magduandpeter | e-blogi.pl
magduandpeter
BERLIN, CZYLI KONIEC @ 2011-07-16 02:03

Udało się. Wróciliśmy. Wykonieczeni wielodniowym brakiem snu i nocą spędzoną w samolocie, ale wróciliśmy. Cali, zdrowi i zadowoleni.

W podróży spędziliśmy ostatnie 366 dni. Ze zrobionych wczoraj obliczeń wynika, że łącznie przejechaliśmy, przepłynęliśmy i przelecieliśmy około 113 000 kilometrów. To wystarczająco, aby okrążyć Ziemię wokół równika niemal trzy razy. Daje to również średnią 309 kilometrów dziennie. Trochę nas ta liczba zaskoczyła.

W ciągu tego roku odwiedziliśmy 29 krajów. Jeśli by policzyć pojedyncze stany w Stanach Zdjednoczonych i Kanadzie jako osobne państwa, dałby nam to liczbę 41. Kontynentem, na którym spędziliśmy najwięcej czasu była Azja z rekordowym wynikiem 162 dni. Krajem, któremu poświęciliśmy najwięcej czasu, również ku naszemu zaskoczeniu, okazała się być Argentyna. A pojedynczym miejscem - winiarnia w Shanonvalle.

Z Peterem pożegnaliśmy się wczoraj na dworcu. Dziwne uczucie po roku spędzania dwudziestu czterech godzin na dobę razem. Podróż postanowiliśmy zakończyć naszym ulubionym środkiem transportu, czyli pociągiem. Peter pojechał prosto na Węgry pomagać rodzinie w przygotowaniach do ślubu. Ja, zanim do niego dojadę, odwiedzę rodzinę w Polsce. Jako że odległość z Berlina do Budapesztu jest nieco większa niż z Berlina do Warszawy, Peter musiał wybrać wcześniejsze połączenie. Jego pociąg odjechał wczoraj po 18:00. Mój ruszał dziś po 9:00. Ostatnią noc spędziłam zatem sama w przydworcowym hostelu.

Zanim się rozstaliśmy, spędziliśmy razem cały dzień na oglądaniu Berlina. To miasto wygląda jak Warszawa. Nie wiem, czy tak bardzo przypominałoby mi ją, gdybym przyjechała do Niemiec prosto z Polski, ale po tak długiej nieobecności w Europie nie mogłam pozbyć się miłego wrażenia, że już wróciłam do domu.

I na tym kończy się ten najciekawszy i najbardziej męczący rok w moim życiu. W pewnym sensie nie jest to jednak koniec podróży. Za kilka tygdni będziemy z powrotem w Kolumbii, aby zacząć realizować jej drugą, poważniejszą część - sprawdzanie na własnej skórze, jak naprawdę żyje się w innej części świata. Ale to będzie już zupełnie nowa historia.
Komentuj [1]


NY @ 2011-07-15 06:39

W pewnym momencie zwątpiłam już, że w Nowym Yorku zobaczymy coś więcej niż lotnisko.
Problem pojawił się, gdy zdawaliśmy bagaże w Anchorage. Obsługująca nas pani najpierw przyjęła od nas bagaże wraz z czterdziestoma dolarami za ich przewóz, po czym zaczęła się zastanawiać, czy aby na lotnisku w Seattle, gdzie mieliśmy mieć międzylądowanie, będą mieć czas, żeby je przenieść do innego samolotu. Bilety kupiliśmy na oficjalnej stronie Delty, wyszukując loty z Anchorage do Nowego Yorku. Zastanawiała nas nieco niewielka różnica czasu między lotami, ale uznaliśmy, że skoro oferują takie połączenie na stronie, i skoro nawet tego samego dnia rano przysyłają potwierdzenie, że wszystko ok, to powinni mieć to przerobione. Okazuje się jednak, że nie mają.

Obsługująca nas pani przez jakiś czas nie mogła się zdecydować, raz twierdząc, że zdążą z plecakami, raz, że może jednak nie, a następnie oznajmiła nam, że żeby mogła przyjąć bagaże, musimy się zgodzić na naklejkę VS - volountary separation. Oznaczałoby to, że bagaże polecą z nami tylko do Seattle, skąd zostaną zabrane do Nowego Yorku następnym samolotem, najprawdopodobniej 24 godziny później. Ok, powiedzieliśmy. Nie ma problemu. W Nowym Yorku mamy zarezerwowany hotel i bilety na przedstawienie na Broadwayu. Bagaże mogą się spóźnić, ale my nie. Nie wystarczyło.

Pani w Alaska Airlanes postanowiła sprawdzić, czy aby dobrze rozumuje. Zadzwoniła gdzieś, po czym oświadczyła nam, że bagaży jednak nie przyjmie, bo byłoby to niezgodne z prawem. Z jakiejś książki wyciągnęła numer telefonu i kazała nam pod niego zadzwonić.

Zadzwoniliśmy. Była to infolinia Delty. Osoba po drugiej stronie nie zrozumiała problemu. Chcieliśmy przekazać słuchawkę osobie, która nas obsługiwała, na co usłyszeliśmy, że nie, nie możemy, to byłoby niezgodne z prawem (!). Chwilę po tym pani z Alaska Airlines uznała, że w zasadzie to ona sobie pójdzie, bo nawet jeśli powiedzą, że bagaż może polecieć z nami, to ona i tak go już nie przyjmie, bo właśnie spóźniliśmy się na samolot. I poszła.

