SEATTLE | magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
SEATTLE 2011-07-05

Californię i Washington, w którym położone jest Seattle, rozdziela trzeci stan o wdzięcznej nazwie Oregon. Podczas zajmującej około piętnaście godzin jazdy z San Francisco zahaczyliśmy o znajdujące się wciąż jeszcze w Californii słynne Redwoods, czyli kolejny las z wielkimi sekwojami, znany także jako siedlisko Wielkiej Stopy, a następnie przejechaliśmy przez zachodnią część Oregonu. Mieliśmy zamiar zatrzymać się na kilka godzin w Portland, zmuszeni zostaliśmy jednak do zamienienia go na Oakland - malutką, sympatyczną miejscowość, pod którą zepsuł nam się samochód.

W Oakland spędziliśmy ze dwie godziny. Najbliższy mechanik na szczęście mógł się nami od razu zająć. Problem wydawał się podobny do poprzedniego: przegrzanie, dym spod maski. Tym razem myśleliśmy, że już po samochodzie, że do Seattle dojedziemy stopem i tam będziemy łapać samolot do Nowego Yorku. Ale nie. Okazało się, że to tylko termostat, drobiazg, więc wkrótce byliśmy z powrotem w trasie.

Zanim dojechaliśmy do miasta, wzięliśmy dwóch autostopowiczów. Nietypowy widok jak na USA. Do tej pory udało nam się zabrać tylko jedną osobę, młodego chłopaka, któremu skończyło się paliwo. Technicznie nie był on więc autostopowiczem. Ci z kolei z premedytacją jeździli stopem. Typ hippisa, wybierali się na doroczny zjazd ludzi żyjących w lesie. Kolejna społeczność brzydząca się pieniądzem, uznająca jedynie wymianę z ręki do ręki. W USA w lasach narodowych można mieszkać, o ile nie się nie mylę, do dwudziestu dni w jednym miejscu. Nic się za to nie płaci. Po upływie wyżej wymienionego czasu należy opuścić dane miejsce. Jeśli ma się ochotę pomieszkać w lesie dłużej, wystarczy przesunąć się o kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów.

Społeczności żyjące po lasach to dobry przykład typowej dla tego kraju tendencji to tworzenia grup o ekstremalnych poglądach. Wydaje się, że ludzie mają tu silniejszą potrzebę przynależenia do mocno zdefiniowanych społeczności, których zasady przyjmują bez zastrzeżeń. Pełno jest więc osób nastawionych anty do tego czy innego tematu, ludzi chorobliwie religijnych etc. Fakt powszechnie znany, ale nie myślałam, że obecny aż na taką skalę.

Do Seattle, gdzie czekali już na nas nasi gospodarze, dojechaliśmy tradycyjnie późnym wieczorem. Jann i Andrew mieszkają razem zaledwie od trzech tygodni. Poznali się podczas podróży po Europie - dwukrotnie przypadkiem wpadli na siebie w dwóch różnych miastach Włoch. Oboje uznali to za dobrą wróżbę, zaczęli zatem podróżować razem. Na kanapie w ich salonie spędziliśmy dwie noce.

Drugiego wieczoru Jann i Andy zabrali nas na Black-And-White-Party, imprezę, na której wszyscy mieli być ubrani na biało-czarno. Dobrze się złożyło, bo to prawdopodobnie jedyne kolory, z jakich byliśmy w stanie sklecić względnie wyjściowe stroje. Spotkanie odbywało się w jednym z wielu miejscowych klubów. Wieczór skończyliśmy w innym, nieco sympatyczniejszym lokalu.

Seattle, podobnie jak San Francisco, bardzo nam się spodobało. Otoczone górami i lasami, pełne kawiarni i - aż samo się ciśnie na usta to określenie - uroczych domków, z rewelacyjnym Pike's Place - targiem, gdzie można znaleźć prawdziwe skarby i gdzie mają pierwszego na świecie Starbucksa, Seattle wygląda na naprawdę miłe miejsce do życia. Z tego co wiemy, opienię tę podziela większość jego mieszkańców.


Dodaj komentarz


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]