evaval aki elvitt minket vasarolni, mert Magdus elhatarozta, hogy pizzat sut vacsorara. Persze nem volt olyan konnyu hozzavalokat talalni (peldaul eleszto csak por formajaban volt, valamint igazan jo lisztet sem lattunk), de azert sikerult nagyjabol megvenni ami kellett. Hazafele meg bementunk egy soruzletbe, ami az egyik kedvenc helyem Oroszorszagban, mert finom, friss pasztorizalatlan es/vagy szuretlen soroket lehet kapni jo aron, meg szaritott halat is. A pizza jol sikerult, az egyik olivas-paradicsomos a masik meg kolbaszos volt. Ez utobbi izlett jobban a hazigazdaknak (ja, azt meg nem irtam, hogy Evanak van egy 14 eves Ilya nevu, jofej fia), amihez meg hozza kell azt is tenni, hogy nem igazan erdemes Oroszorszagban vegetarianusnak lenni. Igaz, hogy mi eszunk hust, de ennek ellenere nem fogott meg minket tulsagosan az itteni konyha. Vacsora es rovid beszelgetes utan lefekudtunk aludni, mert meg mindig nem pihentuk ki magunkat miota megerkeztuk. Sajnos ez most sem sikerult teljesen, mert az a par hulye szunyog ami a szobaban volt mindig a fejunk korul ropkodott, hiaba dugtam ki a takaro alol a labamat, hogy azt csipjek, ha akarjak.
Komentuj [0]


2010. 08. 01. – Vasarnap (Novosibirsk) @ 2010-08-08 13:57

Eletem elso olyan napja, amit teljes egeszeben vonatot toltottem, es egybol egy csomo azerivel! A vonat Bakubol jott, ezert voltak oly sokan ezek a jo kaukazusi emberek. Egybol az elejen megismerkedtunk (azaz inkabb megismerkedett velunk) egy srac, aki mutatott kepeket Bakurol, meg szeles mosollyal az arcan mondta, hogy apukaja Magyarorszagon volt katona. Biztositottm rola, hogy ennek mi is igazan orultunk. Na azert teljes egeszeben az sem igaz, hogy nem szalltam le a vonatrol, mert minden nagyobb allomason all a szerelvany valamennyit, ellenorzik a kocsik allapotat, az utasok pedig leszallnak sort, kvaszt, fagyit es sok minden mast venni, amit neha helyi nenikek arulnak a kosarukbol. A vonatok pontossaga meglepo, eddig meg egyszer sem kestunk. Mondjuk ezen utunk soran Tyumen allomason (ez a tomeny szavunkkal rokon nev) nyolc oranal is tobbet alltunk, de ez tervezett szunet volt, mert vartuk azt a szerelvenyt amihez vegul hozzakapcsoltak minket. Erdekes az azeriek es az oroszok utazasi kulturaja kozotti kulonbseg is. Korabban az ejszakak csendesen teltek, mikor lekapcsolatk a villanyt mindenki elcsendesedett, a legzavarobb dolog a horkolas volt. Nem ugy az azeriek (akik egyebkent egy otthoni kisebsegre emlekeztetnek leginkabb, de inkabb nem irom le, hogy hogy hivjak oket, mert nem akarok senkit megserteni azzal, hogy neven nevezem). Egesz ejjel beszelgettek, nevetgeltek, kiabaltak, a kisgyerek aki mellettunk aludt szaladgalt (no meg reggel ket oran keresztul ugyanazt a szot kiabalta). Na de legalabb napkozben odaadtam neki a focilabdat es a vegere mar nem csak kezzel vitte, hanem rugta is. Ugy ereztem, hogy valamit hozzatettem az azeri futball felemelkedesehez.
Komentuj [0]