Osoba po drugiej stronie linii przekierowała nas do kogoś innego, kto zrozumiał, o co chodzi. Błąd systemu, nie powinni byli oferować takiego połączenia. Nieodpłatnie zmienili nam rezerwację na najbliższy sensowny lot, który, na nasze szczęście, był zaledwie kilka godzin później. Tym sposobem zamiast w Seattle, przesiadkę mieliśmy w Detroit.

Nowy York, który pod wieloma względami można by nazwać stolicą świata, zostawiliśmy na sam koniec podróży. Ogromna zmiana po ostatnim tygodniu, który praktycznie spędziliśmy w lesie, wśród łosi i niedźwiedzi.

Wizytę w mieście zaczęliśmy od kilku godzin snu. Ostatnio nie mieliśmy go zbyt wiele, a nie chcieliśmy usnąć na wieczornym przedstawieniu. Kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na "Hair", musical opowiadający o grupie hippisów z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wybór był nieco przypadkowy, ale całkiem udany. Przedstawienie jest kolorowe, żywiołowe i nasycone erotyką. Czyli dokładnie takie, jakiego można byłoby się spodziewać po temacie. Na koniec aktorzy zapraszają widownię na scenę i wszyscy z tych niższych i droższych pięter tańczą, śpiewając razem "Feel the sunshine".

Co jeszcze o Nowym Yorku? Mogłabym tam zamieszkać. A przynajmniej tymczasowo. Miasto ma dobry system metra, tylko sobie właściwą atmosferę, pełne jest zadbanych i interesujących ludzi wszelkich narodowości. Ma wszystko to, co w mieście lubię. Czas w nim spędzony zaliczam do udanych.

Nowy York to ostatnie miejsce, które odwiedzamy na innym kontynecie. Rok już prawie minął, Kata bierze ślub w przyszłym tygodniu. Czyli wracamy do Europy.
Komentuj [0]


ALASKA @ 2011-07-15 06:20

Alaska to największy i jednocześnie najrzadziej zaludniony Stan w USA. Sekretarz Stanu, William H. Seward, kupił tę ziemię od Rosjan w 1867 roku za bezcen, poniżej dwóch centów za akr. Wtedy nie wiedziano jeszcze, że są tu bogate złoża ropy naftowej.

Cała dziesiejsza populacja Alaski to raptem 710 000 osób. Połowa z tego mieszka w Anchorage. W tym właśnie mieście zakończyliśmy nasz miesięczny road trip po Stanach.

W związku z Alaską mieliśmy dużo planów. Ucierpiały one jednak na powolnym, ale konsekwentnym wydłużaniu naszych postojów po drodze. Mimo to i pomimo dwóch awarii samochodu, daliśmy radę zdąrzyć na samolot, skorzystać co nieco z tego, co region ten ma do zaoferowania i wykonać główny punkt programu - sprzedać Hondę. Choć sprzedać to może wciąż za dużo powiedziane.

Problem polegał na tym, że do Anchorage trafiliśmy idealnie na weekend. Do domu Shirley, która zaoferowałam nam nocleg, dojechaliśmy w piątek wieczorem. Nasza gospodyni szykowała się właśnie do wyprzedaży garażowej. Jej mama z dnia na dzień rzuciła wszystko, wsiadła w samolot i zadzwoniła z Virginii mówiąc, że zaczyna nowe życie, w związku z czym poprosiła córkę o sprzedanie wszystkiego, co udało jej się zgromadzić w ciągu ponadsześćdziesięcioletniego życia.

Sheli na codzień pracuje w banku. W ten też sposób dowiedziała się o couch surfingu. To właśnie ona zajmuje się finansami CS. Hostem została stosunkowo niedawno. Byliśmy jej trzecimi gośćmi. Sheli jest wciąż podekscytowana pomysłem i tym, jak dobrze sprawdza się on w praktyce. O swoich postępach informuje więc na bieżąco Casey'a Fentona, założyciela i pomysłodawcę strony.

W sobotę Shiley zajęła się sprzedażą rzeczy mamy, my natomiast pojechaliśmy szukać chętnego do kupienia samochodu. Nie spodziewaliśmy się wiele. Auto wprawdzie dobre i z wieloma nowymi częściami, ale mimo wszystko kilkunastoletnie, wyraźnie powypadkowe i z około 293 120 kilometrami na liczniku. Nie mamy złudzeń, w Houston przepłaciliśmy. Nie mieliśmy innej opcji. W Anchorage też wielu opcji nie było. Znalezienie prywatnego klienta w dzień w nieznanym mieście jest niełatwe, a na ogłoszenie w sieci dostaliśmy jedną jedyną odpowiedź. Chcieliśmy odzyskać jakąś część zainwestowanych pieniędzy, pozostawał więc dealer.

W mieście było zaskakująco dużo salonów z używanymi samochodami. W sobotę ich właściciele przejawiali jako-takie zainteresowanie. Znalazł się nawet jeden potencjalny klient z ulicy, który zobaczył napis "for sale" na bocznych szybach. Licząc na nieco wyższą cenę, poumiawialiśmy się z ludźmi na kontakt następnego dnia. A następnego dnia wszyscy zainteresowani jak jeden mąż porozchodzili się po kościołach i rodzinnych obiadach. W salonach zostawili nieupoważnionych do zakupu nowych aut pracowników, nie odbierali telefonów, nawet tych prywatnych. Na kilka godzin przed odlotem musieliśmy zacząć szukać klientów od nowa.

