KANADA | magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
KANADA 2011-07-10

Tak się szczęśliwie składa, że w Vancouver mieszka rodzina Wernerów. Iza i Witek - przyjaciele moich rodziców jeszcze z lat szkolnych - przeprowadzili się do Kanady na początku lat dziewięćdziesiątych. Zabrali ze sobą starszą ode mnie o zaledwie kilka dni córkę Monikę. Adam, ich młodszy syn, przyszedł na świat już w Kanadzie. Pomimo, że nie widzieliśmy się od kiedy byłam małą dziewczynką, Iza i Witek zaprosili nas do siebie, oddali nam do dyspozycji jeden z pokoi, nakarmili po polsku, a na koniec zrobili nam do tego kanapki na drogę. Czyli dostaliśmy trochę domu jeszcze przed powrotem do Europy.

Nasz pobyt w Vancouver, jak zwykle zupełnym przypadkiem, zbiegł się w czasie ze świętem narodowym. Canda Day to obchody rocznicy zjednoczenia w 1867 roku trzech kolonii brytyjskich pod wspólną flagą. Z tej okazji Kanadyjczycy urządzają pikniki, koncerty i parady. Wieczorem odbywa się pokaz sztucznych ogni, który obejrzeliśmy razem z tłumem ubranych na biało-czerwono ludzi z wymalowanymi czerwonymi listkami na twarzach i kanadyjskimi flagami w rękach. Kanada, podobnie jak USA, to zbiorowisko ludzi wszelkich narodowości, ogromna część świętujących miała wyraźnie azjatyckie rysy.

Droga z Vancouver do Anchorage na Alasce to trzy i pół tysiąca kilometrów. Zasiedzieliśmy się trochę w kilku miejscach po drodze, co oznaczało, że najbliższych kilka dni spędzimy w samochodzie. Na szczęście kanadyjskie drogi, przynajmniej te na południowym-zachodzie kraju, są bardzo dobre i niemal puste. Kanadyjskie rest areas za to nie dorównują jakością swoim odpowiednikom w USA. Bardzo rzadko udaje się znaleźć parking z bieżącą wodą, zamiast w normalną ubikację, wyposażone są one jedynie w coś w stylu toitoi'a. Małe utrudnienie, jeśli w samochodzie śpi się trzy noce pod rząd.

Zanim faktycznie wyjechaliśmy na trasę, zatrzymaliśmy się w Whistler obejrzeć wioskę olimpijską. Dalej nie było już niemal nic, jedynie ciągnące się setkami kilometrów lasy, jeziora i góry. Bardziej na północy doszły do do tego lodowce. Trasa prowadząca wzdłuż zachodniego wybrzeża Kanady jest niesamowicie malownicza. Na tablicy przy granicy Kolumbii Brytyjskiej znajduje się napis "Welcome to British Columbia, The most beautiful place on Earth", a na tablicach rejestracyjnych samochodów z tej prowincji zamiast zwykłego "British Columbia" widnieje "Beautiful British Columbia". Subiektywna kwestia, niemniej coś w tym jest.

Bardziej niesamowite od samych widoków są tutejsze zwierzęta. Wiewiórki, zające, łosie no i oczywiście niedźwiedzie gęsto zamieszkują kanadyjskie lasy, w związku z czym często można zobaczyć je na lub przy drodze. Jednego dnia udało nam się spotkać pięć niezależnych niedźwiedzi. My byliśmy zachwyceni, one nie bardzo zwracały na nas uwagę. A do powyższego dochodzą jeszcze białe noce.

Fakt, że dojechaliśmy już w sferę białych nocy odkryliśmy tego dnia, kiedy to, mając zamiar spać w samochodzie, postanowiliśmy, że jedziemy, dopóki się nie ściemni. Po 23:00 zatrzymaliśmy się w końcu nad jakimś jeziorem, a ponieważ ciemno się nie zrobiło, Peterowi wróciła ochota na prowadzenie samochodu. Dalekośmy nie ujechali, bo okazało się, że i tak bardzo rzadko pojawiające się stacje benzynowe zamykane są na noc. Przespaliśmy zatem na jednej z nich kilka godzin, czekając na ósmą rano.

Jedyną większą miejscowością w ciągu całej drogi z Vancouver na Alaskę było położone w znanym z gorączki złota regionie Klondike miasteczko Whitehorse. Tam też spędziliśmy trochę czasu, zamieniając na jedną noc samochód na motel.

Ponowne przekroczenie granicy Stanów Zjednoczonych było bezproblemowe i, wbrew naszym oczekiwaniom, o wiele łatwiejsze niż wjechanie do Kanady. Do końca podróży został nam już tylko tydzień, ale jeszcze sporo przed nami.


Dodaj komentarz


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]