2010. 07. 31. – Szombat @ 2010-08-08 13:57

Es meg mindig Jekaterinburg. A csomagokat a szallodaban hagytuk, majd elmentunk kavezni (a kaverol annyit, hogy nem is olyan konnyu itt Oroszorszagban igazi jo kavet talalni, ami van, az meg eleg draga). Utana egy parkban megreggeliztunk, etettuk a verebeket (egynehany a vegere mar a levegoben kapta el a kenyermorzsat) es setalni indultunk. Megkerestuk azt a templomot amelyik annak a haznak a helyen all, ahol az utolso orosz cart es a csaladjat kivegeztek a bolsevikok (ez 1918-ban tortent, egyebkent errol jut eszembe, hogy meg Szentpetervaron megvettem a Doktor Zsivago-t angolul es azt olvasom, ami pont ebben az idoszakban jatszodik). Folytataskent megkerestuk a folyoparton az Oriasi Billentyuzet nevu szobrotfeleseget, ami egy oriasi szamitogepbillentyuzetet abrazol, bar falaki ellopta az F2, F3 es F4 gombokat. A maradekon meg lehet setalni es ugralni. A varosalapitok szobrat is lattuk, ami elott egy nagy viragagyasban voroscsillag alakban vannak a viragok ultetve (egyebkent rengeteg itt meg az ilyen jelkep a sarloval es kalapaccsal, meg Lenin-szoborral egyutt). Lassan kozeledett az este, ami azt jelenti, hogy mennunk kellett vissza a hatizsakokert es indulnunk kellett a plyaudvarra, mert indult a vonatunk. A kelet, tehat hosszabb út elv most is ervenyesult, mert immar 30 ora kellett ahhoz hogy Novosibirskbe, azaz Sziberia fovarosaba erjunk.
Komentuj [0]


2010. 07. 30. – Pentek @ 2010-08-08 13:56

Mepedig az, hogy viziparkba megyunk! A szallodaban szoltunk, hogy meg egy ejszakat maradunk, majd elindultunk megkeresni Europa legnagyobb viziparkjat (vegul tenyleg meg Europa, mert Jekaterinburgtol par kilometerre keletre kezdodik Europa, bar nem vagyok benne biztos, mert mar hallottam olyat a Dunantulon valakitol, hogy a fent emlitett foldresznek Ozdnal van a hatara). Harom ropke ora es mindenfele iranyba valo buszozas es setalas utal el is jutottunk a hires Limpopo parkba (itt meg nem sok olyan emberrel talalkoztunk, aki ne tudna megmondani, hogy valami hol van), majd annak ellenere meg be is engedtek, hogy nem volt orvosi igazolasunk (ilyenre itt altalaban szukseg van uszodak latogatasahoz). Miutan rajottunk, hogy hogyan mukodik az elektromos karpereccel zarhato szekreny es lezuhanyoztunk, mar mentunk is volna uszni. No de kiderult, hogy ez nem is ilyen egyszeru, mert ez az altalunk kifizetett (egyebkent eleg magas) arban nincs benne, igy a csuszdakat, peszgofurdoket es szaunakat hasznaltuk egesz delutan. A letesitmeny maga nem rossz, de ha ez Europa legnagyobb viziparkja, akkor Europa nem Portugaliaval kezdodik, hanem mondjuk az Ural nyugati lejtojevel. Azert az biztosan egyedulallo, hogy palmafas-tengerpartos, nagyon rossz minosegu oriasfotok diszitik a falakat es a vas tartogerendakon muanyag foliabol kivagott felhok lognak. Este ertunk haza es egy finom hideg vacsora utan aludni tertunk.
Komentuj [0]