Samochód znalazł swoje miejsce na pół godziny przed tym, kiedy musieliśmy być na lotnisku. W salonie, cóż za zaskoczenie, nie było szefa, a Gary, czyli obsługujący nas pracownik, nie mógł się do niego dodzwonić. Nie mogliśmy więc dostać pieniędzy od ręki. Podpisaliśmy zatem umowę, na mocy której salon sprzeda w naszym imieniu samochód, a my pieniądze dostaniemy w momencie, kiedy znajdzie się kupiec. Sumę ustaliliśmy z góry. Podobno nie powinniśmy czekać zbyt długo. Jeden klient pojawił się już zanim zdążyliśmy ruszyć na lotnisko.

Z tym ruszeniem nie było też zbyt łatwo. W Stanach zrobiliśmy sporo zakupów. Chodziło głównie o stój Petera na ślub siostry i nieco bardziej eleganckie ubrania do nowej pracy. Obydwoje mamy duże braki w szafach - przez ponad półtora roku nie kupiliśmy praktycznie niczego. Tak więc do bagażu doszły nam: garnitur, dwie marynarki, z siedem koszul, trzy pary butów, kilka par spodni i kupa innych drobiazgów. To ze strony Petera. U mnie było mniej, ale i tak uzbierało się około 6 kilo, które trzeba było gdzieś upchnąć. Na szczęście Gary był na tyle miły, że podrzucił nas na lotnisko. A tam czekała nas niespodzianka.
Komentuj [0]


KANADA @ 2011-07-10 11:56

Tak się szczęśliwie składa, że w Vancouver mieszka rodzina Wernerów. Iza i Witek - przyjaciele moich rodziców jeszcze z lat szkolnych - przeprowadzili się do Kanady na początku lat dziewięćdziesiątych. Zabrali ze sobą starszą ode mnie o zaledwie kilka dni córkę Monikę. Adam, ich młodszy syn, przyszedł na świat już w Kanadzie. Pomimo, że nie widzieliśmy się od kiedy byłam małą dziewczynką, Iza i Witek zaprosili nas do siebie, oddali nam do dyspozycji jeden z pokoi, nakarmili po polsku, a na koniec zrobili nam do tego kanapki na drogę. Czyli dostaliśmy trochę domu jeszcze przed powrotem do Europy.

Nasz pobyt w Vancouver, jak zwykle zupełnym przypadkiem, zbiegł się w czasie ze świętem narodowym. Canda Day to obchody rocznicy zjednoczenia w 1867 roku trzech kolonii brytyjskich pod wspólną flagą. Z tej okazji Kanadyjczycy urządzają pikniki, koncerty i parady. Wieczorem odbywa się pokaz sztucznych ogni, który obejrzeliśmy razem z tłumem ubranych na biało-czerwono ludzi z wymalowanymi czerwonymi listkami na twarzach i kanadyjskimi flagami w rękach. Kanada, podobnie jak USA, to zbiorowisko ludzi wszelkich narodowości, ogromna część świętujących miała wyraźnie azjatyckie rysy.

Droga z Vancouver do Anchorage na Alasce to trzy i pół tysiąca kilometrów. Zasiedzieliśmy się trochę w kilku miejscach po drodze, co oznaczało, że najbliższych kilka dni spędzimy w samochodzie. Na szczęście kanadyjskie drogi, przynajmniej te na południowym-zachodzie kraju, są bardzo dobre i niemal puste. Kanadyjskie rest areas za to nie dorównują jakością swoim odpowiednikom w USA. Bardzo rzadko udaje się znaleźć parking z bieżącą wodą, zamiast w normalną ubikację, wyposażone są one jedynie w coś w stylu toitoi'a. Małe utrudnienie, jeśli w samochodzie śpi się trzy noce pod rząd.

Zanim faktycznie wyjechaliśmy na trasę, zatrzymaliśmy się w Whistler obejrzeć wioskę olimpijską. Dalej nie było już niemal nic, jedynie ciągnące się setkami kilometrów lasy, jeziora i góry. Bardziej na północy doszły do do tego lodowce. Trasa prowadząca wzdłuż zachodniego wybrzeża Kanady jest niesamowicie malownicza. Na tablicy przy granicy Kolumbii Brytyjskiej znajduje się napis "Welcome to British Columbia, The most beautiful place on Earth", a na tablicach rejestracyjnych samochodów z tej prowincji zamiast zwykłego "British Columbia" widnieje "Beautiful British Columbia". Subiektywna kwestia, niemniej coś w tym jest.

Bardziej niesamowite od samych widoków są tutejsze zwierzęta. Wiewiórki, zające, łosie no i oczywiście niedźwiedzie gęsto zamieszkują kanadyjskie lasy, w związku z czym często można zobaczyć je na lub przy drodze. Jednego dnia udało nam się spotkać pięć niezależnych niedźwiedzi. My byliśmy zachwyceni, one nie bardzo zwracały na nas uwagę. A do powyższego dochodzą jeszcze białe noce.

