NY | magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
NY 2011-07-15

W pewnym momencie zwątpiłam już, że w Nowym Yorku zobaczymy coś więcej niż lotnisko.
Problem pojawił się, gdy zdawaliśmy bagaże w Anchorage. Obsługująca nas pani najpierw przyjęła od nas bagaże wraz z czterdziestoma dolarami za ich przewóz, po czym zaczęła się zastanawiać, czy aby na lotnisku w Seattle, gdzie mieliśmy mieć międzylądowanie, będą mieć czas, żeby je przenieść do innego samolotu. Bilety kupiliśmy na oficjalnej stronie Delty, wyszukując loty z Anchorage do Nowego Yorku. Zastanawiała nas nieco niewielka różnica czasu między lotami, ale uznaliśmy, że skoro oferują takie połączenie na stronie, i skoro nawet tego samego dnia rano przysyłają potwierdzenie, że wszystko ok, to powinni mieć to przerobione. Okazuje się jednak, że nie mają.

Obsługująca nas pani przez jakiś czas nie mogła się zdecydować, raz twierdząc, że zdążą z plecakami, raz, że może jednak nie, a następnie oznajmiła nam, że żeby mogła przyjąć bagaże, musimy się zgodzić na naklejkę VS - volountary separation. Oznaczałoby to, że bagaże polecą z nami tylko do Seattle, skąd zostaną zabrane do Nowego Yorku następnym samolotem, najprawdopodobniej 24 godziny później. Ok, powiedzieliśmy. Nie ma problemu. W Nowym Yorku mamy zarezerwowany hotel i bilety na przedstawienie na Broadwayu. Bagaże mogą się spóźnić, ale my nie. Nie wystarczyło.

Pani w Alaska Airlanes postanowiła sprawdzić, czy aby dobrze rozumuje. Zadzwoniła gdzieś, po czym oświadczyła nam, że bagaży jednak nie przyjmie, bo byłoby to niezgodne z prawem. Z jakiejś książki wyciągnęła numer telefonu i kazała nam pod niego zadzwonić.

Zadzwoniliśmy. Była to infolinia Delty. Osoba po drugiej stronie nie zrozumiała problemu. Chcieliśmy przekazać słuchawkę osobie, która nas obsługiwała, na co usłyszeliśmy, że nie, nie możemy, to byłoby niezgodne z prawem (!). Chwilę po tym pani z Alaska Airlines uznała, że w zasadzie to ona sobie pójdzie, bo nawet jeśli powiedzą, że bagaż może polecieć z nami, to ona i tak go już nie przyjmie, bo właśnie spóźniliśmy się na samolot. I poszła.

Osoba po drugiej stronie linii przekierowała nas do kogoś innego, kto zrozumiał, o co chodzi. Błąd systemu, nie powinni byli oferować takiego połączenia. Nieodpłatnie zmienili nam rezerwację na najbliższy sensowny lot, który, na nasze szczęście, był zaledwie kilka godzin później. Tym sposobem zamiast w Seattle, przesiadkę mieliśmy w Detroit.

Nowy York, który pod wieloma względami można by nazwać stolicą świata, zostawiliśmy na sam koniec podróży. Ogromna zmiana po ostatnim tygodniu, który praktycznie spędziliśmy w lesie, wśród łosi i niedźwiedzi.

Wizytę w mieście zaczęliśmy od kilku godzin snu. Ostatnio nie mieliśmy go zbyt wiele, a nie chcieliśmy usnąć na wieczornym przedstawieniu. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na "Hair", musical opowiadający o grupie hippisów z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wybór był nieco przypadkowy, ale całkiem udany. Przedstawienie jest kolorowe, żywiołowe i nasycone erotyką. Czyli dokładnie takie, jakiego można byłoby się spodziewać po temacie. Na koniec aktorzy zapraszają widownię na scenę i wszyscy z tych niższych i droższych pięter tańczą, śpiewając razem "Feel the sunshine".

Co jeszcze o Nowym Yorku? Mogłabym tam zamieszkać. A przynajmniej tymczasowo. Miasto ma dobry system metra, tylko sobie właściwą atmosferę, pełne jest zadbanych i interesujących ludzi wszelkich narodowości. Ma wszystko to, co w mieście lubię. Czas w nim spędzony zaliczam do udanych.

Nowy York to ostatnie miejsce, które odwiedzamy na innym kontynecie. Rok już prawie minął, Kata bierze ślub w przyszłym tygodniu. Czyli wracamy do Europy.


Dodaj komentarz


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]