2010. 07. 29. – Csutortok (Jekaterinburg) @ 2010-08-08 13:55

Szeretek reggel erkezni valahova, mert erdekes dolog latni, hogy hogyan ebred fel egy varos, hogyan mennek munkaba reggel az emberek (mikor nekem nem kell dolgoznom, hehe). Miutan nem kaptunk valaszt egyik leendo couchsurfing-es aldozatunktol sem, leadtuk a hatizsakokat a csomagmegorzoben es nyakunkba vettuk az – immar sokadik – orosz nagyvarost. Nem igazan lehet aztmondani, hogy sokban kulonboznek, de azert apro elteresek vannak. Persze mindenhol latszik a szovjet idoszak aldasa, a nehezipar, meg persze a szep panelhazak, amik meg az otthoniaknal is lepusztultabb allapotban vannak. No azert nem mondom, hogy csunyak ezek a varosok, de – szerintem legalabbis – Oroszorszagot inkabb a termeszeti szepsegei miatt erdemes meglatogatni, kozben egy-ket nagyobb telepulets is utbaejtve. Mivel egeszen delutanig nem hivott senki, hogy menjunk hozza aludni, egy olcsobb szalloda mellett dontottunk, ami azert nem is volt olyan olcso (1400 rubel ket fo reszere, ami korubelul 10000 forint, zuhanyzo- es WC-mentes szobaban. Furdeni az alagsorban lehetett, ahol egy morcos neni vigyazott arra, hogy nehogy valaki is meglessen minket tisztalkodas kozben. Ja, ami meg erdekes, hogy itt (mint Lengyelorszagban es sok helyen Magyarorszagon is) tilos a palyaudvaron a jegyeleado neniknek mosolyogniuk. Szerintem evente van nekik tovabbkepzes, valoszinuleg egy hetes, ahol viccesebbnel viccesebb dolgokat mutatnak nekik, es aki csak egy kicsit is elmosolyodik, azt hazakuldik. No es persze ha barmelyikuk is beirja az oneletrajzaba, hogy beszel idegen nyelveket, akkor be sem hivjak allasinterjura, plane ha a nemzetkozi penztarban szeretne dolgozni. Szoval olcso szalloda: miutan aludtunk egy jot, visszatertunk a hatizsakokert az allomasra, meg megittunk egy sort a szomszed kocsmaban (na azert nem volt olyan igazi krimo, mert meg WiFi is volt), majd visszamentunk es lefekudtunk aludni, mert masnapra nagy terveink voltak.
Komentuj [0]


2010. 07. 28. – Szerda (Kazan) @ 2010-08-08 13:54

Reggel koran keltunk, mert indultunk is tovabb Jekaterinburgba. Kicsit kar, mert Kazan nagyon szimpatikus varos, de egyreszt mar megvettuk a jegyunket, masreszt pedig annak ellenere, hogy vissza lehet valtani, inkabb felhasznaltuk, mert igy nyaron sokan utaznak es nehez helyet talalni a vonaton (emiatt jottunk egyebkent Kazanba es nem egyenesen Jekaterinburgba). Az uton nem tortent semmi kulonos, csak legfeljebb annyi, hogy plusz penzt kellett fizetnunk az agynemuert, mert a vonat nem este/ejszaka indult. Ez az agynemu egyebkent lezart muanyag zacskoban erkezik es tenyleg tiszta. Mondjuk az utazas nem igazan olcso itt Oroszorszagban, mire Szentpetervarrol eljutottunk Irkutskba osszessegeben egy szemely reszere ugy 8000 rubelt fizettunk, ami tobb mint 50000 forint ugy, hogy mindezt otodosztalyon tettuk meg. Aludni altalaban tudunk, de mindig ugy tunik, hogy pont a mellettunk levo szemely horkol a leghangosabban. A taj eddig eleg egyhangu: siksag siksag utan es foleg nyirfak, fenyovel vegyesen. Ezen kivul ugy tunik, hogy minel keletebbre vagyunk, annal nagyobb a vonaton toltott orak szama, mert Jekaterinburgba mar 17 orat utaztunk es valamikor koran reggel erkeztunk meg.
Komentuj [0]