Fakt, że dojechaliśmy już w sferę białych nocy odkryliśmy tego dnia, kiedy to, mając zamiar spać w samochodzie, postanowiliśmy, że jedziemy, dopóki się nie ściemni. Po 23:00 zatrzymaliśmy się w końcu nad jakimś jeziorem, a ponieważ ciemno się nie zrobiło, Peterowi wróciła ochota na prowadzenie samochodu. Dalekośmy nie ujechali, bo okazało się, że i tak bardzo rzadko pojawiające się stacje benzynowe zamykane są na noc. Przespaliśmy zatem na jednej z nich kilka godzin, czekając na ósmą rano.

Jedyną większą miejscowością w ciągu całej drogi z Vancouver na Alaskę było położone w znanym z gorączki złota regionie Klondike miasteczko Whitehorse. Tam też spędziliśmy trochę czasu, zamieniając na jedną noc samochód na motel.

Ponowne przekroczenie granicy Stanów Zjednoczonych było bezproblemowe i, wbrew naszym oczekiwaniom, o wiele łatwiejsze niż wjechanie do Kanady. Do końca podróży został nam już tylko tydzień, ale jeszcze sporo przed nami.
Komentuj [0]


SEATTLE @ 2011-07-05 02:40

Californię i Washington, w którym położone jest Seattle, rozdziela trzeci stan o wdzięcznej nazwie Oregon. Podczas zajmującej około piętnaście godzin jazdy z San Francisco zahaczyliśmy o znajdujące się wciąż jeszcze w Californii słynne Redwoods, czyli kolejny las z wielkimi sekwojami, znany także jako siedlisko Wielkiej Stopy, a następnie przejechaliśmy przez zachodnią część Oregonu. Mieliśmy zamiar zatrzymać się na kilka godzin w Portland, zmuszeni zostaliśmy jednak do zamienienia go na Oakland - malutką, sympatyczną miejscowość, pod którą zepsuł nam się samochód.

W Oakland spędziliśmy ze dwie godziny. Najbliższy mechanik na szczęście mógł się nami od razu zająć. Problem wydawał się podobny do poprzedniego: przegrzanie, dym spod maski. Tym razem myśleliśmy, że już po samochodzie, że do Seattle dojedziemy stopem i tam będziemy łapać samolot do Nowego Yorku. Ale nie. Okazało się, że to tylko termostat, drobiazg, więc wkrótce byliśmy z powrotem w trasie.

Zanim dojechaliśmy do miasta, wzięliśmy dwóch autostopowiczów. Nietypowy widok jak na USA. Do tej pory udało nam się zabrać tylko jedną osobę, młodego chłopaka, któremu skończyło się paliwo. Technicznie nie był on więc autostopowiczem. Ci z kolei z premedytacją jeździli stopem. Typ hippisa, wybierali się na doroczny zjazd ludzi żyjących w lesie. Kolejna społeczność brzydząca się pieniądzem, uznająca jedynie wymianę z ręki do ręki. W USA w lasach narodowych można mieszkać, o ile nie się nie mylę, do dwudziestu dni w jednym miejscu. Nic się za to nie płaci. Po upływie wyżej wymienionego czasu należy opuścić dane miejsce. Jeśli ma się ochotę pomieszkać w lesie dłużej, wystarczy przesunąć się o kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów.

Społeczności żyjące po lasach to dobry przykład typowej dla tego kraju tendencji to tworzenia grup o ekstremalnych poglądach. Wydaje się, że ludzie mają tu silniejszą potrzebę przynależenia do mocno zdefiniowanych społeczności, których zasady przyjmują bez zastrzeżeń. Pełno jest więc osób nastawionych anty do tego czy innego tematu, ludzi chorobliwie religijnych etc. Fakt powszechnie znany, ale nie myślałam, że obecny aż na taką skalę.

Do Seattle, gdzie czekali już na nas nasi gospodarze, dojechaliśmy tradycyjnie późnym wieczorem. Jann i Andrew mieszkają razem zaledwie od trzech tygodni. Poznali się podczas podróży po Europie - dwukrotnie przypadkiem wpadli na siebie w dwóch różnych miastach Włoch. Oboje uznali to za dobrą wróżbę, zaczęli zatem podróżować razem. Na kanapie w ich salonie spędziliśmy dwie noce.

Drugiego wieczoru Jann i Andy zabrali nas na Black-And-White-Party, imprezę, na której wszyscy mieli być ubrani na biało-czarno. Dobrze się złożyło, bo to prawdopodobnie jedyne kolory, z jakich byliśmy w stanie sklecić względnie wyjściowe stroje. Spotkanie odbywało się w jednym z wielu miejscowych klubów. Wieczór skończyliśmy w innym, nieco sympatyczniejszym lokalu.

Seattle, podobnie jak San Francisco, bardzo nam się spodobało. Otoczone górami i lasami, pełne kawiarni i - aż samo się ciśnie na usta to określenie - uroczych domków, z rewelacyjnym Pike's Place - targiem, gdzie można znaleźć prawdziwe skarby i gdzie mają pierwszego na świecie Starbucksa, Seattle wygląda na naprawdę miłe miejsce do życia. Z tego co wiemy, opienię tę podziela większość jego mieszkańców.
Komentuj [0]


CALIFORNIA - SEQUOIA NATIONAL PARK I SAN FRANCISCO @ 2011-07-05 02:05

Pomimo że w USA nie ma przejść granicznych między stanami i ogólnie rzecz biorąc nie odczuwa się przejechania na przykład z New Mexico do Arizony, pewne różnice da się zauważyć. Od wyjechania z Teksasu stopniowo zaczęły znikać bilbordy w stylu "We need to talk - God" i kuriozalne nazwy, jak chociażby "We Will Pray Supermarket". Nasi rozmówcy coraz rzadziej chwalą się posiadaniem broni i nie narzekają już tak bardzo na Obamę. Nie ma też już tylu otyłych ludzi. California to z oczywistych względów najszczuplejszy stan w USA.

A skoro już jesteśmy przy otyłości - fakt faktem, w kraju tym jest mnóstwo rozrośniętych do niemożliwych rozmiarów ludzi. Wbrew powszechnemu przekonaniu jednak jedzenie w Stanach wcale nie jest złe. Powiedziałabym wręcz coś przeciwnego - jest bardzo dobre, jeśli tylko ma się ochotę nieco poszukać. Wszędzie można znaleźć sklepy ze zdrową żywnością, dużo produktów w większych supermarketach oznaczonych jest znakiem "organic", są restauracje oferujące zdrowe, niskokaloryczne posiłki. Problemem jest raczej to, że marnej jakości jedzenie i fast foody są bardzo powszechne i, w porównaniu z zarobkami, bardzo tanie.

Najgorsze w kwestii walki z nadwagą są bufety. W niektórych miejscach, jak na przykład w sieci Cici's Pizza, za 3-5 (w zależności od godziny i lokalu) dolarów od osoby dostaje się nieograniczoną ilość pizzy (wiele rodzajów, można poprosić o zrobienie czegoś na indywidualne życzenie), sałatki (sam dobierasz składniki i sosy), pasty i deserów. Ciężko powstrzymać się od kolejnej porcji i, z tego co wiedzieliśmy, mało osób próbuje to robić.

Kolejnym problelem jest poruszany już niejednokrotnie w mediach problem rozmiaru podawanych porcji. Różnica między małą, średnią i dużą wersją danego dania czy napoju wynosi najczęściej kilkadziesiąt centów, przy czym mała zazwyczaj jest na tyle duża, że wystarcza nam na nas dowoje. Wielu ludzi wychodzi jednak z założenia, że jeden człowiek - jedna porcja. Wielu, ale oczywiście nie wszyscy. W USA jest równie dużo ludzi dbających o zdrowie i sylwetkę, co tych otyłych. Świadczy o tym między innymi ilość istniejących siłowni i centrów sportowych, z czego i my chętnie korzystamy.

Jako że mamy samochód i możliwość, podczas tych ostatnich tygodni podróży postanowiliśmy po miesiącach nieregularnego życia, dziwnego jedzenia i braku sportu spróbować wrócić nieco do formy. Średnio co drugi-trzeci dzień jesteśmy na siłowni, za co zazwyczaj nie płacimy. Większość z tego typu miejsc nastawiona jest na stałego klienta, nieraz nie mają nawet jednorazowych wejść. Mają za to np. try-outy lub wejścia dla gości. Dobrze nam się to zgrywa z faktem, że często śpimy w samochodzie. Na noc zatrzymujemy się przy drodze na "rest areas", które są wygodne i zawsze wyposażone w normalną, czystą łazienkę oraz typowo amerykańskie fontanny z pitną wodą. Nie mają za to niestety prysznica. Z tej przyjemności, podobnie jak z sauny, jacuzzi etc., korzystamy więc na siłowniach.

Ponieważ w samochodzie mimo wszystko nie da się tak wyspać jak w normalnym łóżku, próbujemy przynajmniej co drugą-trzecią noc spać z couchsurfingiem lub w motelu. Motele są w Stanach bez wyjątku dobrej jakości i równie bez wyjątku bardzo drogie, dlatego nie możemy pozwilić sobie na nie częściej. W przypadku Californii nie mieliśmy zbytniego szczęścia z CS, z noclegami musieliśmy trochę pokombinować, stąd te częste noclegi na rest areas.

Z Los Angeles pojechaliśmy przez Santa Barbara do Sequoia National Park, miejsca, na które czekałam już od dawna. W Parku rośnie General Sherman Tree - podobno największe żyjące drzewo na świecie. Podczas kilkugodzinnego spaceru po lesie widzieliśmy wprawdzie wiele innych, które wydawały się nam co najmniej tak samo wielkie, no ale nie nam oceniać. Sequoia National Park jest niemniej przepięknym miejscem, które aż prosi się o to, żeby zostać tam chociaż na tydzień.

Z Parku pojechaliśmy w kierunku San Francisco, zatrzymując się pod drodze w kilku outletach na zakupy. Ubrania w Stanach są nieco tańsze, z czego również korzystamy. Do miasta dojechaliśmy z małym opóźnieniem, które okazało się szczęśliwe, gdyż zupełnie niechcący trafiliśmy na weekend podczas którego odbywała się jedna z największych dorocznych imprez - Gay Pride Parade. Na całe dwa dni San Francisco przybrało tęczowe kolory: ulice i wystawy sklepowe ozdobione były flagami, po centrum chodzili kolorowi, półnadzy ludzie w każdym wieku. I nikomu to jakoś nie przeszkadzało.