2010.07.27 – Kedd (Kazan) @ 2010-08-08 13:54

Szoval Kazan. Leszalltunk a vonatrol es elindultunk letalni, tobbek kozott azert, hogy reggelit es Internet elerhetoseget keressunk. Az allomashoz kozeli McDonaldsban probalkoztunk eloszor (tenyleg csak a WiFi miatt) es miutan vettunk valamit reggelire persze kiderult, hogy nem mukodik a halozat. Nem baj, legalabb ettunk egy eredeti tatar reggelit es tele hassal mentunk tovabb az ovaros fele. Nem messze kellett setalnunk, de ezalatt a rovid ido alatt nagyon jo benyomasokat szereztunk a varosrol. A regi varosresz egy felujitott tatar eroditmeny fallal korulveve, aminek a kozepen egy nagy feher mecset magasodik. Mint kesobb kiderult, a varos az elfogadas es megertes szimboluma Oroszorszagban, mert muzulmanok es keresztenyek elnek egyutt bekeben. Meg is latszik, a Rubin Kazan nyerte a ket utobbi orosz focibajnoksagot. Mondjuk ebben az is szerepet jatszhatott, hogy sok itt az olaj es emiatt a penz. Ez az epuleteken is meglatszik: regi, de felujitott hazak, uj, modern felhokarcolok es szep setaloutca. No de mielott ide eljutottunk sikerult talalnunk egy szallodat ahol adtak kavet meg internetkapcsolatot, igy kiderult, hogy egy ejszakat Ildarnal, a tatarnal tudunk aludni, de csak delutan fog velunk talalkozni, mert dolgozik. Letettuk a hatizsakokat a helyi Turizmus Zrt. Irnformacios Irodaban es nyakunkba vettuk a varost. Eloszor muzeumot neztunk a tatar nemzet torteneterol (erdekes, hogy valamikor az elso evezred vege fele volt egy Almysh nevu vezeruk), majd megebedeltunk egy helyi etteremben (ez volt eddig a legjobb kaja itt Oroszorszagban, sok pirospaprikaval). Ezutan meg setalgattunk a foutcan, ettunk egy finom fagyit (persze tatarizut) es miutan visszamentunk a hatizsakokert talalkoztunk Ildarral, aki egy uveg sorrel a kezeben vart rank. Elvillamosoztunk hozza, megkinaltunk palinkaval (azt allitotta, hogy ok is csinalnak ilyet, de iden olyan meleg volt, hogy nincs szilvatermes. Mondtam is neki, hogy na ne vaditson mar, hogy tataros palinka is van, mire mondta, hogy van, csak ok persze nem isznak, mert muzulmanok). Sajnos nem sokaig maradt, mert estere talalkaja volt a barataival, igy mi lezuhanyoztunk es hamarosan elmentunk aludni.
Komentuj [0]