San Francisco to jak do tej pory moje ulubione miasto w Stanach. Jest czyste, dobrze zorganizowane i europejskie. Jedynym mankamentem była pogoda: było wietrznie i zimno. Powoli musimy się z powrotem zacząć przyzwyczajać do niższych temperatur, bo w Kanadzie i na Alasce z pewnością nie będzie lepiej.
Komentuj [0]


CALIFORNIA - LA @ 2011-06-28 22:28

California to oczywiście Los Angeles i Hollywood i od tego właśnie zaczęliśmy. Mieszkania użyczyli nam Dorota i Andy, przemiła polsko-angielska para, dla której byliśmy pierwszymi couchsurferami. Nasi gospodarze pobrali się zaledwie trzy miesiące temu w Polsce, ale zanim odbył się prawdziwy, tradycyjny ślub, ze względów formalnych wzięli ślub w Las Vegas. Obecnie mieszkają na przedmieściach Los Angeles w niewielkim, ale wygodnym mieszkaniu.

W Los Angeles zrobiliśmy to, co zazwyczaj robią tu przyjezdni: obejrzeliśmy miasto, najpierw z góry, z poziomu Griffith Observatory i Mulholland Drive, następnie zjechaliśmy do Alei Gwiazd, zrobiliśmy małą wycieczkę między studiami w Hollywood, a na koniec zostawiliśmy Santa Monica Beach.

Drugiego dnia wybraliśmy się do Disneylandu. Mieliśmy sporo wątpliwości, czy to aby odpowiednie miejsce dla dorosłych, ale ponieważ wszyscy zapytani zgodnie twierdzili, że tak, uznaliśmy, że jedziemy. Wniosek jest taki, że pierwszy park, czyli właściwy Disneyland, jest faktycznie bardziej dla dzieci. Domy postaci z bajek, sklepy, kilka mniejszych kolejek i innych atrakcji, do których się nie dostaliśmy, bo, pomimo poniedziałku, przed każdą stała wielka kolejka. Wszystko dla młodszych, oprócz może mega pokazu sztucznych ogni nad pałacem Śpiącej Królewny, który odbywa się każdego dnia o 21:30.

Druga część - Disney California Adventure Park - jest skierowana za to bardziej do starszych. Główne atrakcje to rzeczy typu kolejka górska, ogromne młyńskie koło czy - jeden z moich ulubionych - The Twilight Zone Tower of Terror. Zabawa w tym ostatnim polega na tym, że wsiada się do windy, przypina pasami, wjeżdża na samą górę, gdzie otwierają okno z panoramicznym widokiem na okolicę, po czym nagle winda spada. I tak kilka razy, z różnych wysokości. Całość zrobiona tematycznie na nawiedzony hotel.

Tak więc ostatecznie dobrze się stało, że zdecydowaliśmy się spełnić marzenie z dzieciństwa. A żeby je finansowo odrobić, następną noc (oraz kilka późniejszych) przespaliśmy w samochodzie.
Komentuj [0]


LAS VEGAS @ 2011-06-28 05:51

Zaskakujące w Las Vegas jest to, że hotele w tym mieście są niezwykle tanie. Za noc w Hiltonie wraz z bonusami typu bufetowe śniadanie, spa czy welcome drink zapłaciliśmy za dwie osoby nieco ponad czterdzieści dolarów, czyli praktycznie połowę tego, czego zazwyczaj życzą sobie za nocleg przydrożne motele. Cena była tak niska, ponieważ do Las Vegas wybraliśmy się w tygodniu, co też wszystkim bardzo polecamy. Atrakcje są te same, ludzi dużo tak czy inaczej, a ceny za to o wiele przyjaźniejsze. Trzygwiazdkowy nocleg można znaleźć nawet za dwadzieścia dolarów.

Światła Las Vegas widać już sześćdziesiąt kilometrów przed dojechaniem do celu. Widok rozświetlonego do granic możliwości miasta jest tym bardziej niesamowity, że tworzy ogromny kontrast ze wszystkim, co widzi się podczas jazdy prowadzącą przez pustynię drogą z Wielkiego Kanionu.

Do Hiltona dojechalimy późną nocą, ale Las Vegas nigdy nie śpi, wszędzie więc było pełno ludzi. Pozytywną stroną dużych hoteli, szczególnie tych w Las Vegas, jest to, że ponieważ przyjmują oni tylu najróżniejszych gości, obsługa pozbawiona jest kompletnie personalnego podejścia do klienta. Nawet z plecakiem i starym, dwukolorowym, pokrytym warstwą pyłu samochodem nie odczuwasz tak naprawdę, że trochę tam nie pasujesz.

Po dwóch nocach w Hiltonie przenieśliśmy się do nieco tańszego Circus Circus. Circus Circus, oprócz noclegu i tradycyjnego kasyna, oferuje także niewielki park rozrywki z prawdziwą kolejką górską (wypróbowaliśmy) oraz darmowe pokazy sztuki cyrkowej. W Las Vegas w ogóle pełno jest tak darmowych jak i płatnych przedstawień, dinner-showów i koncertów, a wszędzie dodatkowe promocje i gratisy, więc i ci z ograniczonym budżetem mogą się tu dobrze bawić. Jednym z takich gratisów są darmowe drinki, jeśli korzysta się z kasyn. Po salach chodzą kelnerki, które zbierają zamówienia. Same napoje nic nie kosztują, zwyczajowo jednak daje się takiej kelnerce napiwek, najczęściej jednego dolara.