DROGA NA BAJKAŁ @ 2010-08-08 08:44

Zacznijmy od Irkucka, który miał być tylko noclegiem przed dotarciem do naszego właściwego celu. Na miejscu umówiliśmy się z Viktorią. Dziewczyna pochodzi z Jakucji, z rodziną widzi się raz na rok, bo w jej miasteczku panuje wieczna zmarzlina i nie można wybudować stacji kolejowej, a samoloty są zbyt drogie, żeby latać częściej. Viktoria ma miesięcznego kotka, którego kupiła za bazarze za złotówkę. Mieszka razem z grupą znajomych w dzielonym mieszkaniu. Nie mają dodatkowego łóżka, spaliśmy więc na podłodze razem z kotem. Zaraz po przyjeździe zabrali nas na domówkę do znajomej, gdzie, jak się okazało, zebrało się towarzystwo irkuckich grotołazów. Szybko znaleźliśmy wspólny język, szczególnie z właścicielkami mieszkania, Ksenią i Anną, które są dziennikarkami w miejscowej gazecie. Znały jedną współczesną polską książkę, na nieszczęście „Samotność w sieci”, ale przynajmniej mamy o niej tę samą opinię.
W Irkucku przez przypadek dowiedzieliśmy się o burjackiej imprezie, jeśli tak to można nazwać, która odbywa się raz na cztery lata. Wokół wzgórza położonego niedaleko miejscowości Jelenci zbierają się wszyscy szamani z okolicy, aby odprawiać swoje rytuały. Osoby postronne są mile widziane, choć oczywiście muszą trzymać się w odpowiedniej odległości i nie mogą brać w obrzędach bezpośredniego udziału. Stwierdziliśmy, że jedziemy. Na miejsce dotarliśmy wieczorem, bo dopiero po południu udało się nam znaleźć kogoś, kto nas tam zawiózł. Jak się okazało – spóźniliśmy się. Mieliśmy złe informacje, zjazd trwał jeden dzień, a nie, jak nas poinformowano, dwa. Zjedliśmy kolację w przydrożnym barze, którego całe menu stanowiły dwie rzeczy: barszcz i pozi – rodzaj okrągłych burjackich pierogów. W barze też zapytaliśmy o nocleg. Próbowaliśmy wprawdzie złapać stopa i dojechać bliżej wyspy, na której chcemy spędzić kilka dni, ale kręcąca się wokół nas lokalna młodzież nie chciała zrozumieć, że nie złapiemy niczego, jeśli będą koło nas stać. Zapadający zmrok też nie ułatwiał sprawy. Zaproponowano nam darmowy nocleg na podłodze w barze, problem jednak polegał na tym, że musielibyśmy tam siedzieć zamknięci bez łazienki (wychodek na zewnątrz) i światła aż do otwarcia, czyli jakieś 12 godzin. Ostatecznie miłe właścicielki baru podrzuciły nas do gospodyci w najbliższej wsi. Niby coś w rodzaju motelu, pokoje nawet ok, ale w budynku (ani okolicy) nie ma prysznica, a w jedynym zlewie obsługującym wszystkie pokoje była tylko zimna woda. Plusem było to, że nie mieli ustalonej godziny wymeldowania, wyspaliśmy się więc spokojnie i obudziwszy się rano odkryliśmy, że, w przeciwieństwie do naszego pierwszego pomysłu, żeby się gdzieś rozbić z namiotem, zostanie w gospodyci było słuszną decyzją. Na zewnątrz konkretnie lało.
Po lekkim ogarnięciu się poszliśmy łapać stopa lub marszrutkę, które dowiozłyby nas do promu, którym to z kolei mieliśmy dostać się na wyspę na Bajkale, gdzie w międzynarodowym hostelu czekał już na nas zarezerwowany pokój. Okazało się to trudniejsze niż myśleliśmy. Z godzinę staliśmy w deszczu, zaczepiani jedynie przez ludzi, którzy chcieli od nas „tylko czterdzieści kopiejek, na pewno macie pieniądze” lub około 100zł za podrzucenie kilka kilometrów. W końcu zatrzymał się miły starszy pan, miejscowy, który nie myślał brać od nas pieniędzy. Po przejechaniu kilku kilometrów po względnie sensownej drodze asfalt się skończył i już nie pojawił się więcej, ani na stałym lądzie, ani na wyspie. Nie mieliśmy pojęcia, że przejechanie 40km może zająć tyle czasu. Polne drogi, po ulewnym deszczu wyglądające jak podłużne kałuże błota, nie pozwalały jechać szybciej niż 10-20km na godzinę, a do tego samochód naszego kierowcy na pewno nie był terenowy. Viktor, bo tak miał na imię, dosyć szybko zboczył z głównej trasy, po której jechały inne samochody, wybierając opuszczoną górską dróżkę. Uznaliśmy, że wie co robi i nie wygląda na kogoś, kto wysadzi nas na jakiejś polanie z nożem w ręku żądając pieniędzy. Nie pomyliliśmy się. Viktor wysadził nas wprawdzie dwukrotnie, ale raz po to, żeby pokazać nam widok ze swojego ulubionego wzgórza, a drugi raz przy swoim domku letniskowym nad Bajkałem, gdzie jego córka, Irina, przyjęła nas ciepłą kawą i bigosem.
Na wyspę dotarliśmy późno. Promy chodzą często i są darmowe, a przynajmniej nikt się o pieniądze od nas nie upomniał. Tu trzeba przejechać jeszcze 40km po drogach tej samej jakości, jak te, które prowadzą do promu. Wyspa wygląda na tak opuszczoną, że po drodze trudno uwierzyć, że dojedzie się w końcu do jakiejś wioski. Wioska jednak w końcu się znalazła, mała i drewniana, a na jej obrzeżach nasz hostel, także drewniany.
Komentuj [0]