Na automatach w kasynach można zagrać już za jednego centa. Możliwości stracenia gotówki są tysiące. Nam udało się wygrać czternaście dolarów w ruletkę. Ile zeżarły nam automaty - to już inna historia. Chociaż nie jesteśmy wielkimi fanami hazardu, Las Vegas bardzo przypadło nam do gustu. Nie byliśmy zapewne najlepszymi klientami, nie zostawiliśmy w hotelach i kasychach zbyt dużo, niemniej i tak przekroczyliśmy nasz dzienny limit. Dla równowagi kolejną noc w drodze do Los Angeles przespaliśmy w samochodzie.
Komentuj [0]


ARIZONA @ 2011-06-23 19:29

Od awarii samochodu minęło już sporo czasu. Przejechaliśmy setki mil i wszystko działa jak najlepiej. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby zdążyć na samolot z Anchorage do Nowego Yorku, który odlatuje dziesiątego lipca.

Pierwszym naszym przystankiem w Arizonie było niewielkie miasto Tucson. Tucson znane jest z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego Kitt Peak, które, jak twierdzą jego pracownicy, pochwalić się może największym zbierem teleskopów na świecie. Obserwatorium można odwiedzić za dnia lub można wybrać się na nocny program połączony z obserwacją nieba. Zrobiliśmy to drugie.

Podobnie jak to było w przypadku odwiedzin w Centrum Kosmicznym NASA, do Obserwatorium pójść warto, pomimo że program nie zwala z nóg. Jest on skierowany tak do dzieci, jak i do dorosłych, więc stricte naukowych informacji nie ma aż tak wiele. Jest za to mnóstwo słabych amerykańskich żartów i równie amerykański bardzo długi wstęp dotyczący "safety procedures". Kluczem programu jest oglądanie księżyca, gwiazd i Saturna przez jeden z teleskopów.

W Tucson naszym gospodarzem był Brian - bardzo młodo wyglądający jak na swoje czterdzieści parę lat doktor nauk społecznych i były wykładowca uniwersytecki. Brian został wyrzucony z uczelni po tym, jak aresztowano go, gdyż w ramach politycznego protestu nagminnie medytował w jakimś miejscu publicznym. Obecnie Brian zajmuje się budowaniem społeczności bez pieniędzy i robieniem na ten temat otwartych wykładów. Jest to bardzo pozytywny człowiek i świetny host, chociaż ciężko zgodzić się z dużą częścią jego filozofii.

Na drugi przystanek w Arizonie wybraliśmy położone nieopodal Wielkiego Kanionu Flagstaff. Tu naszym hostem został Andy, zupełnie przypadkiem emerytowany astronom. Andy mieszka sam w pięknym, wielkim, drewnianym domu w samym środku lasu. Co poniedziałek jako ochotnik pracuje w miejscowym obserwatorium, gdzie odwiedzającym pokazuje nocne niebo przez swój prywatny teleskop. Tak się szczęśliwie złożyło, że trafiliśmy do niego w poniedziałek.

Obserwatorium we Flagstaff, mimo że mniejsze, pod względem oferty skierowanej do laików nie ustępuje w niczym Kitt Peak. Mnie wydało się nawet nieco sympatyczniejsze. Po zamknięciu Andy zabrał nas na piwo wraz z innymi astronomami, co oznaczało ni mniej ni więcej dwugodzinną wykłado-dyskusję na temat teorii względności.

Następnego dnia, jak zwykle niewyspani, bo podczas podróży sen to pierwsza rzecz, na której się oszczędza, pojechaliśmy pod legendarny Wieki Kanion. Trzeba przyznać, że nazwa tego miejsca jest usprawiedliwiona. Przez dziesiątki kilometrów przed Kanionem teren jest zupełnie płaski i nic nie zapowiada zmiany. Kanion pojawia się nagle i jest tak ogromny, że zaskakuje nawet ludzi, którzy widzieli go wielokrotnie za zdjęciach i filmach. Co ciekawe, powstanie długiego na 446, szerokiego na 29 i głębokiego niemal na dwa kilometry Kanionu jest wciąż przedmiotem sporu geologów. O ile sam Kanion przypomina pustynię, o tyle jego okolica porośnięta jest lasem, po którym biegają dziko żyjące zwierzęta.

Do Kanionu dobrze jest wybrać się wczesnym ranem lub późnym popołudniem, gdy światło pada pod sporym kątem. Cienie rzucane przez skały i pastelowe kolory wschodu lub zachodu słońca dodają Wielkiemu Kanionowi sporo uroku. Jeszcze lepiej przyjechać tu na kilka dni i zrobić mały treking. My, jak to już nieraz niestety bywało, musieliśmy zadowolić się jednym dniem.
Komentuj [0]


HOUSTON I OKOLICE @ 2011-06-11 20:24

Tak, kupiliśmy samochód. I tak, już się nam rozkraczył. Nasz plan dojechania nim do Alaski stoi pod małym znakiem zapytania, ale jest jeszcze nadzieja.

Obecnie jesteśmy około 450 km od Houston, gdzie spędzamy drugą nieplanowaną noc w motelu, na który nas nie stać, trzymając kciuki, żeby nasza srebrno-czarna Honda Civic, rocznik 98, która obecnie jest u libańskiego mechanika, jutro działała jak należy. Ale zacznijmy do początku.