KILKA (ZEBRANYCH) UWAG O ROSYJSKICH POCIĄGACH @ 2010-08-08 08:40

Raz – są do bólu punktualne. Żaden pociąg, którym jechaliśmy do tej pory nie spóźnił się na żadną stację ani o minutę, na żadnej też nie był ani o minutę za wcześnie. I wcale nie dlatego, że zegary na stacjach były przestawiane tak, żeby się zgadzało. Na rozpisce wiszącej w okolicach pociągowego czajnika można polegać bez obaw. Biorąc pod uwagę dystanse – duży szacun.
Dwa – żeby uprościć kwestię zmiany stref czasowych, wszystkie rozkłady międzymiastowe w kraju podane są w czasie moskiewskim. Zgodnie z nim też ustawione są wszystkie zegary na dworcach oraz np. czasy prac kas. Trochę mylące jeśli strefy czasowe zmienia się szybko, ale w sumie to i tak najsensowniejsze rozwiązanie.
Trzy – o czym już wspominałam, na angielski nie ma co liczyć, ani w kasach, ani w pociągach. Warto mieć przy sobie kartkę papieru, żeby uniknąć pomyłek. Nawet jeśli rozumie się rosyjski, jak pani w okienku jednym tchem wymieni pięć różnych godzin odjazdu pociągów i ich pięć różnych cen, można się pogubić. Należy być też przygotowanym na płacenie gotówką. Naklejki informujące o możliwości płacenia kartą są tylko naklejkami, w większości miejsc w ogóle nie chciano przyjąć karty, w dwóch kasach kartę przyjęto, ale podobno nie działała, pomimo że bankomat obok nie miał z nią żadnych problemów.
Cztery – nie wiemy, jak jest zimą, ale latem jeśli chce się pojechać najtańszą wersją, bilety lepiej kupić możliwie jak najwcześniej, na ostatnią chwilę ich po prostu nie ma.
Pięć – warunki jazdy. Nasz entuzjazm po dwóch pierwszych odcinkach trasy nieco opadł, im dalej na wschód, im pociąg dłużej w trasie, tym bliżej mu do stereotypowego wyobrażenia o kelei transsyberyjskiej, choć oczywiście bez przesady, żadnych klatek z kurami, na żadną pociągową libację też się nie natknęliśmy. Największym problemem jest to, że z tych 60 osób jadących w wagonie przynajmniej jedna na pewno będzie chrapać. Porównując ten stan rzeczy z naszymi oczekiwaniami można by nawet powiedzieć, że jest nieco nudno.
Komentuj [0]


IRKUCK @ 2010-08-06 08:14

Kolejny raz 30 godzin w pociągu. Tym razem bez większych przerw, jedynie zwykłe, trwające od 5 do 30 minut postoje, na których od sprzedawców oferujących swoje towary w kartonowych pudełkach można kupić wszystko: od wody i piwa, przez lody, papierosy, zestawy obiadowe złożone z kotletów i ziemniaków zapakowanych w plastikowe torebki, aż po karty do telefonów. Pociąg jedzie z Moskwy, niektórzy pewnie właśnie tam zaczęli swoją podróż, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść wchodząc do wagonu – oddycha się raczej ciężko. W Irkucku chcemy spędzić jak najmniej czasu. Po załatwieniu kilku spraw typu mongolska wiza planujemy jak najszybciej uciekać nad Bajkał. Oboje mamy już dość brudnych i zatłoczonych miast.
Komentuj [0]


NOWOSYBIRSK @ 2010-08-06 08:13

31 godzin w pociągu. Jak na razie nasz rekord. Kolejna dobra rada – jak się kupuje bilet na pociąg dobrze sprawdzić jego trasę. Nasz pociąg wcale nie potrzebował ponad 30 godzin, żeby dotrzeć na miejsce. Wystarczyłoby mu ich 22. Pozostałe osiem stał na bocznicy w jakimś mniejszym miasteczku. Nawet nie był to cały pociąg, a dwa odłączone wagony czekające na podczepienie do innej lokomotywy. Te dwa składy rozpoczęły swoją trasę w Baku i przypominały raczej wozy cygańskie. Różnicy między ludźmi z Azerbejdżanu a Rosjanami nie da się nie zauważyć. W poprzednich pociągach było zupełnie kulturalnie, tu natomiast mężczyźni ubrani w podkoszulki i ze złotymi łańcuchami na szyjach oraz kobiety w kolorowych ubraniach z cekinami niezależnie od pory dnia czy nocy nie przestawali do siebie krzyczeć. Rozmowa chyba nie jest ich sposobem komunikacji. Konsekwentnie też ignorowali swoje dzieci, które zachowywały się jeszcze głośniej od nich. Małemu chłopczykowi mającemu swoje miejsce obok naszych łóżek dopiero po pół godzinie wykrzykiwania na cały głos i bez chwili przerwy czegoś w stylu „Sze-ke-le!” ktoś zwrócił uwagę. I był to Rosjanin, nie żadne z jego rodziców. Brak poszanowania dla snu innych nie wynikał z ich złej woli, byli dla nas jak najbardziej mili, pokazali nam zdjęcia Baku, wykazali zainteresowanie, co robimy w Rosji, zaoferowali pomoc w razie problemów. Po prostu kwestia innych przyzwyczajeń. Powietrze też było nieco gęstsze niż w poprzednich pociągach. Słowem – ten odcinek podróży bardziej przypominał stereotypowe wyobrażenie o kolei transsyberyjskiej.
Sam Nowosybirsk nie zrobił na nas szczególnego wrażenia. Jest to trzecie co do wielkości (po Moskwie i Petersburgu) miasto Rosji i pierwsze, w którym numery autobusów wypisane przy przystankach zgadzają się mniej-więcej z numerami tego, co przyjeżdża. Temperatura wyraźnie niższa niż w pozostałych częściach Federacji, wieczorem i rano widać ludzi w swetrach i płaszczach. Nocleg załatwiliśmy sobie u Ewgenii, trzydziestotrzyletniej dziewczyny mieszkającej ze swoim trzynastoletnim synem. Ewa, jak sama woli się nazywać, to chodzący chaos. Potrafiła dać nam trzy sprzeczne informacje w jednym zdaniu. Pierwszego dnia musieliśmy ukryć bagaże i uciekać z mieszkania, bo jej macocha, która nie przepada za gośćmi, zapowiedziała nagle swoją wizytę. Na spółkę z synem z jakiegoś powodu mają tylko jeden klucz do domu, co nie ułatwiało nam wyjścia na miasto.
W Nowosybirsku podjęliśmy kolejną próbę dostania się na siłownię lub basen. Nie licząc Aqua Parku, nie udało nam się to jeszcze ani razu. Żeby wejść w Rosji na zwykły basen trzeba mieć zaświadczenie od lekarza, że nie ma się żadnych chorób, które mogłyby być powodem zanieczyszczenia wody. Na siłownię wejścia tylko w pakietach. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. W sieci reklamowało się kilka miejsc. Znalezienie choć jednego z nich było sztuką, pod wskazanymi adresami wcale ich nie było lub, jak w przypadku „Klubu Europa”, na budynku (który był przedszkolem) wywieszony został jedynie baner z nazwą, ale wszystkie drzwi zaryglowane lub zamurowane, a przez okna widać było, że w środku pusto. Innym razem „fitness center” oznaczało salon z jakimiś skafandrami do spalania tkanki tłuszczowej. Ograniczeni czasem i tym razem zrezygnowaliśmy, ale nie poddamy się tak łatwo, na liście mamy jeszcze dwa rosyjskie miasta, w końcu musi się udać.
Komentuj [0]