Z Kuby wróciliśmy do Bogoty, gdzie załatwiliśmy kilka formalności typu wizyta w ambasadzie czy odwiedzenie nowego miejsca pracy Petera. Zostawiliśmy u Andiego kilka zbędnych rzeczy i po kilkudziesięciu godzinach byliśmy z powrotem na lotnisku.

Do Stanów przylecieliśmy wieczorem 31.05. Straż graniczna w Fort Lauderdale nie robiła nam żadnych problemów. Obyło się też bez pytań w stylu czy mamy zamiar brać udział w zamachach terrorystycznych, handlować narkotykami lub, w moim przypadku, prostytuować się, które to padły podczas wyrabiania wizy. Pierwszą noc w Stanach spędziliśmy na lotnisku, czekając na poranny lot do Houston.

Z lotniska w Houston odebrała nas Mary. Powodem, dla którego na początek wybraliśmy to właśnie miasto, był fakt, że to tu Peter spędził trzy z sześciu lat, jakie przemieszkał w Stanach. Peter po raz pierwszy trafił tu jako szesnastolatek w związku z programem wymiany studenckiej. Pierwszy rok spędził mieszkając kolejno u trzech rodzin biorących udział w programie: Pauli i Malcolma, Mary i Raula, Shirley i Stuarta. Wszystkie rodziny zaprosiły nas do siebie na te kilka dni, musieliśmy więc jakoś rozdzielić nasz czas. Udało nam się spotkać ze wszystkimi, z którymi chcieliśmy, obejrzeć okolicę, wybrać się na zakupy i znaleźć samochód.

Dostanie samochodu okazało się nieco bardziej skomplikowane niż byśmy tego chcieli. Ceny, których spodziewał się Peter, okazały się być dawno nieaktualne. Długo zastanawialiśmy się, co byłoby lepszym rozwiązaniem: kupno czy wynajem. Oba miały swoje pozytywne i negatywne strony. Kupienie wiąże się z papierami, przerejestrowaniem, wykupieniem ubezpieczenia etc. Poza tym, jeśli coś się stanie z samochodem po drodze, to nasze zmartwienie. No i na końcu trzeba samochód jeszcze sprzedać. Wynajem likwiduje powyższe problemy, ale nikt nie wynajmuje samochodu do przejazdu w jedną stronę z Teksasu do Alaski. Musielibyśmy dojechać do Seatle i tam kombinować, co dalej. Oznaczałoby to prawdopodobnie wynajmowanie kolejnych samochodów na krótsze dystanse lub skorzystanie z samolotu i ominięcie tym samym Kanady. Takie rozwiązanie byłoby też droższe. Ostatecznie więc samochód kupiliśmy. Najtańszy, jaki mieli w Houston.

Ktoś mógłby zapytać, czemu tak bardzo chcieliśmy poruszać się po Stanach samochodem. Odpowiedź jest prosta: bo w ogromnej części tego kraju praktycznie nie ma transportu publicznego. Wybierając autobusy musielibyśmy ograniczyć się do największych miast. Odpadł by nam też couch surfing, bo większość ludzi mieszka na obrzeżach miasta, gdzie dojechać można jedynie samochodem. Jeżdżenie stopem jest tu, powiedzmy, półlegalne i sytuacja zmienia się w zależności od prawa danego stanu. Poza tym kupienie samochodu jest najtańszym sposobem, żeby z południa dojechać na północ kraju. Dzięki temu możemy spać z CS, omijając w ten sposób konieczność płacenia ogromnych sum za noclegi, możemy robić zakupy i wozić je ze sobą, co oznacza duże oszczędności na stołowaniu się po lokalach, możemy też w razie potrzeby spać w samochodzie, co jest ogromnym ułatwieniem samym w sobie. Tak więc zdobycie samochodu było najlogiczniejszym z możliwych wyjść.

Naszą Hondę kupiliśmy w środę, po tygodniu siedzienia w Houston. Następnego dnia pożegnaliśmy się ze wszystkimi i ruszyliśmy w trasę. Pierwszy postój: Centrum Kosmiczne NASA.

Samo Centrum Kosmiczne warte jest odwiedzienia, choć specjalnego zachwytu nie budzi. Organizatorzy dbają o to, żeby nie przeciążać umysłów odwiedzających informacją. I do tego ten amerykański humor. Ale bawiliśmy się dobrze.

Jako że plany zmieniły nam się nieco w ostatniej chwili, noc przespaliśmy w motelu pod San Antonio. Pierwszą osobę z CS mieliśmy ustawioną w El Paso na następny dzień. Następnego dnia jednak nie udało nam się dojechać dalej niż na drugi kraniec miasta. Zmuszeni zostaliśmy do zatrzymania się na jeszcze jedną noc, żeby nastepnego dnia odkryć, że aby naprawić samochód, potrzeba kolejnej doby. Oznaczało to dwa kolejne dni opóźnienia w i tak napiętym nieco planie dojechania do Anchorage na Alasce, ale policzyliśmy i jeśli samochód będzie jutro działał, jeszcze damy radę. Siedzimy zatem uwięzieni w naszym za drogim motelu, bo bez auta nie mamy jak się stąd ruszyć, i czekamy na wieści od naszego libańskiego mechanika.
Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]