JEKATERINBURG @ 2010-08-06 08:12

W końcu ktoś wytłumaczył nam, o co chodzi z rejestracją. Ponieważ zbyt późno napisaliśmy do ludzi z CS i nikt nie odezwał się na czas, zmuszeni byliśmy znaleźć płatny nocleg, w którym oczywiście zapytano nas o poprzednie rejestracje. Pokazaliśmy bilety (zbieramy wszystko od ostatniego razu). Nieco kręcili nosem, ale udało się. Rejestrację można otrzymać w dwóch miejscach: w hotelu, którym jest się zameldowanym lub na poczcie (jeśli się nie mylę, musi być to poczta główna danej miejscowości). Wydają ją zazwyczaj tylko trzy razy w tygodniu, jeśli więc jesteśmy jeden dzień, to jej nie otrzymamy tak czy tak, ale naszym obowiązkiem jest zgłoszenie się. Tak było i tym razem, nasze trzy dni pobytu w Jekaterinburgu nie pokrywały się z żadnym dniem pracy urzędu, ale mamy potwierdzenie zapłaty za rejestrację – całe dwa ruble za jeden dzień. Jeśli zostajemy u znajomych, muszą oni pójść z nami na pocztę i złożyć oświadczenie, że wyrażają zgodę na nasz pobyt w ich mieszkaniu oraz że biorą za nas na ten czas odpowiedzialność. Rzecz jasna mamy zamiar ignorować ten przepis.
Jekaterinburg to całkiem miłe miejsce, przypomina mi trochę Warszawę. Najbardziej charakterystycznym elementem miasta jest świątynia wzniesiona w miejscu, gdzie w 1918 roku Bolszewicy zamordowali cara Mikołaja II wraz z rodziną. Przed cerkwią ustawiona została rzeźba upamiętniająca to wydarzenie, obok można znaleźć tablice ze zdjęciami, a nawet plakat przedstawiający carską rodzinę jako świętych. Poza tym jest jeszcze kilka „atrakcji turystycznych” typu deptak, pomnik klawiatury czy rzeźba przedstawiająca hydraulika. No i coś, na co czekaliśmy od dawna – Aqua Park Limpopo.
Jakiś czas temu Peter, czytając o miejscach, do których jedziemy, natknął się na informację, że w Jekaterinburgu jest „drugi pod względem wielkości park wodny w Europie”. Już z samym określeniem „w Europie” można by polemizować, ale postanowiliśmy sprawdzić. Wniosek jest jeden – nie warto. Ktoś, kto zamieścił tę informację nie był pewnie nigdy w porządnym parku wodnym. Jest tam wprawdzie kilka atrakcji, oprócz zjeżdżalni (czerwona najfajniejsza) mają sauny, jacuzzi i mini rzekę, ale wszystko to pod szarym dachem, do którego przyczepione są chmurki z papieru, idealnie komponujące się z kiczowatym zdjęciem plaży, którym przykryte są ściany, a na którym piksele widoczne są nawet z drugiego końca hali. Wejście jest drogie i oczywiście nie obejmuje korzystania ze zwykłego basenu pływackiego, za które trzeba dopłacić jeszcze około 25zł. W środku trzy malutkie bary oferujące dwa rodzaje wyschniętych kanapek, wodę, sok i piwo. Jeśli by ktoś bardzo chciał – sugerujemy wejście na 2 godziny, przez cały dzień zwyczajnie nie ma tam co robić.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]